Menu

Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej

Poradnik dla osób w wieku od dwóch do trzech lat, pozwalający zapoznać się i oswoić z typowymi sytuacjami zdarzającymi się w rodzinach patologicznych. Młody czytelnik znajdzie tu instrukcję, jak radzić sobie ze zdeprawowaną matką i pochodzącym z marginesu społecznego ojcem, jak przymykać uszy na nocne hałasy, jak sprawdzić, czy rodzice nie nadużywają narkotyków i alkoholu, jak zapewnić, aby stosunki małżeńskie uprawiali tylko we dwoje i wiele innych, cennych porad.

Kto jest ostatni?

oranvag

Wracam i widzę awizo… awizo… awizo…

Kiedy tylko zostałem osobą w średnim wieku, pomyślałem, że teraz to już przystoi mi prenumerowanie prasy. Tak więc drugi rok z rzędu pod koniec miesiąca z wypiekami węszę w skrzynce, czy jest mój nowiutki, jeszcze niedostępny w kioskach, Scientific American. Jak się przenumeruje pod koniec roku, to dorzucają prezent – książki popularnonaukowe do Prószyńskiego – palce lizać. W tym roku wybrałem „Nasz matematyczny Wszechświat. W poszukiwaniu prawdziwej natury rzeczywistości”, i nie wyobrażacie sobie nawet, jak jestem z tej cegły zadowolony. Dziełko, które zaczyna się od cytatu z Feynmanna, i to takiego, jakby mówił go w środku wybornego kwasowego tripa (choć jak wiadomo Rysiu bał się kwasić) nie może być złe, nie mówiąc już o tym, że Max Tegmark zdaje się być w Feynmannie zakochany. Nie uprzedzajmy jednak faktów – najpierw musiałem odebrać przesyłkę na poczcie, bo oczywiście sześciusetstronicowa broszurka nie zmieściła się do skrzynki.

Powiadomiłem rodzinę dokąd idę, w razie jakby przedłużająca się rozłąka skłoniła ich do zgłoszenia zaginięcia na policji, i udałem się do najbliższej placówki, która była pełna starszych osób trzymających książeczki do hurtowych opłat oraz kwitki do nadawania i odbierania przesyłek poleconych.

Jak zapewne wiecie, poczta w tych czasach zajmuje się nie tylko trzykrotnym uderzaniem stęplem w koperty, ale też sprzedaje prasę, kosmetyki, rajstopy, akcesoria patriotyczne i książki. Tym ostatnim miałem szansę w czasie oczekiwania przyjrzeć się z większą uwagą.

Dział sezonowej prozy katolickiej:

Kolędy niebiańskim piórem pisane idealne dla milusińskich aniołeczków.

Wszystko o bożym narodzeniu - znaczenie religijne, tradycje, zwyczaje, ciekawostki jakbyście jeszcze czegoś nie wiedzieli…

Szopka bożonarodzeniowa to pewnie coś o budynku przy ulicy Wiejskiej. Baran, osioł, osioł, świnia, baran, świnia, świnia, szczur.

Święty Mikołaj - kolorowanka z naklejkami na stronie piątej Mikołaj pokazuje wory.

Półka katopatriotyczna dla najmłodszych - książeczki, w których młodzi Polacy lepszego sortu mogą machnąć kolorkiem Sarmatę, młodą ziemiankę, magnata, Bolesława Chrobrego, orzełka w koronie, żołnierza wyklętego czy inną bzdurę.

Kolejny regał – dewocjonalia:

Zdjęcia z kanonizacji papieża-Polaka. Najpiękniejsze chwile ceremonii uchwycone na unikatowych zdjęciach – jeśli dobry Pambóg istnieje, to biesy grają w piekle z jego dupą w słoneczko, niech się więc cieszy z ziemskiej kanonizacji, kutas.

Papież Franciszek - kalendarz 2017 – zdaje się, że to miły koleś, ale czy w Polsce się sprzedaje papież niepolak? Wątpię. Na przemiał.

Ks. Jan Kaczkowski – wspomnienie – jeśli przeczytałeś o Karolu W. i Franciszku, może skusisz się na to?

Następne półki – katolickie science-fiction i fantasy.

Posłaniec serca jezusowego – thriller o watykańskim agencie specjalnym, działającym pod przykrywką:

— Nie pozwolimy wam!

— Kto nam nie pozwoli, dziadku?!

— Bóg ojciec, syn boży, duch święty i JA!

Siostra Małgorzata Chmielewska - szczęśliwe życie – z wyglądu wesoła kobieta, ale kto da się nabrać, że można żyć szczęśliwie bez bolca?

Różaniec z papieżem Franciszkiem – co za bzdura, każdy wie, że jest z Jezusem.

Łaski i cuda za wstawiennictwem św. Charbela – katolicka odpowiedź na modną młodzieżową prozę o czarach, które jak wiadomo, są zagrożeniem duchowym.

Święty Andrzej Bobola – piłkarz niebiańskiej drużyny, przodek naszego wielkiego piłkokopa, musieliście o nim słyszeć – Borubar, syn Bobola. Gola!

Matka Boża – powieść fantasy o dzieworództwie.

Duch Święty – na pierwszy rzut oka widać, że horror.

Święty Jan Paweł II – zbiorek oksymoronów.

Święty Franciszek – hodowca myszek.

Papież Franciszek - Bóg jest w życiu każdego – to „życiu” to musi być błąd ortograficzny.

...Ale to jeszcze nic, bo potencjalnie największym kuriozum w placówce Poczty Polskiej jest regał z katolickimi książkami kucharskimi!

Kalendarz z nowymi przepisami siostry ANASTAZJI i siostry SALOMEI – zrobią ci kanapkę…

Ojca Grande Przepisy (dalej zasłonięte) – boję się sprawdzać, potem mi się będą końskie głowy śniły po nocach…

Ojca Grzegorza przepisy na zdrowe (nie widać) – chlanie? jebanie? wpierdalanie? Nigdy się nie dowiem…

Przetwory siostry Anastazji – wiśnie w spirytusie, śliwki w wódce, maliny w rumie, wiśniówka, śliwowica, nalewka malinowa…

Kuchnia tradycyjna siostry Anastazji – zupa z kartofla, smażone obierki.

Dania mięsne siostry Anastazji – baranek boży w buraczkach.

Potrawy z ziemniaków siostry Marii – Jacek i Placek na oleju.

Potrawy z drobiu siostry Marii – aż kusi sprawdzić, czy jest pularda w żałobie

Zielone koktajle siostry Marii – a ten tytuł żywo mnie zainteresował, jednak zawartość rozczarowywała.

Desery i dania na słodko siostry Marii – zabezpiecz tonę curkru.

Rodzinne obiady siostry Marii – a skąd, kurwa, siostra Maria może wiedzieć cokolwiek na temat rodziny?!

Potrawy z ryb siostry Marii – siostra Prakseda zapomniała dokarmiać.

Wypieki siostry Marii – kiedy czyta Pamietniki Fanny Hill

Dekoracje potraw i stołów siostry Marii – aniołki, Jezuski, kurczątka, baranki, sianka i stajenki. Koktajl owocowy z laseczką biskupią.

Cóż mogę dodać. Przy tak bogatym asortymencie, nie ma wała, każdy musi znaleźć coś dla siebie. Na podziwianiu okładek minęły niepostrzeżenie godziny. W końcu wyświetlił się mój numerek (666) i podszedłem do lady.

— Dzień dobry, czy macie jakąś książkę nie o księdzu lub zakonnicy? — zagaiłem.

— Słucham???

— Eeee, nie. Tak naprawdę mam tu awizo…

I pamiętajta – ostatni będą pierwszymi!

Wieczór rodzinny

oranvag

Nie ma to jak spędzić wieczór razem, oglądając coś szerzącego uniwersalne wartości… na przykład „Gwiezdne Wojny – Rebelianci”. W pokoju ciemno, promyczki światła z projektora, niczym lasery, przeszywają przestrzeń, ściany i podłogi drżą od wybuchów, czego chcieć więcej?

— Syneczku, skoro już idziesz po orzeszki, czy przechodząc obok stołu mógłbyś odstawić mój kieliszek po winie? — poprosiła żona.

— No właśnie, syneczku, czy wracając z orzeszkami mógłbyś przynieść mi ze stołu mój kieliszek z winem? — dodałem ja.

— A czy ja jestem waszym służącym?! — obruszył się syneczek, który w tych dniach przerósł moją małżonkę.

— A myślałeś, że pocośmy robili sobie dzieci?! Oczywiście, że jesteś!

— Myślałem, że zrobiliście mnie, żeby dostać pięćset złotych!

— Nie, to twoją siostrę zrobiliśmy dla pięciuset złotych, choć wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy.

— Ooooo! — zmartwiła się z kolei nasza córka.

— A swoją drogą, mógłbyś czasem z nami o czymś porozmawiać — westchnęła moja żona.

— O czym na przykład?

— Na przykład – o czym opowiadają wam na przysposobieniu do życia w rodzinie…

— O, widzisz, synu — ożywiłem się — bo to bardzo istotne. Musimy wiedzieć, co ci tam mówią, bo jak na przykład po Dobrej Zmianie zaczną opowiadać, że na przykład od prezerwatyw dostaje się raka…

— A od pigułek AIDS…

— To oczywiście w trybie pilnym wypiszemy cię z tego przedmiotu. JESTEŚMY LUDŹMI, JESTEŚMY JEDYNYMI ZWIERZĘTAMI NA ZIEMI UPRAWIAJĄCYMI SEKS W CELACH NIEPROKEREACYJNYCH I NIE BĘDZIEMY, POWTARZAM, NIE BĘDZIEMY SIĘ TEGO WSTYDZIĆ! Więc jeśli opowiadaliby ci tam jakieś głupoty…

— A nas krępujesz się pytać…

— To kupimy ci o tym ładną książkę, skupiającą się na tym czego tak nienawidzi narodowa prawica, na TECHNICE!…

— No okej, ale ja wolę audiobooka…

Wieczór hipsterów

oranvag

Nie długo przyszło cieszyć się nam faktem, że Hitlary Clinton przegrała wybory. Ledwo co wyciągnąłem z piwnicy zgrzewkę snickersów przygotowanych na wypadek wojny, której laureatowi pokojowego Nobla, prezydentowi Barackowi O., bogu dzięki, ostatecznie nie udało się rozpętać, nadszedł piątek i telewizja pokazała naprawdę przerażające przemówienia z marszu krościatych koniobijców. Rozumiem oczywiście ich frustrację związaną z brakiem pracy i perspektyw życiowych, no ale pomyślcie sami, czy zatrudnilibyście gości, którzy na serio posługują się słowem „honor”, a sen z powiek spędza im moment w którym staną przed stwórcą i dumnie spojrzą mu w oczy? I do tego zadepczą wam firmę psim gównem, bo są zażartymi wrogami wkładania ostrzegawczych proporczyków w ekskrementy pozostawione przez współobywateli na trotuarach miast i wsi? (pewnie rozdeptują te kupy z dumą i honorem, myśląc że w ten sposób pozbywają się problemu).
Powiecie pewnie, że mogliśmy przecież wyjechać z miasta i nie przejmować się tymi wszystkimi głupotami, ale baliśmy się, że zanim je opuścimy, patrioci zniszczą nam samochód, bo nie jest amerykański. Siedzieliśmy więc w domu jak trusie, słuchając tylko odległych salw i ryków, oraz lejącego się z głośnika piskliwego bełkotu Prawdziwego Polaka, który pomimo, że dopiero przechodził mutację, to już martwił się, co mu powie stwórca po śmierci, zapewne meńczeńskiej (choć honorowej) z rąk jakiegoś (najlepiej) Ruska.
Dopiero wieczorem, stwierdzając że basta! i nie pozwolimy się zaszczuć we własnym mieście, wyruszyliśmy na poszukiwanie świeżego piwa. Obrałem najoczywistszy kierunek.
Zdaje się, że jeszcze na starym blogu pisałem o mojej jedynej wizycie w Koszykach, zanim zostały zdekomunizowane tak, że kamień na kamieniu nie pozostał. Były to czasy, kiedy starałem się nauczyć swiadomego śnienia, a jedna z technik polegała na przypominaniu sobie jakiegoś miejsca, w którym na jawie czuło się jak we śnie. Coś takiego zdarzyło się tak tylko raz, kiedy pewnego dnia wszedłem do tej niesamowitej hali, pełnej stoisk, jakby żywcem wyjętych z lat osiemdziesiątych, drobnych żeliwnych kolumienek i misternych koronek kratownic dachowych, które niknęły w ciemnościach, wysoko pod niedoświetlonym stropem. Coś jakby chaotyczne targowisko urządzone w katetrze upadłego boga. 1001 drobiazgów, sery, karnisze, warzywa i owoce, przetwory. Ciche szepty i szelesty plus półmrok stwarzały prawdziwie niepowtarzalną atmosferę. Zanim zdążyłem pokazać to wszystko żonie, przyszedł walec i wyrównał.
Nowe Koszyki nie mniej mnie zachwycają, choć to prawda, że jest tam „bananowo” i że to nowa Mekka, cel pielgrzymek hipsterów. Butik z herbatami, pięć puszeczek po dwadzieścia pięć gram, mieszanki w stylu rosyjskim – sto złotych. Siadasz przy barze obstawionym tysiącem rodzajów alkoholi z całego świata, nad tobą didżej przygotowuje się do występu:
— Jakie macie piwa?
— Przeniczne, czerwony lager i marcowe. Własne, dziś przywiezione.
No, ba! A czego innego mógłbym się spodziewać? Siedzimy więc przy doskonałym piwie, gapiąc się na świeżo odmalowane na zielono żeliwne kolumienki i misterne koronki kratownic dachowych, wyeksponowanych w jasnym świetle fantastycznie dobranych lamp, podziwiając tatuaże, brody, dekolty, wieczorowe makijaże, dizajnerskie psy. Cieszymy się, że poza pryszczatymi koniobijcami, co raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę, są jeszcze ludzie normalni, spędzający święto troglodytów na konsumpcji i rozpieprzaniu pieniędzy zarobionych na wysługiwaniu się co dnia obcym bankom. Rechoczemy bezwstydnie przeglądając zakupiony w „Pan tu nie stał” album RTS kontra ŁKS. Ponieważ piwo jest wyśmienite, zamawiamy kolejne, po którym idziemy spróbować ślimaków. Ileż to trzeba mieć kasy, żeby w takim miejscu posiadać stoisko sprzedające ślimaki „polskie, z własnej hodowli”?! Wiecie, noga wycinana, skorupy czyszczone, wygotowane, winniczki po głodówce zatopione w aromatycznym czosnkowym maśle, z dodatkiem jakiegoś sera pleśniowego. Towar zachwala ładna panienka, nad wszystkim czuwa koleś ubrany w tiszert z Rickiem i Mortym, a pomaga im rezolutna, na oko dziesięcioletnia córka.
— Kto chciałby mieć dziadka psychopatycznego alkoholika? — pyta retorycznie moja żona.
— Mój dziadek jest jeszcze gorszy niż Rick! — ripostuje dziewczynka.
Biedne zwierzęta smakują bosko na bagietce, więc w drobnej paczuszce lądują w torbie obok ruskiej herbaty i czapki „Cześć”. Do domu wracamy w doskonałych nastrojach.
Summa summarum, muszę przyznać, że jednak się myliliśmy. W tym pseudopaństwie Dzień Niepodległości to fchuj fajna okazja do wyjścia na miasto i przekonania się, że mądrością i pracą ludzie się bogacą. A ci, którym mądrości bozia postąpiła – cóż, niech chodzą na marsze i giną za ojczyznę, byle cicho…

Zakład torturowania mieszczuchów

oranvag

Są miasta w których komunikacja miejska działa i jest Warszawa.

Pomijam już fakt, że to normalka, iż jeśli stoisz na przystanku w centrum miasta, w godzinach szczytu, widzisz że zatrzymuje się na nim dziesięć różnych linii i szybko w pamięci wykonujesz obliczenie, z którego wychodzi ci, że nie ma chuja, w przeciągu sześciu minut musi coś przyjechać, a potem czekasz i za sześćdziesiąt minut przyjeżdża cały rządek, ostatnie osiem pojazdów zupełnie puste. Pomijam, bo każdy to wie. Gorsze jest, że jeśli nie jest się posiadaczem karty miejskiej, to zakup biletu graniczy z cudem.

Idę na pocztę, bo mam na dole i proszę o bilet jednorazowy.

— Niestety, wyszły. Mam tylko pięćdziesięciosześcioitrzyczwartokwadransowy bilet ośmiostrefowy.

— A po ile go pani ma? — pytam, bo wiem, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu, i kto wie, czy i kiedy zdarzy mi się znów taka okazja.

— Osiemdziesiąt siedem złotych i dziewięćdziesiąt pięć groszy — bo trzeba jeszcze wiedzieć, że bilety jednorazowe w Warszawie do tanich nie należą.

— A, to nie. To jednak dziękuję — wzdycham i idę w kierunku przystanku, licząc że może coś po drodze wyhaczę.

Zaglądam do kiosku.

— Nie, normalnego nie mam. Ale może pan wziąć i skasować dwa ulgowe…

Nie będąc do końca pewnym czy to legalne (jak znam inteligencję ludzi z ZTM, to pewnie nie…) dziękuję i idę dalej. Może uda się kupić z automatu w tramwaju, o ile przyjedzie ten nowoczesny.

Przyjeżdża, wsiadam i co widzę? „Automat przyjmuje tylko odliczone banknoty stuzłotowe i nie wydaje reszty”.

— A chuja wam dam tyle pieniędzy — mruczę pod nosem i wysiadam na następnym przystanku, bo widzę, że mają tam kiosk ruchu.

Pukam w szybkę zamkniętą, bo zimno, ale za chwile widzę kartkę: „Przerwa techniczna”. Normalny człowiek w tym momencie znalazłby kij bejzbolowy, który następnie zamieniłby na nóż, karabin maszynowy i wyrzutnę rakiet samosterujących. Ale nie ja – ja jestem zen. Upokorzenia znoszę ze stoickim spokojem. Prąc na północ, odbijam się od kolejnych kiosków, salonów prasowych, urzędów pocztowych.

Wreszcie, widzę… Nie, nie bilet. Moją żonę, w miejscu spotkania.

— Spóźniłeś się! Co się stało?

— Walczyłem z systemem…

My Silver Linings

oranvag

Nie chcę, abyście mnie żle zrozumieli, ale samochody zajmują dalekie miejsce w mojej piramidzie zainteresowań. Praktycznie są nieobecne. Nie wiem jak działa turbina i czym się różni bezpośredni wtrysk od... no właśnie – jakiego? Nigdy nie zmieniłem koła, nie ubrudziłem rąk smarem. Nie odpaliłem z dumą zdechłego silnika, po pół godzinie grzebania pod maską. Nie pamiętam, jaką ma objętość i ile koni. Dla mnie auto ma po prostu jeździć z punktu A do punktu B.

Nie obchodzi mnie, co ludzie powiedzą, a gust mam skrzywiony, więc kiedy te jedenaście lat temu wszedłem do salonu i zobaczyłem nową Octavię w kolorze perłowej czerni, wpadła mi w oko i pomyślałem sobie, że to ja mógłbym być tym głąbem między dwoma liśćmi, i chuj z tym, co sobie kto o mnie pomyśli. Żona powiedziała:

--- O, ale wielkie limo! --- a ponieważ lubi duże, od razu była na tak i nawet już nie oglądaliśmy konkurencyjnych marek, choć przypuszczam, że za te pieniądze mogliśmy mieć dużo innych, mniej obciachowych bryczek.

Pamiętam, jak w pewien jesienny ranek wybraliśmy się do Nieborowa i Arkadii, a po południu zachodzące słońce rozświetliło na złoto-rudo perłowoczarną maskę. Ojciec śmiał się potem ze mnie, że niby tak kontestuję samochody, a tu trzasnąłem parę zdjęć swojej nowej Skodzie. A jednak, spośród kilkudziesięciu tysięcy fotek, które zrobiłem do tej pory, te z Czeszką mógłbym policzyć na palcach obu rąk. Parę z wspomnianego popołudnia, w towarzystwie ciemnobrązowych koni. Ze dwa zimą, na placu pewnej myjni, syncio umiał już chodzić, w puchowej zimowej kurtce wyglądał jak sam Michelin. Letni portret żony, profil zrobiony pancolarem, nie widać tego, ale ja wiem, że jest w samochodzie. Ma wielkie okulary słoneczne i na tle nierealnego bokehu lekko się uśmiecha, jakby ‘zadowolona z jazdy i słońca we włosach. Kolejne, to kadr lusterka wstecznego, w którym goreje pożoga zachodzącego słońca, na tle wciąż niebieskiego nieba, widocznego przez przednią szybę. No i jeszcze, przypomniałem sobie w tym momencie – na drodze w Popielnie, otoczeni przez tarpany, jeden z nich, przez otwarte okno, wkłada chrapy do kabiny.

Nie wiąże się z naszą Skodą żadna anegdota, ni przygoda. Żadne obciąganko w trakcie jazdy, ruchanko na tylnej kanapie, przewóz teściowej w bagażniku. Nie utknęła w śniegach Bieszczadów, nie zagotowała się w porannym korku, nie złapała gumy na highway To Hel, nie utopiła się podczas ulewy na ulicy Regulskiej. Jedenaście lat, bez najmniejszych usterek i zmartwień. W śniegu, błocie, upale, deszczu, okruchach ciasteczek.

Po prostu, zawsze jechała z punktu A do punktu B.

I nie zrozumcie mnie źle - wcale nie przywiązuję się do przedmiotów... kiedy jednak zobaczyłem ją dziś, jak prowadzona przez nieznajomego, po raz ostatni wyjeżdża z naszej bramy, trochę ścisnęło w dołku.

Powodzenia, Skodo! Powiedzenia na nowej drodze!

W obronie klasy robotniczej

oranvag

Po tym jak PiS cofnął się przed kobietami, trochę zrewidowałem poglądy. Wcześniej chodziłem na demonstracje zrezygnowany, tłumacząc żonie, że to nie ma sensu, bo równie dobrze mógłbym stanąć pod pobliską ambasadą pewnego reżimu i domagać się, żeby przestali prowadzić wojnę z ludzkością i natychmiast pozamykali swoje bazy wojskowe na całym świecie. Krótko mówiąc – śmiesznie bym wyglądał, zupełnie tak, jak marzyciele, próbujący walczyć z kaczyzmem.

A jednak! Przecież chwilowo się udało, co w tak wiele serc tchnęło nową nadzieję! Na niedzielną demonstrację, szedłem już więc nieco mniej przygaszony. Ale do rzeczy.

W pewnym momencie zauważyłem, że tłum przede mną się zagęszcza i coś się tam szarpie. Po chwili okazało się, że ze spuszczoną głową, powoli, przez ciżbę próbuje przepchać się ekipa transmisyjna reżimowej TVP. Tu ktoś im zastąpi drogę, tam ktoś szturchnie, da kuksańca, podstawi nogę… Z jednej strony trochę mnie to śmieszyło, gdybym był z dzieckiem mógłbym mu powiedzieć na przykład: „o, zobacz synku, tak wygląda kapuś”, ale zaraz też pomyślałem sobie, że przecież dobra zmiana zapewne nie sięgnęła w telewizji aż do techników i kamerzystów. To mogli być całkiem porządni ludzie, tacy jak my, wykonujący tylko rozkazy, aby utrzymać swoją rodzinę! Pracujący w telewizji od lat, może tak samo nienawidzący kaczyńskiego totalitaryzmu! Nie powinni otrzymywać kuksańców za to tylko, że dalej wykonują swoją pracę! Na litość boską, nie bijmy ich za to, że kolaborują z tubą propagandową kotojebcy! To nie oni potną materiał, to nie oni opatrzą go komentarzem! To nie oni, wreszcie, szyderczym tonem skomentują go w głównym wydaniu Dziennika Telewizyjnego!

Trochę empatii, na litość boską!

Proszę bardzo, szukajcie sobie tego w słowniku imion!

oranvag

Po tygodniu chłonięcia energii ze słońca i paru intensywnych godzinach pobierania jej prosto z funkcji falowej wszechświata, przyszło zderzenie z chłodnym październikiem i domowymi obowiązkami. Córcia obraziła się, bo przywieźliśmy jej ubrania, zamiast „czegoś fajnego”. Syncio, po tym jak całe popołudnie palcował telefon, zapewniając że nie ma absolutnie nic do odrobienia, po wizycie w galerii handlowej (ponieważ obie pary nóg wyrosły z butów na zimę), po zakupieniu oddziału szturmowców (rekompensty za ubrania), po żarciu gówna z KFC (bo przecież ósma wieczorem to świetna pora), po zakupach w Biedronce (bo po tygodniu bez nas lodówka pusta), o godzinie dwudziestej trzeciej przypomniał sobie o monologu wewnętrznym Odyseusza oraz ocenieniu gry aktorskiej podczas pojedynku Achillesa z Hektorem w filmie „Troja” (ani ja ani żona nie mieliśmy okazji widzieć). Oto radość posiadania dzieci.

Urok i Sraczka. A Wasze dzieci jak mają na imię?

Urywki z rozrywki

oranvag

Niby jeszcze lato, ale deszcz siąpi nieprzerwanie kolejny dzień, więc czując się już nieco jesiennie, rozgrzewamy się tradycyjnie przed wejściem na śmieciarkę, parząc plujkę na koksowniku. Pierwsza dzisiejsza opowieść naprawdę mnie poruszyła, bo pokazuje jak pambóg sprawiedliwy karze tych, co spełniają jego głupawe zachcianki. Czy może być coś ohydniejszego niż stosunek przerywany? No jakimż byłbym mężem, gdybym chwilę przed wytryskiem wyjmował z żony kutasa, niejako głosząc tym wołającym o pomstę do nieba występkiem: „nie jesteś godna abym spuścił się w tobie”? A nie zapominajmy, że sperma zawiera hormony regulujące nastrój, które przez błonę śluzową pochwy dostają się do krwioobiegu, a przez skórę na brzuchu, cyckach, czy dupie, do kurwy nędzy – nie! Nie mówiąc już nawet o tym, że tak nie da się szczytować w jedyny słuszny sposób, czyli jednocześnie! No ale kolega poniósł słuszną karę ponieważ w wyniku szczęśliwego splotu wydarzeń, a więc: 1) pozycji misjonarskiej 2) odpowiedniego kąta i siły wytrysku 3) uprawianiu seksu po ciemku (a fe!):

— … zacząłem lizać ją po cyckach i zlizałem swoją spermę…

Dobrze mu tak!

— A ty jedziesz w przyszłym tygodniu na wakacje? — zagaił z kolei ten, któremu żona wciąż nie dała dupy.

— Ano jadę…

— Fajnie masz. Bez dzieci, tylko z żoną?

— Ano, tylko z żoną.

— Fajnie masz.

— A co też chciałbyś pojechać sam z żoną?

— Z moją – nie. Z twoją – tak.

Pomśmialiśmy się więc, dopiliśmy plujkę i ruszyliśmy w stronę hangaru śmieciarek. Część drogi odbyliśmy w milczeniu, stąpając na palcach i bezdechu za asystentką pewnego członka. Dziewczę drobne, acz niezwykle proporcjonalne, o wzorcowym profilu nogi, jędrnym pośladku i biuście na skraju eksplozji (choć tego akurat z tyłu widać nie było), wypisz wymaluj Anissa Kate. Czując na sobie kilka spojrzeń grała na nas okrutnie „lekko roztrząsając przestrzeń butrami bioder”, aż znikła za drzwiami pokoju swojego szefa.

— Eeeech — westchnął ten kolega, któremu żona wciąż nie dała dupy — z niej to mógłbym całymi godzinami zliywać swoją spermę…

— A moją?

Korzyści z antybiotyków

oranvag

Aktualnie jestem na kolejnym zwolnieniu, tym razem z córcią i jej zapaleniem ucha. Umówiliśmy się z żoną, że w czwartek i piątek będzie pracować z domu aby zluzować mnie trochę z wysłuchiwania przez cały dzień, tego co nasze kochane dziewczę ma do powiedzenia. A jest tego, oj jest! Kiedy dziś wróciła z pracy, trafiając wprost w wartki strumień świadomości, wydobywający się z ust naszej kochanej pociechy, nie omieszkała zauważyć:

--- Ona jest już chyba zupełnie zdrowa!...

--- Na to wygląda...

--- To może nie muszę brać hołmofisu?

--- Wiesz co? mam świetny pomysł. Ty w czwartek i piątek pracujesz z domu. Ja - dalej ciągnę zwolnienie. Ona - wraca do przedszkola.

--- No świetny pomysł, tylko ja będę miała telekonferencje!

--- Nie szkodzi, przecież będzie cię widać tylko od pasa w górę...

Przerwa techniczna

oranvag

Starośc nie radość. W niedzielę dwa tygodnie temu pojechałem na SOR, prawdopodobnie z zapaleniem pęcherzyka żółciowego. Wypisano mnie po dwóch godzinach z adnotacją „błąd dietetyczny”, ponieważ szpital w śródmieściu stolicy średniego państwa europejskiego nie posiada USG i diagnozę wykonuje się metodą na czuja.

Przez kolejny tydzień siły wystarczało mi tylko na odprowadzanie córci do przedszkola. Tymczasem syncio chodzi do gimnazjum, z którego jest dość zadowolony i zdaje się, że polubił też życie ziomala, który sam jeździ tramwajem po mieście, a po szkole robi co mu się podoba. My jesteśmy zadowoleni mniej, bo znów trzeba odrabiać prace domowe z polskiego. Na pierwszy ogień poszła Biblia i wypisanie z niej znanych frazeologii. Gdyby żona wyjechała w delegację, zaniósłby do szkoły „grzech Onana”, „Sodomę i Gomorę” i jeszcze parę innych. Niestety, była w domu, i msuiałem iść na kompromis.

Wróciły też natrętne kartkówki ze wszystkiego, co mnie dziwi, bo jest ledwie wrzesień. Doszło nam więc zakuwanie do kartkówek. Dziś z hiszpańskiego.

— Jak to jest — zapytałem wczoraj Syncia — uczyć się na raz trzech języków?

— Czterech. Hiszpański, angielski, chiński i POLSKI!

— Polskiego nie liczę, nawet nie próbujesz się go uczyć i ledwo w nim dukasz!

Rozbieżne oczekiwania

oranvag

Każdy, kto choć raz miał dzieci, wie że nie ma większego cudu na tej ziemi niż wakacje z pociechami, więc od kiedy tylko z nich wróciliśmy, z niecierpliwością odliczamy dni do urlopu wypoczynkowego, który w tym roku, szczęśliwie, zaplanowaliśmy na wczesny październik.

 To dobra pora z tego względu, że brodząc na golasa w płytkiej wodzie, w promieniach zachodzącego słońca, kiedy w Polsce jest ciemno już od dobrych kilku godzin, można prowadzić rozmowy w stylu:

 — Pomyśl, tu lato, a jak wrócimy będzie już chłodno, październik…

 — I ta jesień, rozwinęła melancholii mglisty woal…

 — A tutaj dalej będą brodzić na golasa w płytkiej wodzie, w promieniach zachodzącego słońca…

 — A tam zmarzniemy w porannym autobusie po wyjściu z samolotu…

 — No to pobrodźmy jeszcze.

 Trzeba być koneserem, żeby lubić fuerteventuriański krajobraz. Gdyby nie lazurowe niebo (i woda, rzecz jasna), możnaby tu kręcić filmy o lądowaniu na Marsie. Nie trzeba by było kolorować gleby, tylko pociągnąć na czerwono stożki wulkanów. Po całodnowym tłuczeniu dżipa po piaszczysto-kamiennych dróżkach, kokpit i wszystkie niezabezpieczone przedmioty są całkowice pokryte rudym pyłem, który potem wżera się w przedmioty. Kiedy zimą widzę jego drobinki zaschłe w różnych zakamarkach sprzętu fotograficznego, robi mi się jakoś tak cieplej na duszy. Melancholą z kolei napawa mnie wspomnienie o Cofete, szerokiej plaży pełnej tajemniczości i grozy spiętrzonej w skalistych górach, które łagodnymi zboczami opadają w piach. Ten biały piach o konsystencji mchu. Choć w tym roku pewnie tam nie pojedziemy, bo żona mówi, że boi się „Cofete Highway” – szerokiej na jeden samochód, krętej jak świński ogon, drogi prowadzącej nad bezdennymi urwiskami.

— Wiesz, co najbardziej lubię we Fuercie?

— No, co?

— Że całymi dniami mogę, leżąc na plaży, łapać cię za cycki, albo gapić w cipę, jak no ta, hiena w… W co to się hiena gapi?

— W cipę.

— No właśnie. Do tego jeszcze ruchanie na plaży, obciąganie na plaży, grzebanie w cipie na plaży… Siedzimy sobie i wyglądamy jak normalni turyści podziwiający widoki, a tam przebieram paluszkami. Sprint przez plażę do hotelu po K-Y, też nawet dość lubię. I brodzenie na golasa w płytkiej wodzie. No i rzecz jasna wiszenie nad ziemią, centymetr, albo dwa…

— No, dobre to wszystko jest…

— A ty co najbardziej lubisz we Fuercie?

— Że nie muszę sprzątać, gotować, prasować i prać…

Bałtyk oswojony

oranvag

Parę lat temu wyjazd nad Bałtyk był dla mnie taką namiastką sportu ekstremalnego: czekanie na pogodę, żeby można było wyjść na plażę to hartowanie woli. Siedzenie na plaży w tumanach lecącego sto na godzinę piachu hartowało ducha. Wchodzenie do wody o temperaturze osiem stopni Celcjusza to, jak zapewniał mój ojciec, hartowanie ciała. Z resztą do dziś z dumą powtarza, że nasze dzieci nie chorują, bo kiedy jadą z nimi na wakacje, to całymi dniami siedzą w morzu.
Jednak człowiek się starzeje i zmienia. Przez lata, głównie za sprawą znalezienia przyjemnego miejsca nad Bałtykiem, trochę się z nim oswoiłem. Polubiłem jego bajecznie kolorowe zachody słońca w ujściu rzeki i taflę wody w bezwietrzne dni, kiedy to płyciutka, lazurowa toń, pełna meduz i małych rybek, z powodzeniem może udawać dużo elegantsze i ekskluzywniejsze akweny. Można wtedy odejść kawał od brzegu nie mocząc kolan, ba! można nawet zanużyć całe ciało, nie mając uczucia topienia się w ciekłym azocie.
Zacząłem też doceniać uroki spaceru po lesie w drodze do i z plaży. Szczególnie niesamowicie wyglądał w środku nocy, czarny, rozświetlony jedynie rzadko rozstawionymi latarniami, z niewyraźnymi mrocznymi sylwetkami ludzi sunącymi po ścieżce, cicho jak cienie. Szliśmy tego dnia na plażę po raz trzeci, za pierwszym byliśmy na opalaniu, za drugim – na zachodzie słońca połączonym z konsumpcją substancji na wolnym powietrzu, a teraz – z lampionami pod pachą. To chyba był jedyny powód, dla którego zgodził się pójść z nami syncio, który odpuścił sobie środkowe wyjście, woląc ścigać Pokemony. Zastanawiało mnie wcześniej kto kupuje te lampiony, bo niepodobnym wydawało mi się ich zapalenie i skuteczne napełnienie gorącym powietrzem pośród bałtyckiego wichru. Najwyraźniej jednak sklepikarze mieli ich zapas na noce, takie jak ta: bezchmurne i wolne od podmuchów.
Kiedy tylko wychynęliśmy poza czarny pas lasu, znaleźliśmy się pod upstrzoną gwiazdami kopułą czarnego nieba. Jakby tego było mało – horyzont pełen był już lampionów unoszących się w górę, opadających na wodę lub uciekających za morze. Na brzegu migotały też nowe, gotujące się do startu. Zdzierając palce na kółku zapalniczki, walcząc z lekkimi podmuchami, które nieco przypaliły zielony lampion córci i poparzyły żonę, zacząłem się zastanawiać po co się w to wpakowałem. A żeby cię szlag trafił, chińska bibuło! W końcu jednak papierowy worek doznał pełnej erekcji i majestatycznie uniósł się w górę… nie za wysoko, ledwie nad nasze głowy, po czym zaczął odlatywać w kierunku wody i zniżać się, coraz bardziej zniżać, aby spaść ledwie parę metrów od linii brzegowej… Córcia zamarła z przerażenia i kiedy już, już wydawało się, że kostka paliwa chlupnęła w wodę i pogrzebała marzenia naszego lampionu o odwiedzeniu Chrisitianii, jakiś nieprawdopodobny wznoszący prąd porwał go w górę, wysoko, a potem pchnął we właściwym kierunku. Dramatyzm chwili i nieoczekiwany ratunek sprawił, że córcia po raz pierwszy w życiu popłakała się ze szczęścia. Z drugim, czerwonym poszło dużo łatwiej.
Uwolnieni od lampionów, położyliśmy się na plecach w ciepłym piachu i zaczęliśmy podziwiać mąkę rozsypaną na czarnej kopule, przeciętej majestatycznym łukiem Drogi Mlecznej. Mógłbym napisać, że dawno nie widziałem takiego nieba, ale właściwszym byłoby stwierdzenie że nigdy, bo też nie zdarzyło mi się wcześniej widywać spadających gwiazd!
— Pomyśl — powiedziałem synciowi — że kiedy widzisz na nocnym niebie Wielki Wóz, to znaczy, że fotony, które sto lat temu powstały w tej gwieździe przeleciały kawał kosmosu, nie wpadły w studnię grawitacyjną innej gwiazdy, nie natrawiły na kosmiczny pył, nie straciły energii w atmosferze, tylko przelatując przez twoją źrenicę skończyły swój stuletni lot i życie na siatkówce twojego oka. Nie możesz dotknąć gwiazdy, ale ona dotyka ciebie.
— To ty i ja widzimy inne fotony z tej gwiazdy?
— Tak. Mogły w niej powstać w zupełnie innych miejscach. Nawet, przy odrobinie szczęścia i drodze, jaką przeleciały mogły powstać w nieco innym czasie!
— A czemu te gwiazdy są takie jasne?
— Może są po prostu duże, może jasne, a może któreś z nich to całe inne galaktyki?
Poleżeliśmy jeszcze chwilę w milczeniu, kontemplując ogrom połowy wszechświata, po czym, jako że było już późno, wróciliśmy na Ziemię: dzieci zamówiły pizzę, a ja wypiłem Cuba Libre, za zdrowie Fidela.
To była czarowna noc nad Bałtykiem (tak powiedziała moja żona).

Wojna Polaków – następne stulecie

oranvag

— Pójdziesz ze mną na przedstawienie? — zagaiła moja żona, gdy tylko przekroczyłem próg.

— Oczywiście. A na co?

— „Na czworakach”, ze Stuherem. Pani Krysia zrobiła promocję „kup jeden bilet, drugi dostaniesz za darmo”, wiesz jak ją ostatnio gnoją, więc kupiłam w geście solidarności.

— A, fuj! Nie używaj tego słowa. Powiedz lepiej „ze współczucia”, „w ludzkim odruchu”, cokolwiek, byle nie tamto.

— Masz rację. A swoją drogą – czemu tak na nią wszyscy wsiedli?

— A to nie pamiętasz, że coś tam agitowała w którejś kampanii wyborczej przeciw pisiakom? Sama wtedy mówiłaś, żeby lepiej grała, niż się wypowiadała na tematy polityczne.

— Aaaaaa, pamiętam. Wypowiadała się przeciw dupie.

— Czyli de facto wsparła gajowego bul-kretynowskiego. Więc poniekąd sobie zasłużyła na to.

— No, zasłużyła. To nie chcesz iść?

— Eee, nie no. Pójdę. Potem będę mógł opowiadać wnukom, że poszedłem do Teatru Wyklętego Krystyny Wyklętej obejrzeć sztukę w reżyserii Aktora Wyklętego…

Najlepsza z żon

oranvag

Dobry taras ma jeden poważny minus: po co człapać na Zbawix albo do Cudu, kiedy na tarasie jest równie miło, wygodniej, muzyka lepsza, a prosecco tańsze. W efekcie człowiek nigdzie nie bywa i się nie lansuje. Z resztą – jak w ogóle gdziekolwiek iść, skoro coś nas przykleiło do leżanki (pewnie przyciąganie elektrostatyczne). Leżymy więc, z głośników sączy się Tosca (ta wiedeńska, nie włoska), my w zamroczeniu paclujemy swoje… gadżety elektroniczne, co chwila pokazując sobie tylko coś nawzajem na ekranach.

— Pomyśl tylko, jak fantastycznie wyglądają czerwone przeszycia na czarnych fotelach — mówi ona.

— A pomyśl, jak fajnie wyglądają na czarnej skórze rozgniecione biszkopciki! — mówię ja, bo przypomniałem sobie, co znalazłem dziś pod fotelikiem córci.

— Panu Krzysiowi się poszczęściło.
— A panu Barnabie – nie. C'est La Vie, jak mówią Japończycy.

— Czemu rodzice tak mu dali na imię? To pewnie dlatego tak się tatuuje…

— Uwielbiam twoją złośliwość. Czyż nie jesteś najlepszą z żon?

— Hmmmm?

— Masz fajne cycki i dupę, super nogi…

— No…

— Ruchać się lubisz, a lachociąg z ciebie przedni.

— Nie bądź wulgarny…

— Do tego gotujesz, pierzesz i prasujesz…

— Dałam się sprowadzić do takiej roli…

— Wiesz, w normalnych małżeństwach to mąż wije się jak piskorz i płaszczy, żeby żona pozwoliła kupić nową zabawkę, a u nas…

— No, nie zwalaj tego na mnie. W tradycyjnej polskiej rodzinie żona po prostu dostaje po ryju i siedzi cicho.

— No tak, no tak. Ale mało tego! Standardowa żona za szczyt męskiego zdebilenia uważa płacenie ekstra za sprzęt grający. „Subwoofer w aucie?! A po kiego chuja? Przecież to jest do jeżdżenia, nie do grania!”. A ty wchodzisz do salonu i mówisz, że chcesz samochód ze skórzanymi siedzeniami i Bosem. Jesteś po prostu żoną idealną.

— Aaaach, gdybym tak jeszczcze więcej zarabiała…

— Wtedy rzuciłbym pracę i zatrudnił się u ciebie jako kucharz, pracz i prasowacz…

© Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci