Menu

Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej

Poradnik dla osób w wieku od dwóch do trzech lat, pozwalający zapoznać się i oswoić z typowymi sytuacjami zdarzającymi się w rodzinach patologicznych. Młody czytelnik znajdzie tu instrukcję, jak radzić sobie ze zdeprawowaną matką i pochodzącym z marginesu społecznego ojcem, jak przymykać uszy na nocne hałasy, jak sprawdzić, czy rodzice nie nadużywają narkotyków i alkoholu, jak zapewnić, aby stosunki małżeńskie uprawiali tylko we dwoje i wiele innych, cennych porad.

Przerwa techniczna

oranvag
Starośc nie radość. W niedzielę dwa tygodnie temu pojechałem na SOR, prawdopodobnie z zapaleniem pęcherzyka żółciowego. Wypisano mnie po dwóch godzinach z adnotacją „błąd dietetyczny”, ponieważ szpital w śródmieściu stolicy średniego państwa europejskiego nie posiada USG i diagnozę wykonuje się metodą na czuja. Przez kolejny tydzień siły wystarczało mi tylko na odprowadzanie córci do przedszkola. Tymczasem syncio chodzi do gimnazjum, z którego jest dość zadowolony i zdaje się, że polubił też życie ziomala, który sam jeździ tramwajem po mieście, a po szkole robi co mu się podoba. My jesteśmy zadowoleni mniej, bo znów trzeba odrabiać prace domowe z polskiego. Na pierwszy ogień poszła Biblia i wypisanie z niej znanych frazeologii. Gdyby żona wyjechała w delegację, zaniósłby do szkoły „grzech Onana”, „Sodomę i Gomorę” i jeszcze parę innych. Niestety, była w domu, i msuiałem iść na kompromis. Wróciły też natrętne kartkówki ze wszystkiego, co mnie dziwi, bo jest ledwie wrzesień. Doszło nam więc zakuwanie do kartkówek. Dziś z hiszpańskiego. — Jak to jest — zapytałem wczoraj Syncia — uczyć się na raz trzech języków? — Czterech. Hiszpański, angielski, chiński i POLSKI! — Polskiego nie liczę, nawet nie próbujesz się go uczyć i ledwo w nim dukasz!

Rozbieżne oczekiwania

oranvag

Każdy, kto choć raz miał dzieci, wie że nie ma większego cudu na tej ziemi niż wakacje z pociechami, więc od kiedy tylko z nich wróciliśmy, z niecierpliwością odliczamy dni do urlopu wypoczynkowego, który w tym roku, szczęśliwie, zaplanowaliśmy na wczesny październik.

 To dobra pora z tego względu, że brodząc na golasa w płytkiej wodzie, w promieniach zachodzącego słońca, kiedy w Polsce jest ciemno już od dobrych kilku godzin, można prowadzić rozmowy w stylu:

 — Pomyśl, tu lato, a jak wrócimy będzie już chłodno, październik…

 — I ta jesień, rozwinęła melancholii mglisty woal…

 — A tutaj dalej będą brodzić na golasa w płytkiej wodzie, w promieniach zachodzącego słońca…

 — A tam zmarzniemy w porannym autobusie po wyjściu z samolotu…

 — No to pobrodźmy jeszcze.

 Trzeba być koneserem, żeby lubić fuerteventuriański krajobraz. Gdyby nie lazurowe niebo (i woda, rzecz jasna), możnaby tu kręcić filmy o lądowaniu na Marsie. Nie trzeba by było kolorować gleby, tylko pociągnąć na czerwono stożki wulkanów. Po całodnowym tłuczeniu dżipa po piaszczysto-kamiennych dróżkach, kokpit i wszystkie niezabezpieczone przedmioty są całkowice pokryte rudym pyłem, który potem wżera się w przedmioty. Kiedy zimą widzę jego drobinki zaschłe w różnych zakamarkach sprzętu fotograficznego, robi mi się jakoś tak cieplej na duszy. Melancholą z kolei napawa mnie wspomnienie o Cofete, szerokiej plaży pełnej tajemniczości i grozy spiętrzonej w skalistych górach, które łagodnymi zboczami opadają w piach. Ten biały piach o konsystencji mchu. Choć w tym roku pewnie tam nie pojedziemy, bo żona mówi, że boi się „Cofete Highway” – szerokiej na jeden samochód, krętej jak świński ogon, drogi prowadzącej nad bezdennymi urwiskami.

— Wiesz, co najbardziej lubię we Fuercie?

— No, co?

— Że całymi dniami mogę, leżąc na plaży, łapać cię za cycki, albo gapić w cipę, jak no ta, hiena w… W co to się hiena gapi?

— W cipę.

— No właśnie. Do tego jeszcze ruchanie na plaży, obciąganie na plaży, grzebanie w cipie na plaży… Siedzimy sobie i wyglądamy jak normalni turyści podziwiający widoki, a tam przebieram paluszkami. Sprint przez plażę do hotelu po K-Y, też nawet dość lubię. I brodzenie na golasa w płytkiej wodzie. No i rzecz jasna wiszenie nad ziemią, centymetr, albo dwa…

— No, dobre to wszystko jest…

— A ty co najbardziej lubisz we Fuercie?

— Że nie muszę sprzątać, gotować, prasować i prać…

Bałtyk oswojony

oranvag

Parę lat temu wyjazd nad Bałtyk był dla mnie taką namiastką sportu ekstremalnego: czekanie na pogodę, żeby można było wyjść na plażę to hartowanie woli. Siedzenie na plaży w tumanach lecącego sto na godzinę piachu hartowało ducha. Wchodzenie do wody o temperaturze osiem stopni Celcjusza to, jak zapewniał mój ojciec, hartowanie ciała. Z resztą do dziś z dumą powtarza, że nasze dzieci nie chorują, bo kiedy jadą z nimi na wakacje, to całymi dniami siedzą w morzu.
Jednak człowiek się starzeje i zmienia. Przez lata, głównie za sprawą znalezienia przyjemnego miejsca nad Bałtykiem, trochę się z nim oswoiłem. Polubiłem jego bajecznie kolorowe zachody słońca w ujściu rzeki i taflę wody w bezwietrzne dni, kiedy to płyciutka, lazurowa toń, pełna meduz i małych rybek, z powodzeniem może udawać dużo elegantsze i ekskluzywniejsze akweny. Można wtedy odejść kawał od brzegu nie mocząc kolan, ba! można nawet zanużyć całe ciało, nie mając uczucia topienia się w ciekłym azocie.
Zacząłem też doceniać uroki spaceru po lesie w drodze do i z plaży. Szczególnie niesamowicie wyglądał w środku nocy, czarny, rozświetlony jedynie rzadko rozstawionymi latarniami, z niewyraźnymi mrocznymi sylwetkami ludzi sunącymi po ścieżce, cicho jak cienie. Szliśmy tego dnia na plażę po raz trzeci, za pierwszym byliśmy na opalaniu, za drugim – na zachodzie słońca połączonym z konsumpcją substancji na wolnym powietrzu, a teraz – z lampionami pod pachą. To chyba był jedyny powód, dla którego zgodził się pójść z nami syncio, który odpuścił sobie środkowe wyjście, woląc ścigać Pokemony. Zastanawiało mnie wcześniej kto kupuje te lampiony, bo niepodobnym wydawało mi się ich zapalenie i skuteczne napełnienie gorącym powietrzem pośród bałtyckiego wichru. Najwyraźniej jednak sklepikarze mieli ich zapas na noce, takie jak ta: bezchmurne i wolne od podmuchów.
Kiedy tylko wychynęliśmy poza czarny pas lasu, znaleźliśmy się pod upstrzoną gwiazdami kopułą czarnego nieba. Jakby tego było mało – horyzont pełen był już lampionów unoszących się w górę, opadających na wodę lub uciekających za morze. Na brzegu migotały też nowe, gotujące się do startu. Zdzierając palce na kółku zapalniczki, walcząc z lekkimi podmuchami, które nieco przypaliły zielony lampion córci i poparzyły żonę, zacząłem się zastanawiać po co się w to wpakowałem. A żeby cię szlag trafił, chińska bibuło! W końcu jednak papierowy worek doznał pełnej erekcji i majestatycznie uniósł się w górę… nie za wysoko, ledwie nad nasze głowy, po czym zaczął odlatywać w kierunku wody i zniżać się, coraz bardziej zniżać, aby spaść ledwie parę metrów od linii brzegowej… Córcia zamarła z przerażenia i kiedy już, już wydawało się, że kostka paliwa chlupnęła w wodę i pogrzebała marzenia naszego lampionu o odwiedzeniu Chrisitianii, jakiś nieprawdopodobny wznoszący prąd porwał go w górę, wysoko, a potem pchnął we właściwym kierunku. Dramatyzm chwili i nieoczekiwany ratunek sprawił, że córcia po raz pierwszy w życiu popłakała się ze szczęścia. Z drugim, czerwonym poszło dużo łatwiej.
Uwolnieni od lampionów, położyliśmy się na plecach w ciepłym piachu i zaczęliśmy podziwiać mąkę rozsypaną na czarnej kopule, przeciętej majestatycznym łukiem Drogi Mlecznej. Mógłbym napisać, że dawno nie widziałem takiego nieba, ale właściwszym byłoby stwierdzenie że nigdy, bo też nie zdarzyło mi się wcześniej widywać spadających gwiazd!
— Pomyśl — powiedziałem synciowi — że kiedy widzisz na nocnym niebie Wielki Wóz, to znaczy, że fotony, które sto lat temu powstały w tej gwieździe przeleciały kawał kosmosu, nie wpadły w studnię grawitacyjną innej gwiazdy, nie natrawiły na kosmiczny pył, nie straciły energii w atmosferze, tylko przelatując przez twoją źrenicę skończyły swój stuletni lot i życie na siatkówce twojego oka. Nie możesz dotknąć gwiazdy, ale ona dotyka ciebie.
— To ty i ja widzimy inne fotony z tej gwiazdy?
— Tak. Mogły w niej powstać w zupełnie innych miejscach. Nawet, przy odrobinie szczęścia i drodze, jaką przeleciały mogły powstać w nieco innym czasie!
— A czemu te gwiazdy są takie jasne?
— Może są po prostu duże, może jasne, a może któreś z nich to całe inne galaktyki?
Poleżeliśmy jeszcze chwilę w milczeniu, kontemplując ogrom połowy wszechświata, po czym, jako że było już późno, wróciliśmy na Ziemię: dzieci zamówiły pizzę, a ja wypiłem Cuba Libre, za zdrowie Fidela.
To była czarowna noc nad Bałtykiem (tak powiedziała moja żona).

Wojna Polaków – następne stulecie

oranvag

— Pójdziesz ze mną na przedstawienie? — zagaiła moja żona, gdy tylko przekroczyłem próg.

— Oczywiście. A na co?

— „Na czworakach”, ze Stuherem. Pani Krysia zrobiła promocję „kup jeden bilet, drugi dostaniesz za darmo”, wiesz jak ją ostatnio gnoją, więc kupiłam w geście solidarności.

— A, fuj! Nie używaj tego słowa. Powiedz lepiej „ze współczucia”, „w ludzkim odruchu”, cokolwiek, byle nie tamto.

— Masz rację. A swoją drogą – czemu tak na nią wszyscy wsiedli?

— A to nie pamiętasz, że coś tam agitowała w którejś kampanii wyborczej przeciw pisiakom? Sama wtedy mówiłaś, żeby lepiej grała, niż się wypowiadała na tematy polityczne.

— Aaaaaa, pamiętam. Wypowiadała się przeciw dupie.

— Czyli de facto wsparła gajowego bul-kretynowskiego. Więc poniekąd sobie zasłużyła na to.

— No, zasłużyła. To nie chcesz iść?

— Eee, nie no. Pójdę. Potem będę mógł opowiadać wnukom, że poszedłem do Teatru Wyklętego Krystyny Wyklętej obejrzeć sztukę w reżyserii Aktora Wyklętego…

Najlepsza z żon

oranvag

Dobry taras ma jeden poważny minus: po co człapać na Zbawix albo do Cudu, kiedy na tarasie jest równie miło, wygodniej, muzyka lepsza, a prosecco tańsze. W efekcie człowiek nigdzie nie bywa i się nie lansuje. Z resztą – jak w ogóle gdziekolwiek iść, skoro coś nas przykleiło do leżanki (pewnie przyciąganie elektrostatyczne). Leżymy więc, z głośników sączy się Tosca (ta wiedeńska, nie włoska), my w zamroczeniu paclujemy swoje… gadżety elektroniczne, co chwila pokazując sobie tylko coś nawzajem na ekranach.

— Pomyśl tylko, jak fantastycznie wyglądają czerwone przeszycia na czarnych fotelach — mówi ona.

— A pomyśl, jak fajnie wyglądają na czarnej skórze rozgniecione biszkopciki! — mówię ja, bo przypomniałem sobie, co znalazłem dziś pod fotelikiem córci.

— Panu Krzysiowi się poszczęściło.
— A panu Barnabie – nie. C'est La Vie, jak mówią Japończycy.

— Czemu rodzice tak mu dali na imię? To pewnie dlatego tak się tatuuje…

— Uwielbiam twoją złośliwość. Czyż nie jesteś najlepszą z żon?

— Hmmmm?

— Masz fajne cycki i dupę, super nogi…

— No…

— Ruchać się lubisz, a lachociąg z ciebie przedni.

— Nie bądź wulgarny…

— Do tego gotujesz, pierzesz i prasujesz…

— Dałam się sprowadzić do takiej roli…

— Wiesz, w normalnych małżeństwach to mąż wije się jak piskorz i płaszczy, żeby żona pozwoliła kupić nową zabawkę, a u nas…

— No, nie zwalaj tego na mnie. W tradycyjnej polskiej rodzinie żona po prostu dostaje po ryju i siedzi cicho.

— No tak, no tak. Ale mało tego! Standardowa żona za szczyt męskiego zdebilenia uważa płacenie ekstra za sprzęt grający. „Subwoofer w aucie?! A po kiego chuja? Przecież to jest do jeżdżenia, nie do grania!”. A ty wchodzisz do salonu i mówisz, że chcesz samochód ze skórzanymi siedzeniami i Bosem. Jesteś po prostu żoną idealną.

— Aaaach, gdybym tak jeszczcze więcej zarabiała…

— Wtedy rzuciłbym pracę i zatrudnił się u ciebie jako kucharz, pracz i prasowacz…

Pierwsza życiowa lekcja

oranvag

Podoba mi się ten krążący po sieci rysunek: nagrobek z napisem „Gimbaza 1999-2016 PAMIĘTAMY”. Nikt nie wie po co powstały (poza, rzecz jasna, zrobieniem na złość PRL-owi), nikt nie żałuje, że znikną, a PiS-owi znowu wzrośnie poparcie (chylę czoła…). I tak gimnazja kończą jak dinozaury, stając się ślepą ściżką pedagogicznej ewolucji. Nie, nie, lepiej o nich nie pamiętajmy!


Niestety, syncio jest ostatnim rokiem, który się na gimnazjum załapał. I niestety – nie dostał się do gimnazjum, które sobie upatrzył. Oczywiście, jako rodzic powiniem wykorzystać tę okazję, aby dać dziecku cenną radę i wskazówkę na przyszłość, na przykład: „Trzeba się było lepiej uczyć, leniwy głąbie!”, tyle tylko że mówiąc coś takiego dziecku, które ma średnią powyżej 5 i laur w olimpiadzie na poziomie krajowym, czułbym się nieco głupio. No ale coś powiedzieć trzeba, nie?


Długo się nad tym zastanawiałem, ale w końcu po łykendzie mam już gotowy tekst przemowy moralizatorskiej:


„Synu, na świecie nie ma sprawiedliwości, ale powiedzmy szczerze, że w tym wypadku wcale nie o sprawiedliwość chodzi. Oto po raz pierwszy zostałeś wycyckany przez system. Oto po raz pierwszy doświadczyłeś głupoty tego państwa. Nie łudź się, że to państwo kiedykolwiek zacznie działać normalnie. Przeciwnie – od dwudziestu lat staje się coraz durniejsze i duża szansa, że za kolejne dwadzieścia lat stanie się zupełnie niezdatne do życia. Ucz się więc dalej pilnie, abyś mógł w przyszłości spierdolić jak najdalej stąd i z zagranicy śmiać się tylko z frajerów, którzy tu zostali.

Mam nadzieję, że Waszym dzieciom poszło lepiej…

Małżeństwo doskonałe

oranvag

Parę tygodni temu media obiegła śmieszna i straszna informacja o intercyzach proponowanych członom towarzystwa ojców poszkodowanych przez sądy. I choć każdy chyba po przeczytaniu tych rewelacji utwierdził się w przekonaniu, że tychże ojców sądy skrzywdziły nie bez powodu, ba powinny nawet wydać im zakaz zbliżania się do jakichkolwiek normalnych ludzi na odległość co najmniej dziesięciu metrów, zastanawiającym pozostaje fakt, że niemal we wszystkich publikacjach pominięto najsmaczniejszą część tego przecieku – zbiór porad umożliwiających zwycięsko przejść przez etap negocjacji „przedintercyzowych”. Szkoda, żeby ta wiedza zaginęła w otchłani czasu, przedrukowuję ją więc tutaj.

(…) Poniższe techniki negocjacyjne, stanowiące przekrój najpopularniejszych strategii stosowanych w negocjacjach biznesowych (pomiędzy mężczyznami) z pewnością nie wyczerpują wszelkich możliwych sytuacji, które przyszła głowa rodziny może napotkać podczas rozmów przedintercyzowych, pamiętać należy także, że dobór metod, którymi będziemy się posługiwać podczas dogadywania szczegółów, powinien być warunkowany rozpoznaniem psychologicznym drugiej strony. Inne strategie zastosujemy wobec kobiet upartych, a inne wobec tych, które są po prostu głupie. (…)


Technika ustępstw – aby dojść do interesującego nas zakresu świadczenia usług, dajmy na to:
• seks oralny raz w tygodniu
• regularny stosunek co dwa dni
• obiady domowe codziennie oraz odświętne w soboty i niedziele
• pranie i prasowanie
wychodzimy od zaprezentowania obowiązków w maksymalnym zakresie, np.:
• ass to mouth codziennie
• stosunek na żądanie, nie mniej niż dwa razy dziennie
• przywożenie drugiego śniadania do pracy
• pranie, prasowanie, naprawy domowe oraz konserwacja samochodu
po czym stopniowo okazujemy naszą wspaniałomyślność, dokonując kolejnych ustępstw, aż nasze założone wymagania zostaną spełnione.

Technika nie ujawniania informacji - polega na wykorzystaniu nie zorientowania w problemie przeciwnika celem wynegocjowania własnego stanowiska. I tak na przykład możemy wśliznąć do intercyzy sformułowanie „dirty Sanchez”, a na pytanie przyszłej żony cóż to znaczy, odpowiedzieć: „dowiesz się po ślubie”.

Technika bagatelki – staramy się dojść do interesującego nas zagadnienia drobnymi kroczkami. Nastawiamy się na stopniowe przełamywanie oporów drugiej strony. I tak na przykład – jeśli żona odmawia wykonania pełnego zbliżenia małżeńskiego raz na dwa dni, proponujemy, żeby przynajmniej dała złapać się za biust raz na Tydzień. Jeśli na to się zgodzi, możemy zasugerować, aby pozwoliła włożyć sobie palec w srom, raz na dwa dni. Jeśli zgodzi się i na to, dokładamy do negocjacji kolejne palce. W ten sposób przygotowujemy ją do głównego porozumienia (penisa). Tą techniką nastawiamy się na stopniowe przełamywanie oporów drugiej strony.

Technika ultimatum - polega na posługiwaniu się działaniami manifestującymi siłę aby zmusić drugą stronę do konstruktywnych rozmów lub do ustępstw. Polega ona na przedstawieniu propozycji w formie ultimatum: albo będziesz brała do buzi, albo z małżeństwa nici.

Technika ataku frontalnego - jest obliczona na skompromitowanie drugiej strony, podważenie jej wiarygodności i autorytetu. Chodzi w niej między innymi o wyprowadzenie przeciwniczki z równowagi, np. przez stwierdzenia:
• wiem, że nie byłaś dziewicą, kiedy się spotkaliśmy
• zauważyłem, że nie uczestniczysz we mszy świętej
• słyszałem, że w nocy chrapiesz

Technika dobry policjant/zły policjant – na negocjacje przedślubne zabieramy mamę („zły policjant”) i to na nią spada ciężar składania wygórowanych żądań („sparzaj pomidorki, zdejmuj kożuszek z kawy” itp.), tymczasem my, zakulisowo jako „dobry policjant” dogadujemy się z przyłą małżonką, mówiąc, że udobruchamy mamę, jeżeli tylko wybranka zgodzi się na dwa stosunki tygodniowo.

(…)Umiejętność negocjowania wymaga głębokiej wiedzy z zakresu wielu dziedzin. Ale też wymaga zdolności, pewnych osobistych predyspozycji i osobistego zaangażowania nacechowanego chęcią wygrywania. Szczególnie ważna jest doskonała znajomość problemów stanowiących przedmiot negocjacji. Przytoczone przykłady metod negocjacji stanowią tylko część tej wiedzy, przy czym celowo starano się o uwzględnienie rozwiązań, które mogą być najbardziej przydatne w praktyce.

I tym optymistycznym akcentem, kończę ten, jakże pouczający przedruk. A kto się do tych rad nie będzie stosował, z tego proszę bardzo – będzie konio-wał.

Sam i Max ruszają w trasę

oranvag

Wracaliśmy we czwórkę tramwajem, z dość morderczego pobytu na wiślanej plaży. Zmęczeni upałem pasażerowie siedzieli cicho i gdyby nie pewien młodszy obywatel, zatopiony w ożywionej rozmowie komórkowej, wagon wypełniałby tylko potężny szum dmuchaw klimatyzacji i ziajanie podróżnych.

— … no i się, kurwa, dziś Dżesika o niego pytała… No, nie, stary… Napierdoliliśmy się wczoraj na meczu, jak wyszliśmy to film mi się, kurwa urwał, nie wiem, co się z nim stało. Budzę się, coś mnie w łapę uwiera, patrzę, a tam mam werflon i rurkę. No to wstaję i na wkurwie z tą kroplówką lecę i mówię, żeby mi wypierdalali z tymi rurami. Tak. Na własną odpowiedzialność. Oddali mi rzeczy, nic nie zginęło. Tylko laczki obrzygane i szmaty trochę okrwawione. Noooo! Taki w chuj przyjebany siniak na ryju! Włanczam komórkę i nieodebrane połączenia od Dżesiki. Myślę, pewnie się, kurwa, martwiła o niego, bo do domu nie wrócił. Tak… Tak… Łeb mnie jeszcze napierdala. Wcale nie w chuj, tylko osiem piw i potem połówka na głowę. Byliśmy prawie trzeźwi, to pewnie przez w dupę jebany upał. No i właśnie dzwonię po ludziach i się pytam, bo nie wiem, co mam powiedzieć Dżesice. Nie mam pojęcia, a nikt co z nami był, nie pamięta. Co?... No wiesz, znasz Dżesikę, wiesz jaka ona jest wchuj uczuciowa, pewnie już tam umiera na panikę. No tak, ja bym się wcale nie przejmował Dżesiką, chuj w jej zgrabną dupę, ale zostawiłem u niej klucze do domu i muszę po nie wrócić. I co ja, przyjdę teraz i co Dżesice powiem? „Dżesiko, wiem iż wyszłem z twoim chłopem, ale wczoraj w chuj przepadł i tyle go widzieli, a teraz oddaj mi klucze”? No, to tak nie wypda…

W tym momencie błądzący dotąd bezładnie wzrok ofiary upału spotkał się z niezbyt pełnym zrozumienia spojrzeniem mojej połowicy, po czym przeszedł na dwójkę nie tak znów małych, ale jednak – dzieci.

— Oj — zmieszał się zaraz, uśmiechając niezręcznie — przepraszam bardzo!

— Nic nie szkodzi — odpowiedziała wolno i spokojnie moja droga żona — czy mógłby pan tylko nie używać więcej słowa „Dżesika”?

Nie ma jak indywidualny styl

oranvag

„Moda ma swoje kapryski, którym piękna pani musi ulegać” – pisał Tuwim (w) „W oparach absurdu”, a że przecież żyjemy w czasach, w których płci nikomu wypominać nie wypada, śmiało możemy zamienić w tym zdaniu słowo „pani” na „osoba”.

W zeszły wtorek, ziajając pomiędzy kolejnymi ciężkimi questami wyznaczanymi mi przez trenera, któremu najwyraźniej wydaje się, że mam dwadzieścia lat mniej, ogarnąłem wzrokiem salę. Parę metrów dalej sztangielkami machało dwóch kolesi. Obaj obuci w modne, hipsterskie tenisówki. Obaj odziani w modne, hipsterskie, czarne majtasy kończące się nad kolanami. Do tego hipsterskie, czarne tiszerty z hipsterskimi nadrukami. Obaj zarośnięci modnymi hipsterskimi brodami, wyposażonymi dodatkowo w modne, hipsterskie wąsy. Cztery boki głów modnie, hipstersko podgolone, aby zakończyć się na czubku modnymi, hipsterskimi kitkami, w które zebrano modne, hipsterskie grzywki.

— Ty, popatrz! BLIŹNIAKI NA SIŁOWNI! — syknąłem dyskretnie.

Mój osobisty kat rozejrzał się, na dłuższą chwilę utkwił wzrok w dwóch modnych dżentelmenach, po czym wreszcie odwrócił się do mnie i wyszeptał:

— Eeeee… chyba nie?

Instytut pamięci intymnej

oranvag

Jeśli znacie teledysk The Connells do piosenki „’74-‘75”, zestawiający szkolne zdjęcia osiemnastolatków z roku 1975 z ludźmi w-prawie-średnim-wieku circa 1993, na pewno zainteresuje Was fakt, że z okazji upłynięcia czterdziestu lat od siedemdziesiątego piątego, powstała zaktualizowana wersja tego klipu. I powiem szczerze, że mocno nas zmiażdżyła. Przez dwadzieścia dwa lata entropia zrobiła z tymi ludźmi coś dużo, dużo gorszego, niż przez tamte czterdzieści. Znaczy, chciałem powiedzieć, nadal są fajni, jednak wygląda na to, że z wiekiem czas płynie szybciej nie tylko w naszych umysłach, ale bystrzej też opływa nasze twarze i ciała.

Mam czterdzieści lat i podobam się sobie bardziej niż kiedykolwiek. A tu okazuje się, że ten stan potrwa tylko chwilę. Jestem jak ten duży koleś, z dwójką chłopaków, tyle że on miał włsoy, a ja nie. Pocieszam się, że on w 2015 nadal był fajnie wyglądającym facetem…

Ach, jak podoba mi się ten film, który skleiłem ze wszystkich starych plików. Stał się moim absolutnie ukochanym pronosem. Ponieważ nie zachowałem chronologii, szybkie cięcia dają trochę efekt jak w teledysku Connellsów, więc jest to też pornos, który skłania do refleksji nad uciekającym czasem. Taki pornograficzny „Boyhood”.

W ten łykend zacząłem robić porządki w rodzinnym archiwum i pomyślałem, że muszę przearanżować chronologicznie zdjęcia, bo wcześniej były poukładane kluczem fetyszowym – wiadomo: cycki, dupa, cipa, oral, anal, itp., wszystko to na przestrzeni dwudziestu lat wygląda dość niedorzecznie. Teraz bardziej interesuje mnie kontekst i poskładanie tego jako albumu z pięknymi wspomnieniami, co nie zawsze jest łatwe, bo dużo zdjęć w wyniku jakiegoś niepojętego procesu utraciło dane EXIF, uniemożliwiając proste posortowanie po dacie naciśnięcia spustu migawki. Jak sobie więc radzę? Na wiele sposobów. Na przykład:

Kadry z niewidocznym pomieszczeniem, o rodzielczości nieco tylko większej niż HD, balans bieli, a pewnie też kiepska matryca zabarwiająca skórę na czerwono, do tego masakryczny szum. To muszą być zdjęcia ze starego cyfrowego Kodaka, w czasach kiedy szef ich działu foto twierdził jeszcze, że 6 megapikseli „should be enough for everyone”, nie przeczuwając, że geniusze marketingu uczynią z ilości pikseli główny wyznacznik jakości aparatu. Czyli gdzieś między 1999 a 2002.

Jak uściślić ten przedział do przynajmniej roku? Jeśli światło było dobre, pomóc może na przykład balejaż, era balejażu była wszak krótka. Hop – odkładamy zdjęcia z balejażem do jednego folderu i sprawdzamy, czy zachował się choć jeden EXIF. Jeśli tak, to mamy datę dla masy zdjęć.

Wynajmowaliśmy wtedy hałaśliwe mieszkanie nad wejściem do metra Politechnika. Po podłodze ścigały się dzień i noc karaluchy, a za oknami motocykliści. Trudno orzec, kto gorszy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie mieszkał w Śródmieściu, bo nic tu się nie działo. Na Zbawixie był tylko wielki, dwupiętrowy sklep z płytami, tam gdzie teraz Karma, Bastylia i Chinol oraz pseudo-śródziemnomorska knajpa na miejscu Planu B, w której raz jedliśmy ślimaki.

Idąc dalej – łatwo też wstępnie podzielić zdjęcia według pomieszczeń. Odkładam do folderu całą masę fotek wykonanych w naszym pierwszym mieszkaniu. To było Dobre Miejsce, w którym spędziliśmy ogrom przyjemnych chwil: w wannie, na łóżku, na skórzanej kanapie w kolorze (bardzo dawno temu) ecru. Pokazuję synciowi zdjęcie z podwórka, które on zapamiętał jako zieloną, rozszalałą dżunglę, pełną pięknych kwiatów i wyższych od niego żywopłotów. A kiedy przyszliśmy kupić ostatnie, czekające właśnie na nas, mieszkanko, plac zabaw był dopiero budowany, a żywopłoty były kępkami wysokości dmuchawców. Zanim on przyszedł na świat, dokładniejsze ustalenie roku umożliwiają rozmaite poszlaki. Po pierwsze – orientacja łóżka. Po drugie – zmiany kolorów ścian. Po trzecie - fryzury żony.

No a potem przychodzi rok 2004, który łatwo rozpoznać z powodu jej wielkiego brzucha. Dość lubię zdjęcie z łazienki, gdy stoję obok wanny, a ona siedzi w niej i szczerząc zęby do obiektywu, gryzie mnie w chuja.

Od 2006 jest już łatwo, bo mam pierwszą cyfrową lustrzankę i daty się zachowały.

Co jednak, gdyby nie było pomieszczeń, balejażu, fryzur, chodzących mebli, kolorów ścian, precyzyjnych EXIFów? Wtedy i tak mógłbym odgadnąć ze zdjęcia każdą naszą epokę, dzięki erozji.

Wartki strumień czasu, opływając nasze ciała, kształtował jej góry i doliny, to wypiętrzając, to znów spłaszczając. Jej linia brzegowa bywała prostsza, by potem znów zacząć meandrować. I tak oto nastał właśnie najlepszy moment, by spacerować po tych wzgórzach!

Nic trudnego poznać po kształcie ciała, powiecie? Ależ to jeszcze nic! Nawet gdy cały kadr wypełnia ściśle sama jej cipka, nawet w takiej sytuacji poznałbym, kiedy było robione zdjęcie. Ok, to wcale nie takie trudne. Widzicie - jacyś wandale skalpelem zrobili na niej dwa nacięcia, w odstępie sześciu lat. Zupełnie, jakby to był krzyż, na którym Robinson Cruzoe odliczał swoje dni.

Geopolityka

oranvag

Kiedy rozmawiałem parę tygodni temu ze znajomym ze starego bloga, przy okazji namawiania go na zakup S7 i zwróciłem jego uwagę na to, że znów piszę, zauważył:
— Eeee, za dużo politykujesz. Raczej nie będę chciał.
No ale jak ja mam nie politykować, skoro mam położenie geopolityczne?!
W sobotę znużony późnym pójściem spać i irracjonalną popbudką koło piątej, postanowiłem, że podrzemię nieco popołudniem. Wymościłem sobie łóżko, zaciągnąłem zasłony, złożyłem głowę na poduszce. TRĄBY. Okna zamknąć nie idzie, bo upał, obracam się więc plecami i zaciskam powieki. TRĄBY. Nakładam jaśka na górne ucho. TRĄBY. Robi się pluszowo i dziwnie, zdaje się że pod kołdrą jest Sylvia Saint, a Beldonna już przygotowuje się żeby wskoczyć… TRĄBY! Bardzo żałuję, ale ja w tych warunkach spać nie mogę. (Schodzę z łóżka).
Biorę żonę i wychodzimy na przyzbę a tam: tłum!, szturmówki w łapach!, ciżba!, trąby! i jakby tego było mało, jakiś skurwiel drze mordę przez megafon. Najwyraźniej potomek któregoś z tych, tak modnych ostatnio, polskojęzycznych bandytów, bo użalał się, że jego tatuś był zaplutym karłem reakcji. Ale że przestał i że warto było.
— Rzeczywiście, warto było rozpierdolić przemysł, zabić służbę zdrowia, oddać pół kraju kościołowi, zadłużyć miliony ludzi hipotecznie, a resztę skazać na wegetację, żeby jego tatuś nie był karłem! — zauważyłem.
— Oj, tam, oj, tam. No popatrz ile ludzi maszeruje! Oni chcą! Im zależy! To budujące!
Po nim darł się ten grubas, na którego, nieopatrznie kiedyś zagłosowałem i który postanowił odbierać nam wolność za posiadanie najmniejszych porcji maryśki. No, gratulujemy pomysłu i rozkwitu rynku dopalaczy!
— Ale co ty tak negatywnie nastawiony — obruszyła się znów żona — od iluś lat narzekałeś, że ludzie w stuporze, że dają się z każdej strony ruchać, z mózgami zaczadzonymi propagandą wolności, ze potulni jak baranki, że nikomu nie zależy, że nikt na ulicę nie wyjdzie, żeby pokazać co myśli o tym całym gównie, a teraz, jak już wyszli, to narzekasz?
— Narzekam, bo się, kurwa, wyspać nie mogę!!!

A wam, ludziska – chuj w dupę. Dawajcie się więcej dymać tym skurwysynom! Teraz to już za późno na protesty. „Wolność” osiągnęła apogeum.

Ja też mam strumienie świadomości!

oranvag

Ponieważ w słuchawkach syncia ostatnio gości Sia, pomyślałem, że pokażę mu, jak śpiewała w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to jej piosenki znali tylko koneserzy. To w jakiś sposób budujące, że po okresie, gdy sprzedaż jej albumów była na poziomie trzech tysięcy sztuk, nie postanowiła zostać na przykład ekipą remontową (nic nie ujmując, rzecz jasna, Rodriguezowi). Puściłem mu więc końcowe minuty ostatniego odcinka „Sześciu stóp pod ziemią” i parę kawałków z „Simple Things”. Nie zapomniałem nadmienić, że tę, też niezbyt popularną płytę, ktoś jednak zauważył i umieścił w innym z najlepszych seriali wszechczasów. Pamiętacie „sprawę sercową” Biga, kiedy to po operacji, w chwili słabości pyta Carrie: „Co MY (sic!) sobie robimy?...” i kiedy rano jego serce „znów się zamyka”, w tle leci „In the waiting line”, z tejże płyty. A skoro jużeśmy obejrzeli ten odcinek, to poleciał następny, w którym Carrie poznaje Petrowskiego, nota bene na koniec słychać „Polaris”, także z „Simple Things”. Tu doceniłem po raz kolejny kunszt scenarzystów – Charlotte nie kuma sztuki Patrowskiego, ale jako konserwatywne dziewczę jest wyuczona, że Petrowski Wielkim Artystą Jest i należy się podniecać jego twórczością. Podejrzewam, że z tego samego powodu widziałem Gowina na „Muzyce dla 18 muzyków”.
Ach, właśnie. Jeden z tych wspaniałych dni, które ma się w specjalnej przegródce wspomnień. We czwartek człapałem do pracy, myśląc sobie: „bożesztymójboże, jakże bym chciał posłuchać na żywo muzyki dal 18 muzyków, i najlepiej jeszcze żeby Reich ją zagrał, to musiałoby być coś niesamowitego”. Aż tu wieczorem w domu żona mi krzyczy z drugiego pokoju:
— Stifrajch będzie w Krakowie!
— Co będzie?
— STEVE REICH BĘDZIE NA SACRUM PROFANUM!!!
— Cooooo?!
— W piątek gra „Muzykę dla 18 muzyków”!
I tu dwie ciekawostki: po pierwsze, billboardy z wielkimi wołami „STEVE REICH” wisiały na mieście od miesięcy, co świadczy o tym, jak nasze mózgi doskonale odfiltrowują treści reklamowe. Brawo dla nich. Po drugie – moja żona nie tolerowała nigdy „Muzyki”. Zwykle kiedy w domu robiło się cicho, bo dzieci spały, albo ich nie było i nieśmiało zagajałem:
— To ja sobie może teraz posłucham muzyczki?...
Ona odpowiadała:
— Dobrze, o ile to nie będzie Steve Reich!
Widzicie więc sami, jak wysokiej klasy jest to żona, skoro poinformowała mnie o koncercie, na który przecież pojechała ze mną. Brawo dla niej.
Kiedy więc następnego dnia wieczorem zdążaliśmy już w stronę hali ocynkowni huty im. Lenina, gdy światła były już trochę bardziej, gdy ściany budynków Nowej Huty unosiły się w miarowych oddechach, a wzory na powierzchniach rozmaitych przedmiotów mieniły się i wolniutko płynęły w sobie tylko znanych kierunkach, moja dusza już podśpiewywała sobie „tam tam tam tam tam tam tam tam tam” i zastanawiała się, jak to będzie kiedy wibrafon wybije nuty sygnalizujące sekcję III A.
Hala ocynkowni była pełna, przed nami siedział Penderecki, a obok jakaś parka, w której dziunia ubrana w małą czarną wieczową („do HALI OCYNKOWNI!!!” – nie omieszkała zauważyć moja żona) prowadziła z partnerem rozmowę, w której często padała słowo „eseista” („takie słowa słyszy się tylko w Krakowie” – nie omieszkała zauważyć ponownie moja żona).
Najpierw Jonny Greenwood wyplumkał obłędnie „Elektryczny kontrapunkt”. Szczerze mówiąc, nie przypuszczałem, że można zagarać Reicha z taką głębią emocji. Przez cały czas przechodziły mnie ciarki.
https://www.youtube.com/watch?v=rb6sZGh3nMg
A potem przyszedł Steve w bejzbolówce i jego kapela, a ja z całej siły musałem powstrzymywać się od otwierania oczu, bo widzieć to, jak ansambl gra było równie magiczne i hipnotyzujące, jak obrazy za opuszczonymi powiekami. W sekcji V pokazał, że nie tylko Jonny potrafi wnieść uczucie do tej mechanicznej muzyki: sam autor zagrał na fortepianie w sposób figlarny i skoczny, jakby się przekomarzał z resztą wykonawców.
Dźwięki targały mi mózg, ich powiewy, przypływy i odpływy z pewnością rzucały moją głową w każdą stronę. Było dokładnie tak, jak sobie wymarzyłem.
Kiedyśmy już wychodzili i mijaliśmy posła Gówina, który, był tam bo tak wypadało, zapytałem żonę, która była tam, bo poświęciła się dla mnie, jak czuję się po pięćdziesięciu minutach muzyki, która tak ją drażni.
— Oszałamiająco piękne! Niesamowite! Cudowne! Jednak set i setting ma kolosalne znaczenie!
Tak więc jeśli kiedyś chcielibyście przekonać kogoś do swojej ulubionej muzyki, polecam ocynkownię huty im. Lenina.

Allegro furioso alla polacca

oranvag

Chciałem się trochę poużalać, ale przecież wiem, że narzekania można czytać na trzydziestu ośmu milionach innych blogów, a tu ma być tylko pornografia i ciężki humor. Tak więc będę się streszczał. Informuję iż:
Czuję się w tym kraju jak Żyd po zwycięstwie NSDAP. Hitlery wyskakują na mnie zza każdego węgła. Na portal „gazeta” przestałem zaglądać parę lat temu. Na „onet”, choć pisze głównie o dupie, boję się wejść, bo a nuż kliknę gdzie nie trzeba, zwiedzony kłamliwym nagłówkiem „Doda pokazała bobra, czy aby na pewno o to jej chodziło” i powita mnie jurgieltnicza morda Henzela, a kawałek jego politruckich rzygowin pryśnie mi w oko.
Przeraża mnie, że nie istnieje ani jedno źródło polskojęzycznych wiadomości, nie skażonych kłamstwem. Że jedyne wiadomości, które możemy przeczytać mówią nam, że białe jest czarne, a czarne jest białe. Że minimalne przebłyski trzeźwości i zdrowego osądu można znaleźć tylko w komentarzach pod artykułami. Że jurgieltnicy mimo tego brną dalej i zatruwają młodzież, która przecież nie jest w stanie zauważyć że to wszystko ohydna propaganda.
Wkurwia mnie, że moja sąsiadka, pani Krysia, musi się tłumaczyć burasowi, kim jest. A ja się domyślam, kim ON jest. On jest POLAKIEM!
Gruby burasie, w ortalionowym dresiku, z białą kurą i napisem POLSKA! Po chuj ci ten napis?!
Toć widzę, żeś jest Polakiem, bo z daleka znać brzuszysko spuchłe od piwa i golonek! Po chuj ci ten napis, tłuściochu, przecie z nieco mniejszej odległości widzę twój kretyński sumiasty wąs, krzyczący zapitym growlem PHOOOLKHAAAA!!! Przecie, kurwa, i bez tego napisu wiem, żeś jest Polak, bo obsrywasz swoim psem podwórko i zbierasz się do lania po mordzie, jak jakiś gorszy sort spróbuje zwrócić ci na to uwagę. Ileż to razy o mało co wdepnąłem w ten przenajświętszy symbol polskości! Zaprawdę, powiadam Wam, przyjaciele w niedoli – wetknięte w niego chorągiewki uratowałyby od skalania niejedną podeszwę!
I co? I nic. Nic z tym nie robię, jak każdy Polak wolę ponarzekać. Zawsze mogę przecież wyjechać do Rosji, Korei Północnej, albo na Kubę, prawda? Mam tylko nadzieję, że zdążę, zanim zaczną zamykać nas w gettach.
Szczęść boże i sieg heil!

Sedno sprawy

oranvag

— Zupełnie nie zasługujesz na te 500 złotych — stęknęła żona w kierunku syncia, który za nic mając pozycję ich osady kajakowej w spływie Biebrzą, wywalił nożyska z kokpitu i oparłszy ramiona o wiosła kontemplował szuwary.
— A co mógłbym za nie mieć?
— Nic, bo ja już sobie a konto pięciu najbliższych wypłat kupiłem S7 — zauważyłem.
— Przecież to miało być dla mnie na buty! — oburzyła się żona.
— No to będzie na buty, ale za pięć miesięcy. Z resztą nie ty mógłbyś mieć, tylko twoja siostra.
— Jak to?
— Bo 500 złotych jest tylko na drugie dziecko.
— Dlaczego?
— Bo w ten sposób bieżący totalitarny reżim chce zwiększyć dzietność.
— Ale jak to?
— No tak, to. Masz jedno dziecko, to dobitnie dają ci do zrozumienia, że mają cię w dupie. Za to za każdą mordę powyżej jednej dają 500 złotych.
— A 500 złotych to nie jest za mało na dziecko?
— Oczywiście, że za mało.
— To wpłynie na dzietność, czy nie?
— Wpłynie, ale tylko w rodzinach patusów.
— A wśród pozostałych?
— Nie wpłynie.
— Dlaczego?
— Bo widzisz, sedno sprawy jest inne. Dzietność spada od dwudziestu kilku lat.
— Ale czemu?
— Bo homo sapiens, podobnie jak cała masa innych wyższych ssaków, po prostu kiepsko się rozmnaża w niewoli…

© Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci