Menu

Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej

Poradnik dla osób w wieku od dwóch do trzech lat, pozwalający zapoznać się i oswoić z typowymi sytuacjami zdarzającymi się w rodzinach patologicznych. Młody czytelnik znajdzie tu instrukcję, jak radzić sobie ze zdeprawowaną matką i pochodzącym z marginesu społecznego ojcem, jak przymykać uszy na nocne hałasy, jak sprawdzić, czy rodzice nie nadużywają narkotyków i alkoholu, jak zapewnić, aby stosunki małżeńskie uprawiali tylko we dwoje i wiele innych, cennych porad.

Wpis numer sto

oranvag

* (od wznowienia tego bloga po ponownym przejęciu władzy przez partię narodowo-socjalistyczną)

Wiele, wiele lat temu, będąc incognito na jakimś tam forum totalnie niezwiązanym z niczym, co by mnie w jakikolwiek sposób interesowało, natrafiłem w pewnym wątku na wypowiedź, która kończyła się mniej więcej tak: „a i zajrzyj do oranvaga, kolejny mocny wpis, zakończony, jak zwykle równoczesnym orgazmem” i wtedy zupełnie tego nie poczułem, ale potem na innym blogu jedna blogerka stwierdziła, że równoczesny orgazm jest jak jednorożec – wszyscy o nim słyszeli, ale nikt nie widział, i zdałem sobie sprawę, że polecający oranvaga musiał pisać sarkastycznie. No i żal mi się zrobiło biedaków, dla których de facto najfajniejsza rzecz w seksie jest jakąś tam ułudą i science-fiction. Gdyby w szkole uczono tego co najważniejsze, a więc TECHNIK RUCHANIA, a nie jakiegoś tam pierdu-pierdu, „wychowanie do życia w rodzinie”, jestem przekonany, że w klasyfikacji ocenowej nie powinien mieć szans NA CZWÓRKĘ nikt, kto równoczesnego orgazmu nie doświadcza. Tako rzekłem.

To naprawdę nie jest wielka filozofia, tyle że trzeba chcieć, uczyć się i ćwiczyć, a nie zakładać, że jak się rozłoży uda i parę razy wetknie i wyjmie fujarę z cipy i on dojdzie za wcześnie a ona z późno (lub co wcale nie jest takie rzadkie – odwrotnie), albo rozminą się o pięć sekund, to znaczy, że to tylko legenda. O, nie! Równoczesny orgazm to nie szkoła wyższa, ale gimnazjum seksu! Więc należy zakasać napletki i do roboty!

Oczywiście, tak jak nie zawsze udaje się przebić na DMT, tak nie zawsze udaje się osiągnąć ten punkt w idealnej synchronizacji. Wiadomo: po pierwsze – potrzeba skupienia zogniskowanego gdzieś pomiędzy. Po drugie – nastrojenia się na optymalne wibracje, będące zapewne harmonicznymi bądź wielokrotnościami drgań funkcji falowej całego wszechświata, po trzecie – utrzymywać rytm i wyhamowywać nieco na samym skraju, aby jeszcze mocniej podbić i zmagazynować energię, aż wreszcie po czwarte – poczuć, jak cała rzeczywistość, łącznie z pokojem, meblami i twoim ciałem zaczyna się rozpływać i coś jakby nikła poświata tego przenikliwego, białego światła, o którym pisał Timothy Leary, spływa na tę jaśniejącą cząstkę, która jeszcze chwilę była wami, ale stopiła się w jedno, czy też może to coś, co było wami unosi się gdzieś tam w górę do tej wielkiej świetlistości… i… stajecie się jednym, ze sobą, z czasem, ze wszechświatem… Mniej więcej tak jak ja i moja żona, wczoraj.

A może i na trzecie – któż to wie?

oranvag

Żona pyta mnie od czasu do czasu, czy jesteśmy już starzy, a ja jej odpowiadam, że starym jest się, kiedy czuje się starym. Z resztą – mamy jedno dziecko w drugiej klasie podstawówki, czy możemy być starzy?! A poza tym, z ciałem pełnym tych mięśni, wyglądam lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, więc, po raz kolejny pytam, czy mogę być stary? I nie, Salmiaki musiała mnie z kimś pomylić, ponieważ w roku bieżącym w styczniu hasałem na słonecznych stokach Val di Sole, a w maju w pluskałem w błękitnych wodach Kos, więc do Boomu nie dałem opaleniźnie szans na zblednięcie, więc moje umięśnione ciało jest opalone i młode. I nie mogę być stary, ponieważ starzy ludzie ciągle mówią o swoich lekarzach i narządach wewnętrznych, i to zwykle tych, których funkcja jest już zupełnie niejasna, narządach o śmiesznych nazwach, takich jak „trzustka”, „grasica”, „tarczyca”, „woreczek” albo „szyszynka”.

Starzy ludzie powtarzają też w kółko, jak czas szybko leci. W urodziny zadzwoniła do mnie mama i powiedziała, że jeśli chodzi o jej czterdzieste trzecie, to jeszcze (a może już?) doskonale pamięta tamte czasy – przygotowywałem się do matury, a potem szast-prast i o – minęło dwadzieścia pięć lat i nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, jak czas szybko leci.

Ależ oczywiście, że zdaję! Chwilę temu pisałem na tym blogu, że Syncio nie dostał się do tego gimnazjum, do którego chciał, a on je zaraz kończy! Ale wracając do okresu, który pamięta moja matka – miałem te osiemnaście lat, napisałem sobie maturkę, poszedłem na studia i pierwszą osobą, którą tam spotkałem, okazała się moja żona, choć tu trzeba dodać, że po ślubie jesteśmy ledwie osiemnaście lat, więc jeśli ktoś jest biegły w rachunkach, zaraz dojdzie, że coś tu nie gra. Szast-prast! i minęło! Z resztą, z okazji tej pełnoletniości sakramentalnego związku miałem machnąć jeden cały wpis, ale że pielęgnowałem wtedy boomową opaleniznę w Dębkach, byłem zbyt rozleniwiony i chuj z tych chęci wyszedł. Może machnę jakiś wpis na dwudziestą rocznicę, to będzie w końcu za dwa lata, więc ani się obejrzeć. Ale ponieważ będziemy wtedy zapewne we czwórkę na Boomie, z syndromem amotywacyjnym, pewnie tego wpisu też nic nie wyjdzie, więc może zrobię to przy okazji, w następnym wpisie, o ile nie zapomnę.

Wracając jednak do jubileuszu. Największą niespodziankę na czterdzieste trzecie urodziny zrobił mi mój gastroenterolog. Powiedział, że może w końcu wytną mi ten woreczek, który tak bolał mnie dwa lata temu.

Jak w kalejdoskpie

oranvag

Po dwóch dniach aklimatyzacji, o których pisano chyba we wszystkich relacjach z Booma, przestaliśmy się miotać w upale, a zaczęliśmy po prostu cieszyć wszystkim, co psychodeliczna utopia miała do zaoferowania. Wróć – nie wszystkim, a drobniutką cząstką tego, co miała do zaoferowania, ponieważ w Boomlandzie rzeczy dzieją się o każdej porze w każdym miejscu, tak więc ani rower, ani LSD nie umożliwią zobaczenia WSZYSTKIEGO. Trzeba się z tym po prostu pogodzić i nie biegać kilometrów w upale, z wywieszonym jęzorem, szukając przygód, ale po prostu pozwolić, aby to przygody odnajdywały ciebie. Może będą to prześliczne wróżki, które nagle wyłonią się z krzaków, w całej swojej dwuipółmetrowej okazałości? Może gliniana rzeźba, której jeszcze wczoraj nie było? Może sadzawka, która w dzień zdawała się tylko elementem wokół którego posadzono zachwycającą kompozycję roślinną, w nocy okaże się miejscem orgiastycznych schadzek ogarniętych żądzą żab (niechybnie także specjalnie tam umieszczonych), których ochrypłe nawoływania zagłuszają nawet basowy tętent dobiegający ze Świątyni Tańca (cóż za cudowny przystanek, gdy jesteś na kwasie i ogarnia cię refleksja, że och, ach, wokół tego kręci się świat, odwieczne koło życia, zaloty, potomstwo i znów kumkanie i zaloty…), może pani, która nie tak znów daleko od brzegu jeziora postanawia dosiąść swojego pana dryfującego na dużym, dmuchanym kole, otrzymująca burzę oklasków, kiedy w chwili wyjątkowej namiętności spada do wody, a może subtelniusie zaloty jakiegoś chłopca, który wynajął mały samolot aby powlec za nim po niebie taśmę z napisem: „CHCĘ BYĆ TWOIM JEDNOROŻCEM, MARIO”, może urocze hamaki w koronach drzew, pod lnianym dachem, z magnetycznym widokiem na jezioro i półwysep, może Muzeum Sztuki Wizyjnej wypełnione obrazami przedstawiającymi rzeczy, które widziałeś dotąd tylko za zamkniętymi powiekami, z publicznością, która na trybunach podziwia powstawanie potretu starej szamanki, może ceremonia przyjmowania DMT na plaży, prowadzona przez wyglądającego jak dżinn uzdrowiciela, podczas zaćmienia księżyca, który niczym oliwkowa kula surrealnie i niepokojąco wisi nad horyzontem, może to że Mulatu Astatke zaczyna koncert od twojego ulubionego utworu, którego wcale nie było na ścieżce dźwiękowej „Broken Flowers”, a w którym zakochałeś się podczas innej kwaśnej podróży, w innym gorącym miejscu, może naekstazowani wariaci w średnim wieku, udający, że są twoimi znajomymi, może zajęcia z jogi, na których okazuje się, że właściwie, to nie jesteś jeszcze w ogóle ani trochę rozciągnięty, może ekstatyczny Eat Static, sprawiający swoim rytmem, że zamiast radośnie halucynować w hamaku, zrywasz się i pędzisz do Świątyni aby pląsać, skakać i podrygiwać, podczas gdy inżynier oświetlenia, pociągając z wielkiego bonga zamienia psychoneogotyckie filary i żebrowania w ajahuaskowe wizualizacje, może wreszcie tak prosta i drobna przyjemność, jak powrót do wody, która dała nam życie i z której wszyscy wyszliśmy, woda w której traci się na wadze dokładnie tyle, ile waży objętość wyparta przez nasze ciała, można więc bez zupełnego wysiłku, na stojąco, jedynie lekko chwyciwszy pośladki unosić je rytmicznie, to w górę, to w dół…

— No bo — powiedziała moja żona — w zasadzie napisali tylko żeby do jeziora nie srać i nie szczać, nie wspominali nic, że nie wolno ejakulować…

I masa, masa innych rzeczy, i masa, masa rzeczy, których nie miałem szans zobaczyć. Tak więc cóż mi pozostaje do dodania…

Płakałem, kiedy wyjeżdżałem.

Jeszcze co najmniej sześćset sześćdziesiąt dni do kolejnego Boomu.

 

A tu do obejrzenia wszystko (może i mnie tam zobaczycie?):

https://www.youtube.com/watch?v=CUJndgfUB6g&list=PLKyADH48d7ibFKqCNcB7Nm-rlmaOqI9rI

Między swemi

oranvag

Sześćset siedemdziesiąt osiem.

Wydech.

Przerwa w pisaniu spowodowana była totalnym rozleniwieniem wynikającym z niemal miesięcznego urlopu (jeśli wliczyć w to Boom) i pewnie jeszcze długo bym nie pisał, bo nic w zasadzie nie mam do pisania, gdyby nie jeden, nieszczęsny koment: „rany, no napisz dalszy ciąg”. Czasami tyle wystarczy aby mnie zmobilizować, ponieważ znów czuję, że nie robię tego dla siebie, ale dla znudzonych mas pracujących, wyżymanych w trybach galopującego, postkanibalistycznego narodowego socjalizmu.

Na pewnym zdjęciu z jednej z zeszłych edycji Booma bardzo rozbawił nas pewien młodzieniec, trzymający transparent: „NARESZCIE! NORMALNI LUDZIE!!!”.

Stwierdziwszy, że najkrótsza droga do obozu Orisza wieść będzie jak najbliżej linii brzegowej jeziora, szedłem po zmieniających się plażach, to piaszczystych, to trawiastych, to kamienistych, lawirując pomiędzy osobnikami o rzadkich, niewyobrażalnych zainteresowaniach, gwarzącymi po hetycku, psychonautami tripującymi na jeszcze nie zsyntetyzowanych psychodelikach, absolutnie legalnymi dilerami z okresu czwartej wojny światowej, poborcami podatków od wrażliwości synestetycznej, osteopatami ducha, detektywami prowadzącymi śledztwa w sprawie przestępstw ujawnionych przez ślepych paranoidalnych graczy w Pokemona, doręczycielami fragmentarycznych zaproszeń do wspólnej zabawy spisanych hebefreniczną stenografią i zawierających obietnice nieziemskich rozkoszy, obywateli nieistniejących jeszcze państw hippisowskich, dealerów rozkosznych snów i wspomnień wypróbowanych na pobudzonych kwasem komórkach kory mózgowej i przehandlowanych za surowce woli, miłośników podtlenku azotu wypełniającego przejrzyste bursztyny marzeń.

Na kempingu Orisza znajduje się sklepik Szwjacarów, w labiryncie wąskich… ehm… Przepraszam, zagalopowałem się.

Stanąłem na skraju kempingu i podszedłem do pierwszego lepszego gościa.

— Wiesz może, czy ktoś sprzedaje tu trawę?

— O, stary, nie wiem, nie mam pojęcia, w ogóle nie palę, kiedyś paliłem za dużo, wolę nie wiedzieć, lepiej nie wiedzieć, bo już nie palę…

— OK, dzięki…

Następny był bardziej pomocny i wskazał nieokreślony kierunek w kłębowisku namiotów, które stały tak ciasno, że trudno byłoby wcisnąć szpilkę, a co dopiero przejść.

— Koleś z dredami — powiedział.

Posuwałem się więc delikatnie naprzód, starając się uniknąć potknięcia o linki i korzenie lub zostawienia śladu sandała na pałatce i powoli obracając głowę wypatrywałem, czy w zasięgu wzroku jest jakiś Murzyn. Wiecie, narkotyki plus dredy równa się Murzyn. No ale nie było nikogo. Kto by w taki upał siedział pośród namiotów, zamiast na plaży? Jednak w pewnym momencie dojrzałem niewielki prześwit. Paru młodzieńców siedziało wokół stolika i najwyraźniej odpoczywało po wczorajszej nocy.

— Cześć, słyszeliście może coś o Szwajcarach sprzedających tu gdzieś trawę? — zapytałem.

— To my! — odpowiedział, szczerząc się, chudziutki blondynek z dredami.

Po dobiciu targu (odmiana nazywała się pięknie – „LSD”) nieco się uspokoiłem, wiedząc, że w końcu będzie można spędzać ten festiwal, jak pambóg przykazał, czyli w stanie nieco odmienionym. I wierzcie mi, że to wszystko zmieniło!

Kiedy po południu wychodziliśmy z namiotu, porobieni porządną porcją z nowego waporyzatora, wszystko się wyprostowało, nie byliśmy już zagrożonymi udarem cieplnym i odwodnieniem małymi żuczkami, ale turystami, którzy przybyli do zaczarowanej, pełnej tajemniczej energii krainy. Chyba większość osób była cudownie wystylizowana, przebrana czasem w drogie szaty jak z baśni tysiąca i jednej nocy, czasem w rzeczy nieco bardziej wygodne i przewiewne, ale zawsze kolorowe. Dziewczęta o pięknych biustach paradowały półnago, nie pozostawiając nic wyobraźni, a te niepewne urody swych biustów, lub po prostu pragnące sprawić niespodziankę („pamiętaj zabrać prezerwatywy” – z poradnika „Living at Boom 2018”) w eleganckich staniczkach pod przezroczystymi wdziankami. W naszych tiszertach i szortach poczuliśmy się przez chwilę jak dresiarze na raucie.

— Gdybym wiedziała, że to będzie tak wyglądać, wzięłabym mój cyrkoniowy stanik — westchnęła żona, gdy z pagórka kempingowego schodziliśmy w dół, do zalanych miękkim światłem obniżającego się słońca lekko pofałdowanych terenów festiwalowych.

Wzdłuż alei Alberta Hofmanna, zaraz za placem stołówkowym, rozłożyły się kramy z hipisowską biżuterią, kosmicznymi ciasteczkami, dredami, świecącymi gadżetami, tatuażami z henny, dodatkami takimi jak paski i torebki, bongami i rozmaitymi innymi rzeczami, które nigdy, przenigdy by się nam nie przydały.

Porozrzucane daleko od siebie sceny i rejony nagle okazały się po prostu dzielnicami boomowego miasta, czy może miastami boomowej krainy, każde ze swoimi restauracjami, muzyką, miejscami do odpoczynku lub spędzania czasu z innymi. I z każdego miejsca było blisko do cudownie kojącej wody jeziora, w którym mieniły się pięknie odblaski coraz bardziej zniżającego się słońca.

Jak okiem sięgnąć plażę wypełniali ludzie zapatrzeni w kolorowy spektakl zachodu, przechodzący coraz bardziej w lekko gorejącą czerwień. Powietrze wypełniał zapach marihuany i syki balonów, z których schodził gaz rozweselający. Kiedy słońce znikło za koronami otaczających przeciwległy brzeg drzew, dookoła rozległy się oklaski i pohukiwania, które powtarzały się z kilkusekundowymi opóźnieniami na coraz dalszych plażach, kiedy i tam zachodziło słońce.

— Podoba mi się tu — powiedziała moja żona.

— Mi też.

A jednak nie!

oranvag

Żona pojechała z syniątkiem na kontrolę, został więc w końcu profesjonalnie zmierzony i zważony. Chwilę temu dostałem więc SMS:

"185 cm"

A więc jednak jeszcze mnie nie przerósł!

Jak bekon na patelni

oranvag

WDECH

Siedemset trzynaście.

WYDECH

Cóż, od dwóch tygodni łamię sobie głowę, jak opisać to co przeżyliśmy nad jeziorem Idanha-a-Nova, ale nie bardzo jestem w stanie znaleźć na to słowa i obmyślić konspekt. Myślałem, że będzie dużo łatwiej, myślałem że to ot po prostu kolejny festiwal z muzyką do tańca, z tą małą różnicą, że odbywający się w kraju, w którym nikt nikogo nie ściga za posiadanie rozmaitych substancji. I faktycznie tak jest, choć te aspekty stanowią jedynie małą, malutką część tego, czym jest Boom, a całość… a całości nie jestem w stanie opisać z tego prostego powodu, że przez tydzień to zbyt mało, aby móc doświadczyć wszystkiego, co Boom ma do zaoferowania. Jakoś jednak postaram się zacząć zapisać przynajmniej tę cząstkę, którą poznaliśmy.

Poprzedniego dnia, wczesnym wieczorem, nim jeszcze na rozpalony do czerwoności Boomland spadnie przeszywające do szpiku kości nocne piętnaście stopni, kiedyśmy stali w kolejce do jednej z jadłodajni, dwa razy młodszy od nas Niemiec, z prześliczną rudą dziewczyną, poczęstował nas skrętem. Zawsze uczymy dzieci, że jeśli ktoś poczęstuje je narkotykami, należy podziękować pięknie, ponieważ narkotyki są drogie, podziękowaliśmy więc i my, nadmieniając przy tem, iż czujemy się nieco zestresowani, ponieważ nikt, jak do tej pory, nie zaproponował nam żadnych substancji na sprzedaż.

— Ale to żaden problem! — zaśmiał się młodzieniec — na kempingu Orisza, przy Funky Beach, w drugim rzędzie są Belgowie i Szwajcarzy, którzy sprzedają staf. Znajdziesz ich bez problemu.

Podbudowani tą wiedzą, dużo już spokojniejsi, jemy naszą pierwszą boomową kolację. Ilość fudstendów jest imponująca, choć w tym momencie nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, że prawie drugie tyle znajduje się rozrzuconych poza terenem „stołówki”, w różnych innych miejscach festiwalu. Jadłodajnie, swoją drogą, godne byłyby osobnego wpisu, w tym miejscu wspomnę tylko, że reprezentowany jest każdy kontynent i każde dietetyczne zboczenie, skosztujecie tu najpyszniejszego stritfudu z każdego zakątka świata, z założeniem oczywiście, że można to przygotować z rzeczy trudno psujących się w warunkach surrealnego upału, ponieważ na Boomie nie używa się elektrycznych lodówek, tylko skrzyń wypełnionych kostkami lodu, aby minimalizować zużycie energii. Dania podawane są na biodegradowalnych talerzach, z drewnianymi sztućcami, poza pizzą, która serwowana jest na dużych, białych kartkach.

Możecie myśleć, że jedzenie pizzy w miejscu, gdzie można kosztować za każdym razem czegoś nowego, czegoś czego nawet nie bardzo wiadomo, jak się wymawia, jest trochę januszowate, ale boomowa pizza ma tę niepowtarzalną zaletę, że jest dostępna bez (wszechobecnych) kolejek. Zastępy włoskich pizzerów uwijają się jak mrówki przy licznych piecach i po prostu co sekundę na ladzie ląduje jakiś placek i jeśli ci się podoba, to go bierzesz, a do lady dopycha się następny z masy kłębiących się ćpunów. Przyjmujący opłaty powrzaskują nawet od czasu do czasu: „żadnych kolejek! żadnych kolejek! tylko chaos!”

Ale dość dygresji. Minęła noc, w którą zmarzliśmy, ponieważ zapomniałem zamknąć lufcik w namiocie. Zmarznięty, obudziłem się o siódmej, dzięki czemu uniknąłem porannych kolejek do pryszniców i fabryk „czarnego złota” („twoje gówno jest na wagę złota, srając do kompostowych toalet pomagasz sadzić las!” – i tu kontakt jeśli chciałbyś po festiwalu uczestniczyć w tym radosnym wydarzeniu i zalesić trochę Portugalii przy użyciu złota, które wyprodukowałeś, Boom zapewnia wikt i opierunek). Sławojki czyszczone są kilka razy dzienne i najbardziej zadziwiającą ich właściwością jest to, że nie wydają z siebie absolutnie żadnej woni!

Pierwszy dzień festiwalu, tak jak poprzedni upłynął nam na zastanawianiu się jak przeżyć nie siedząc bezustannie w jeziorze. Chwilę po wyjściu z wody morderczy upał walił bezlitośnie, a my tułając się wzdłuż Alei Alberta Hofmanna, z lekkim przerażeniem rozglądaliśmy się, gdzie znajduje się najbliższe ujęcie wody, w którym możemy uzupełnić nasze wiecznie puste bidony. Szczęściem wypatrzeć było je łatwo, a to dzięki gromadzącym się przy nich grupkom spragnionych człowiekowatych. Tu wspomnę, że zwierzęco-plemienne zachowania dodawały Boomowi niepowtarzalnego uroku i nie chodzi mi tylko o kolektywny udział w pogańskich obrzędach, czczenie świętego ognia, chodzenie nago, czy parzenie się na widoku publicznym, ale o takie cudowne drobnostki, jak pohukiwanie – zaczynało się od tego, że gdzieś hen (albo i obok nas) ktoś zaczynał szczekać jak małpa, to szczekanie podchwytywały inne małpy, coraz dalej i dalej, aż niosło się, niczym dobra meksykańska fala, przez cały Boomland, który wybuchał tysiącem pohukiwań z coraz dalszych zakątków.

Tułając się w upale odkryliśmy cudowną strefę czilałtu przy wciąż niedziałającej Świątyni tańca – spory namiot oddzielony od otoczenia zraszaczami, wyposażony w meble z europalet i wygodne hamaki. Kiedy dysząc ciężko odpoczywaliśmy w nim, zajadając nasz południowy posiłek - pizzę z kartki, zrobiono krótki test soundsystemu, który ryknął powalającym, niebogłośnym i czystym dźwiękiem, bez żadnych przesterów (kurwa, nauczcie się tego w Polsce!). Rzecz jasna, dudnieniu basu odpowiedział ekstatyczny ryk człowiekowatych poukrywanych po wszystkich zakamarkach Boomlandu – ten łomot zapowiadał rychłe rozpoczęcie nabożeństw na najekstatycznej ze scen.

Po obiedzie postanowiliśmy zwiedzić kolejną plażę, a że brak zielska nie dawał mi spokoju, pozostawiłem na niej żonę i udałem się w samotną podróż do obozowiska Szwajcarów, czy może Belgów. Trzy kilometry w nieludzkim upale, będzie ciężko…

Lądowanie

oranvag

WDECH

Siedemset dwadzieścia siedem.

WYDECH

Godzina drogi pośród umęczonych słońcem wzgórz porośniętych rzadką roślinnością, autobusem wypełnionym dźwiękami psy trance’u, potem parę minut po krętych, wąskich drogach kurzących czerwonym pyłem, aż wreszcie brama, nakładanie opasek i pytanie, czy aby na pewno nie wwozimy na teren szkła („dużo osób woli chodzić boso”).

Parę kroków niżej dostajemy kosteczki organicznego mydła („dbamy o Matkę Ziemię”) i dziękujemy za plastikowe popielniczki w postaci fiolek („najwyższy stopień zagrożenia pożarowego spowodowany długotrwałymi suszami”), pytamy jeszcze o drogę do kempingu Orisza („bóstwa ludu Joruba, manifestacji najwyższego boga”), na co dostajemy odpowiedź:

— Obojętnie, choć ta ścieżka jest bardziej zacieniona…

I ruszamy w dół, czerwoną pyłowo-kamienistą drogą, ciągnąc naszą trzydziestodwukilową walizkę, która już po chwili zmienia kolor na lekko rudy. Krótkie plamy cienia oczywiście nie pomagają, mijając wioskę tipi i pierwsze pole namiotowe jesteśmy już mokrzy od potu. Dookoła cała masa ludzi chodzi obwieszonych butelkami wody do picia i spryskiwaczami. Ktoś widząc naszą mękę zalewa nas chmurą z rozpylacza.

— Dzięki! — krzyczymy i męczymy się w dół dalej, już widać jezioro, już widać większe budowle, nie wiemy jeszcze, która jest która, ale docieramy w końcu nad brzeg, do Alei Alberta Hofmanna, w którą skręcamy w lewo, w stronę Funky Beach. Avenida Albert Hofmann ma ponad dwa kilometry i jest główną arterią festiwalu, poza nią jest jeszcze Droga Białego Królika, Bulwar Tu i Teraz, Aleja Goa, Droga Okurzonego Smoka i Aleja Lądowania Statku-Matki.

20180726_MG_25051

Rozbijamy namiot i przed wyruszeniem na wycieczkę krajoznawczą moczymy się w jeziorze, aby ugasić pożar ciała i spłukać całodzienny pot („Zabrania się srania, szczania i mycia w jeziorze z użyciem mydła!”). Zaraz potem odwiedzamy Centralny Plac z „centralną stołówką” pod wielkim namiotem i idziemy do póki co cichego Koła Alchemii, potem do leniwie grającej sceny Ogrodów Chill-outu z burtonowsko-andersonowsko-psychodelicznym Chill-out Hotelem w cieniach koron drzew i dalej, prosto na wzgórze świątynne, na którym pyszni się psychoneogotycka Świątynia Tańca, nabożeństwo jeszcze nierozpoczęte.

Nieco niżej, w kojącym cieniu polany otoczonej rzadkimi drzewami, na scenie Świętego Ognia ktoś już gra na sitarze, nie zatrzymujemy się jednak, tylko idziemy dalej, aż do Pól Trwania, które kończą się, jak potem odkryjemy, najcudowniejszą, bo najrzadziej używaną toaletą, wymalowaną w przepiękne graffiti przedstawiające boginię-matkę-rodzicielkę, siedzącą z podkurczonymi nogami, uda otwarte, szeroko rozwierającą swoją purpurową cipkę, z której leje się woda, wypełniająca jezioro, w którym kochają się dziewczęta (parę kroków dalej, już za terenem festiwalu znajduje się dopływ jeziora Idanha-a-Nova).

 2018072220180722_19425711

Schodzimy na plażę, w tym miejscu zupełnie inną, niż ta na której byliśmy najpierw i ponownie zażywamy kąpieli, by po wyjściu z wody przez jakieś pięć minut nie czuć gorąca.

Bo właśnie ono najbardziej daje się we znaki. Bardziej niż tłumy ludzi, których zwykle staramy się unikać. No i jeszcze martwię się trochę, że jak do tej pory nikt nie zaproponował nam trawy, którą w Lizbonie podejrzane typki próbują ci sprzedać na każdym kroku. No nic to – jutro też będzie dzień, będzie i trawa. Jemy kolację, myjemy się organicznym mydłem pod zimnym, koedukacyjnym prysznicem (z resztą – masa ludzi obu płci chodzi tu i tak cały dzień nago) i wycieńczeni upałem kładziemy się spać, żona cieszy się, że jednak zabraliśmy ten miły, polarowy koc, którego używamy w zimniejsze dni na tarasie. Jednak, pomimo niego, w nocy marzną nam stopy, bo zostawiliśmy w namiocie uchylony lufcik, a nie chciało nam się już wyciągać skarpetek z okurzonej walizy.

Jutro pierwszy dzień festiwalu.

...

oranvag

WDECH

Naciskam play na walkmanie.

Kojący szum taśmy wypełnia oboje uszu.

WYDECH

Pierwsze takty nagranego nieskończoną ilość razy "Silent Running" Carbon Based Lifeforms.

WDECH

Siedemset dwadzieścia dziesięć.

WYDECH

Wakacje przed wakacjami

oranvag

No i znów nie było o czym pisać, no bo, doprawdy, nic się nie dzieje. Aktualnie czwarty tydzień mamy wakacje od dzieci, więc jedyne, czym się zajmujemy to picie vinho verde na tarasie, jedzenie w knajpach, ruchanie w łóżku (a w zasadzie, z uwagi na jego niespieszność, można powiedzieć – kochanie) i okazjonalne oglądanie filmów na ekranie (ach, jaka szkoda, że moja babcia nie dożyła filmu „Żegnaj, Krzysiu!”, po tych setkach godzin spędzonych na czytaniu mi „Puchatka”)

A w międzyczasie przebieramy nogami w oczekiwaniu na Boom. Mamy w programie pozakreślanych Entheogenic, Ott, A Man With No Name, Zen Baboon, Oceanus Orientalis, Mulatu Astatke (wielkim zakreślnikiem), Ace Ventura, Kaustica, oraz parę zajęć dodatkowych, takich jak joga, capoeira, wykład z mechaniki kwantowej i projekcję „Żółtej łodzi podwodnej”.

W otwartej walizce czeka namiot, komfortowy materac, dwa hamaki, dwa dmuchańce do pływania po jeziorze Idanha a Nova, nowy waporyzator, odczynniki do testowania czystości narkotyków, czołówka, lampka namiotowa, lekarstwa, środki higieniczne i zapas soczewek. A ponieważ z umyciem rąk trzeba będzie biegać do umywalek, trzeba było iść kupić mi okulary, żebym w ogóle mógł do nich trafić!

W pierwszym sklepie na Mokotowskiej zaproponowali mi oprawki za trzy kafle i do tego szkła po kaflu za sztukę. Wyjaśniłem, że taki zakup mi się nie zamortyzuje, bo będę te okulary nosił tylko między namiotem a umywalkami, na co pani zasugerowała, że warto częściej, więc wyjaśniłem jej, że to nie wchodzi w rachubę, gdyż moja twarz kiepsko toleruje okulary, a moje oczy świetnie znoszą soczewki kontaktowe (a to przekrwienie to z innych powodów). No więc kawałek dalej za cukiernią Gesslerowej zakupiłem znacznie taniej fantastycznie poważne oprawki Oscara Magnusona i zaraz pomyślałem na głos:

— Ty, pamiętasz, w „Porn Art” jest takie zdjęcie z Murzynem, który siedzi w okularach i nabija sobie gardło Chloë des Lysses na kutasa? Skoro już mam okulary, to moglibyśmy zrobić takie!

— Oczywiście, tylko skąd weźmiemy Murzyna? — odparła moja żona.

Tak więc w kolejny łykend rozwinąłem białą tekturę, wręczyłem żonie zakupione w Obsessive bikini składające się dziewięćdziesięciu pięciu procentach z powietrza, a w pięciu procentach z cyrkonii i oddaliśmy się przecudownej sztuce pornografii. Na białym tle, w wężowych szpilkach o niebotycznych ocasach i w komplecie wyglądającym jakby prosto z parady w Rio, z fikuśnymi cyrkoniowymi chwościkami podrygującymi pod sutkami i na wysokości łechtaczki, zrobiłem zdjęcia takie, że aż sama Pani O. powiedziała: „no, no!”.

Potem przenieśliśmy się w sety naszego apartmą i wykonaliśmy masę fotek, na myśl o których czuję ruch w spodniach nawet, kiedy to właśnie piszę, bo trzeba dodać że takie stringi bez kroku (trudno zgadnąć czy dzięki przemyślanemu designowi, czy po prostu z definicji) czynią z dobrze wygolonej cipki coś na kształt ludzkiego odpowiednika narządów samic małp naczelnych w rui! Możliwe oczywiście, że nie z każdej cipki, ale jedynie z doskonałej, tłuściutkiej szparki mojej żony.

Parę z tych zdjęć nadawałoby się do „Porn Artu” (i te obrobiłem z profilem „Ilford HP5 400”, a jakże!), a jedno, to z okładki tomiku drugiego, gdzie Chloë leży na łóżku z lekko rozchylonymi, wyciągniętymi nogami, odtworzyliśmy idealnie, poza tym jednym szczegółem, że w oryginale Natalie miała elegancko przystrzyżony paseczek, a Pani O. zaprezentowała aksamitną łysinę swojej idealnej cipki.

Przepraszam na chwilę, ale chyba muszę skoczyć w ustronne miejsce ze zdjęciami mojej żony, choć myślami jestem już gdzie indziej, wyobrażam sobie tę drugą.

Już za chwilę znów się spotkamy…

Ja i Lizbona.

Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie

oranvag

W trakcie nieustających poszukiwań ewentualnego liceum dla syncia trafiliśmy w końcu do cośtamćośtam Polsko-Japońskie cośtamcośtam Technik Komputerowych. Szkoła jak szkoła, budynek elegancki, kadra sprawiająca wrażenie ogarnięcia w stopniu wielokrotnie wyższym niż w innym wspominanym wcześniej prywatnym liceum. Za sumaryczne czesne można by kupić nowy, mały samochodzik, więc rozwiązanie to traktujemy jedynie jako ostatnią deskę rachunku. Po prezentacji szkoły nastąpiła tradycyjna sesja pytań i odpowiedzi, podczas której rozwiano taką oto wątpliwość:

— A czy w szkole są lekcje religii?

Chwila ciszy (konsternacja kadry).

Dyrektor odchrząkuje i odpowiada:

— Jak dotąd, przez dziesięć lat działalności szkoły, jeszcze nie było chętnych.

Pokiwałem z uznaniem głową i zaraz też przypomniał mi się taki jeden wierszyk, co go zapamiętałem z Powstania Warszawskiego:

Światełko jakieś błyska w chmurze,
Mniej jakoś ciąży chamski but,
Kiedy przeczyta się na murze
Krótkie, cieszące wzrok
KAPUTT!

Szampan w Koszykach

oranvag

Pewnego razu, dawno, dawno temu, ktoś mi powiedział że Michnik będzie od teraz płacić za blogi lokalne, więc trzasnąłem jeden taki wpis o pani Eli, fryzjerce do której chodziłem w tamtym czasie, vis-à-vis Koszyków. Jeśli interesowałby Was eklektyczny i absolutnie oldskulowy wystrój tego przybytku, do którego przede mną uczęszczał naczelnik Piłsudski, odsyłam pod poniższy link, bo niestety mojego wpisu już nie odnajdę:

link

A szkoda, bo z tamtymi zdjęciami, na których moglibyście zobaczyć starszego pana w fotelu, wiązała się pewna mała anegdotka. Otóż pani Ela lubi pozować i kiedy przyszedłem do niej te dziesięć lat temu z aparatem, zaraz zaczęła ustawiać się to tu, to tam, brać rekwizyty i generalnie odstawiać całkiem profesjonalny modeling. Miałem dużo czasu, bo ruch był mały, jednak w końcu do zakładu wszedł starszy pan. Pani Ela zaprosiła go do fotela, zrobiłem zdjęcie, obwiązała go fartuchem, więc zrobiłem zdjęcie, potem zatrzymała się nad nim z nożyczkami, więc zrobiłem zdjęcie, potem jeszcze parę fotek z profilu i en face, wszystko to trwało z dziesięć minut, ale klient był bardzo cierpliwy. Wreszcie skończyłem cykać i pani Ela zapytała:

— To jak strzyżemy?

— Ja chciałbym się ogolić — wyjaśnił starszy pan.

— Aaach, no ale ja niestety nie golę… — westchnęła pani Ela.

No i właśnie ta pani Ela parę dni temu obchodziła pięćdziesięciopięciolecie działalności na Koszykowej, a że pamięć ma lepszą niż słoń, to zoczywszy moją żonę i córcię na ulicy, kiedy wracały ze szkoły, zaczęła biec w ich stronę krzycząc:

— To cud! To musi być przeznaczenie! — po czym dopadłszy ich wyjaśniła, że Hala Koszyki wyprawia na jej cześć imprezę, że bardzo chciała nas zaprosić, ale nigdy nie daliśmy jej telefonu, a że jestem dla niej BARDZO WAŻNYM GOŚCIEM, to już nawet planowała czatować na nas w okolicy Koszyków, bo nie raz się tam spotykaliśmy w supermarkecie, i tak dalej, i tak dalej.

No i tak właśnie zaplanowano nam piątkowy wieczór. Pośród zaproszonych gości, których średnia wieku oscylowała gdzieś między siedemdziesięcioma a osiemdziesięcioma latami, czułem się co najmniej dwa razy młodszy, niż jestem. Dostojnej jubilatce gratulacje odczytała przedstawicielka burmistrza, szampana rozlewał i podawał dyrektor Hali Koszyki a eleganckiego sznytu dodała wszystkiemu pani z operetki, która wystąpiła w krótkim programie artystycznym, aby podziękować Pani Eli za lata układania włosów do spektakli.

Naszła mnie tylko smutna refleksja. I cóż my wszyscy, nie układający włosów i nie wiążący koków możemy począć? Kto na pięćdziesiąt pięć lat aktywności zawodowej odczyta nam gratulacje? Kto zaśpiewa? Kto poleje szampana, bodaj w Biedronce?

Samsara

oranvag

Może i są tacy odwiedzający ten blog, którzy jeśli zapytali by mamę i tatę, to usłyszeliby jeszcze wspomnienia z nocnego rysowania goździków na ósmego marca, pochodu na pierwszego maja i orła bez berteki na dwudziestego drugiego lipca, wszystko po to, aby pociecha (TO ZNACZY WY!!!) dostała piąteczkę na koniec roku. A wiecie, co ich niechybnie trzymało przy życiu w te długie, nocne godziny ślęczenia z plakatówkami, węglem, świecówkami i pustą już paczką „Klubowych” nad blokiem brystolu w zielonych okładkach, z wydrukowanym wizerunkiem kędzierzawego kundla? Świadomość, ich trzymała. Świadomość, że karma nierychliwa, ale sprawiedliwa – za dwadzieścia latek znajdziesz się, pieprzony gówniarzu lub gówniaro, w dokładnie tej samej sytuacji, co oni.

Zbliża się rada pedagogiczna, więc trzeba oddawać prace za cały semestr, więc żona przynajmniej raz na dzień sprawdza, czy przypadkiem w dzienniku elektronicznym nie zmieniła się średnia, więc siedzę po nocach, a zapasy brukwi niebezpiecznie się uszczuplają. Mnie oczywiście najbardziej interesuje, co będę miał na koniec roku z zajęć technicznych, bo doprawdy, jeśli chodzi o techniki, to przechodzę sam z siebie, stosując tak bogate środki wyrazu, jak ołówki różnych twardości, kredki akwarelowe, węgiel drzewny, a nawet – lakier do paznokci! Otrzymuję na zmianę szóstki lub piątki z plusem, więc jest z tego też jakaś satysfakcja, co nie zmienia faktu, że czas w chuj stracony. I kiedy ostatnio koło północy zacząłem myśleć: „czekaj, no gałganie, karma nierychliwa…” nagle zdałem sobie sprawę, że oto koło samsary zostanie przerwane! Zerwałem się z krzesła, pobiegłem do nory Syncia i bez zbędnych ceregieli wybudziłem go wrzaskiem:

— Synu czy zastanawiałeś się może, co zrobisz, kiedy w przyszłości będziesz musiał narysować coś swojemu dziecku na zaliczenie plastyki albo techniki, a jedyne, co potrafisz narysować to patyczkowy ludek!?

Black hole sun

oranvag

Praktycznie dziewczyny nie znałem, ot tyle tylko co udzielała się na forum, a wiadomo że w takich miejscach więcej jest autokreacji niż prawdy, więc to, co napiszę poniżej, jest czystą spekulacją.

Podobno mówiła, że wpuszcza to wszystko w krwioobieg, jedynie dlatego, że po prostu „lubi opioidy”, no ale jak można nie lubić czegoś, co według Czynsza z „Trainspotting” jest jak „twój najlepszy orgazm pomnożony przez tysiąc”? Rzeczywisty powód musiał być więc zupełnie inny. Tylko jaki? Jeśli za prawdziwą przyjąć teorię, jakoby substancjami zmieniającymi świadomość zawsze kompensowało się jakiś swój niedobór czy tęsknotę, musimy założyć, że opiatowcy rozpaczliwie pragną ciepła i poczucia bezpieczeństwa, którymi niećpająca większość zadowala się w mniejszych i nie tak regularnych dawkach. Potrafimy sobie przecież to ciepełko wytworzyć na inne sposoby, co z tego, że tysiąc razy mniej intensywnie, ale za to jakże nieszkodliwe!

Z resztą to jak brała, w żaden sposób nie kojarzyło się z szukaniem przyjemności, wcale a wcale! Mam wrażenie, że był to raczej alternatywny sposób autodestrukcji. Tak jak jedni walczą z demonami tnąc swoją własną skórę, zupełnie jakby bez bólu, tak ona testowała na swoich żyłach coraz nowsze syntetyczne opioidy, zupełnie jakby bez strachu. Wiecie – „tradycyjne” opiaty nie są de facto trujące. Ludzie umierają po nich na skutek zapaści oddechowej – mięśnie w całym ciele są tak zrelaksowane, że nie sposób jest zaczerpnąć powietrza do płuc. Osoby, które to przeżyły mówią o dwóch różnych rodzajach śmierci: pluszowym, stopniowym rozpływaniu się w tym cudownym ciepełku, jakby zapadaniu w rozkoszny, pozbawiony zmartwień sen, kiedy dawka jest odpowiednio duża, albo przerażającej konstatacji, że oto mija druga minuta od kiedy ich mózg wysyła rozkazy do klatki piersiowej, która nie chce się unieść i zapewne już nigdy nie uniesie, gdy dawka nie jest wystarczająca aby spowodować utratę przytomności. Bo każdy zaawansowany heroinista powinien znać swoją dawkę, zależną od aktualnej tolerancji i względnej siły działania, wiedzieć ile może wziąć heroiny, ile morfiny a ile, na przykład, kodeiny. Z nowymi syntetycznymi opioidami jest zupełnie inaczej, to niebywale mocne gówno. W Stanach z powodu zapaści oddechowej umarł niemowlak, który dotknął skóry w miejscu, w którym jego matka miała wcześniej przyklejony plaster z buprenorfiną, sto razy sielniejszą niż morfina. Jest też karfentanyl, używany do usypiania nosorożców i słoni, dziesięć tysięcy razy silniejszy od morfiny, kogoś ledwo odratowano po ilości, którą odmierzył kroplą z czubka szpilki, którą wtarł w skórę.  No i do tego te nowe syntetyczne gówna z nazwami składającymi się z literki i cyfr, nigdy nie wiesz, czy Chińczyk nie pomylił literki.

A ona? Ona wstrzykiwała w siebie heroinę, browna, trampka, buprę i U-47700, które raz wypaliło jej żyły – ot Chińczyk skopał syntezę, substancja miała odczyn zasadowy i wywołała chemiczne poparzenia od wewnątrz. Czy ją to czegoś nauczyło? Nie bardzo. Pokazywała zdjęcia wypalonych żył i śmiała się z nich, jakby to był niezły dowcip.

Podobno mieszkała w hipsterskiej dzielnicy Warszawy, w tej, w której mieszkają sami bogaci hipsterzy. Znane nazwisko, podobno z TYCH Iksińskich. Najwyraźniej nie brakowało jej pieniędzy, bo nie musiała chodzić do pracy, nawet przy swoim niezdrowym i kosztownym hobby. Podobno.

Podobno rok temu, jej facet, który był w niej obłędnie zakochany, wielbił ją jak boginię i pisał dla niej wiersze, wracając z jakiegoś korposzkolenia postanowił wypróbować nowy towar, jak tylko wysiadł z pociągu na dworcu w Warszawie, z resztą kto wie – może po prostu musiał, bo czuł że zbliża się skręt, i znaleziono go w toalecie w Złotych Tarasach, za późno na resuscytację. Podobno Chińczyk skopał syntezę U-47931E, U-49900 czy może PEPPP.

Podobno w ten poniedziałek miała iść na odwyk.

Podobno umarła w piątek, wigilię dnia matki.

Podobno miała dziecko w wieku przedszkolnym.

Podobno dowiedzieliśmy się tego wszystkiego od jej matki, która znalazła ją rano.

© Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci