Menu

Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej

Poradnik dla osób w wieku od dwóch do trzech lat, pozwalający zapoznać się i oswoić z typowymi sytuacjami zdarzającymi się w rodzinach patologicznych. Młody czytelnik znajdzie tu instrukcję, jak radzić sobie ze zdeprawowaną matką i pochodzącym z marginesu społecznego ojcem, jak przymykać uszy na nocne hałasy, jak sprawdzić, czy rodzice nie nadużywają narkotyków i alkoholu, jak zapewnić, aby stosunki małżeńskie uprawiali tylko we dwoje i wiele innych, cennych porad.

Przekażmy sobie gest Kozakiewicza

oranvag

Odwiedził mnie stary kumpel, jeszcze z podstawówki i kiedyśmy już sobie ponarzekali na pełzający nazizm i galopujący klerykalizm, i o tym, że trzeba dawać im odpór, zmieniliśmy temat i on pokazał mi co teraz robi (zatrudnia zdolnych ludzi, aby robili mu różne skomplikowane rzeczy). Kiedy mi opowiadał, do jego skrzynki spłynął właśnie kolejny imejl z CV. Otworzyliśmy go i zaczęliśmy oglądać razem.

— O, nieźle. Zobacz, co robił.

— No widzę. A widzisz, gdzie pracował?

— A, no rzeczywiście. Popatrz, słyszałeś o tym projekcie? To bardzo znany startap.

— Coś tam mi się o uszy obiło.

— Fiuuuu! A patrz, jakie koleś ma certyfikaty.

— To chyba robot. Patrz, naprawdę niezły jest, ma jeszcze to…

— Widzę, widzę. Zdolna bestia.

— I co, nada się?

— Tak… O… … … A, nie. Jednak nie.

— Czemu?

— Kończył studia na KUL-u.

„Sieg heil”, czyli „szczęść boże”

oranvag

Wracając do żydowskich tematów – kiedy ktoś mnie pyta, jak mi się żyje w Dobrej Zmianie, odpowiadam, że czuję się jak Żyd w Niemczech po dojściu Hitlera do władzy. Niby nikt mi nic nie robi, ale mam jakieś takie przeczucie, że pewnej nocy ktoś mi potłucze szyby, zabierze fanty i zamknie z rodziną w wagonie, a u celu podróży to już będą wiedzieli, co zrobić z pedałami, lewakami, ateistami i zdradzieckimi mordami.

Bo oni na pewno wiedzą. Jest ich sześćdziesiąt tysięcy (sumaryczne IQ: trzy miliony) i daj boże, że w tym dniu stawili się wszyscy, jacy są, że nie ma ich więcej.

Tak jak brzydziłem się uczestniczyć w marszach KODu, tak w wypadku marszu antyfaszystowskiego, poczułem, że iść trzeba, bo bez nas będzie ich garstka. No i poszliśmy w tym radosnym, choć liczebnie żałosnym pochodzie, wraz z komunistami, pedałami, ekoterrorystami, anarcholami, lezbami, pacyfistami, feministkami, resortowymi dziećmi, wdowami bo esbekach i hipsterami, którzy nie bardzo wiedzą, czego chcą. Wokół nas budujące hasła:

BÓB, HUMMUS, WŁOSZCZYZNA!

POLSKA DLA PEDAŁÓW!

BIAŁA POLSKA TYLKO ZIMĄ!

DZIELMY SIĘ PIEROGIEM ZAMIAST STRASZYĆ BOGIEM.

ŚMIECH WROGOM WŁOSZCZYZNY!

LEPIEJ BYĆ IMIGRANTEM NIŻ KATOLICKIM BŁASZCZAKIEM.

GDZIE NIERÓWNOŚĆ JEST PRAWEM OPÓR JEST OBOWIĄZKIEM.

Na ustach z kolei:

NARODOWCY, SZMALCOWNICY, WYPIERDALAĆ ZE STOLICY!

NACJONALIZM TO CHOROBA!

WALKA KLASOWA, NIE NARODOWA!

NO PASARÁN!

oraz:

ALERTA! ALERTA! ANTIFASCISTA!

Trochę nieswojo czułem się idąc między dwoma szpalerami ubranej w ciężkie zbroje policji, w końcu jednak zrozumiałem, że są tam, aby bronić nas, w razie czego. Choć w porównaniu z tamtymi, też była ich tylko garstka, więc co by tam oni mogli im zrobić… Ładnie też z ich strony, że tym razem odcięli drogę do skłotu, który w poprzednich latach był oblegany przez łysych koniobijców. Więc nie pozostaje mi nic innego, jak z tego miejsca złożyć wyrazy podziękowania: chwała Wam, dzielni policjanci!

Wracając spotkaliśmy na podwórku panią Krysię, jak gramoliła się do swojego czarnego Wartburga.

— Przepraszam, pani sąsiadko — zagaiłem — widziałem, że na afisz wróciła „Danuta W.”. Czy słyszała pani może o sztuce „Kwadratura koła” Toma Stopparda? Dramat, który kiedy powstał, został określony najlepszym dramatem politycznym wszechczasów. Myślę, że obecny klimat polityczny jest sprzyjający…

— Zastanawiałam się nad tym. Ale klimat sprzyja tylu innym sztukom…

— Na przykład?

— „Obłąkany, czyli upadek III Rzeszy” Herberta Bergera…

Przechytrzyć Żyda

oranvag

Halołin plus odbiór dnia za jakieś święto w listopadzie plus dzień urlopu plus łykend i już masz wspaniałą megakumulację, a to jeszcze nie koniec dobrych wieści, bo w czwartek i piątek dzieci miały szkołę, więc rozkład naszego dnia przy wolnej chacie był także odpowiednio świąteczny. Zaczęliśmy od pięknej tradycji „wake and bake” (JEDYNEJ amerykańskiej tradycji wartej przeniesienia na grunt polski). Uczeni amerykańscy donoszą iż osoby konsumujące brukiew uprawiają dwadzieścia procent seksu więcej niż ogół społeczeństwa i tak jest, w istocie.

Po niespiesznym (nareszcie!), ale jakże odprężającym ruchanku, podjechaliśmy naszym modnym autem do łaźni zlokalizowanych w pewnym czerniakowskim klubie sportowym, a że o tej porze było zupełnie pusto, mogliśmy zupełnie bez skrępowania, w wielkiej wannie, łapać się znów za rozmaite narządy, co w wodzie odczuwa się zupełnie inaczej niż na powietrzu i powoduje, że nabiera się ochoty na więcej. Skoczyliśmy jeszcze oprawić plakaty ze starego i nowego Blade Runnera, choć miejsce mamy tylko na jeden, wróciliśmy do domu na jeszcze jedno bzykanko, poszliśmy na kawę i ciastka… Aż w końcu, odwykli od posiadania takiej ilości wolnego czasu – znaleźliśmy się w kropce. Co robić?

Chwilę łamaliśmy głowę, aż moja żona zauważyła, że jest czwartek, a w czwartki wjazd do Polina, który to chcieliśmy zwiedzić już od dość dawna, jest za darmo.

— Doskonale! — ucieszyłem się — a w dodatku przechytrzymy Żydów i zwiedzimy ich muzeum za darmo! Nie każdy może pochwalić się tym, że przechytrzył Żyda!...

Na miejscu okazało się, że Muzeum Historii Żydów z jakiegoś powodu pełne jest Żydów, zarówno zorganizowanych jak i Żydów indywidualnych. I pewnie do końca życia pozostałbym w błogiej nieświadomości, czemu amerykańscy Żydzi interesują się polskimi akurat we czwartek, gdyby nie mój stary kumpel, brooklyńczyk Beniu Goldman, jeden z tych tak zwanych „self-hating Jews” (pol.: porządny człowiek).

— Nie wiedziałem, że interesuje cię historia Żydów — zagaił Benny.

— O tyle o ile — odrzekłem — bardziej chodziło mi o to, że dziś jest czwartek, więc wejdę za darmo, więc zrobię was w chuja, czaisz?

Benek parsknął śmiechem.

— Widzisz tu tych wszystkich Żydów?

— No, widzę — powiedziałem, już nie taki pewny.

— A wiesz, kto utrzymuje to muzeum?

— Polskie ministerstwo kultury?

— No właśnie…

Falują biusty pięknych dam

oranvag

Nachyliłem się do syncia i szepnąłem:

— Cyrk w którym byłem, albo był dużo większy, albo ja po prostu byłem dużo mniejszy.

Może jednak to pierwsze, bo nawet tor strzelniczy ustawiono w przedsionku, aby człowiek-kula armatnia mógł swobodnie przelecieć przez długość równą średnicy namiotu. Cóż się z resztą dziwić, w czasach kiedy efektami specjalnymi można zwinąć faceta w precel albo sprawić że bez wysiłku wejdzie po ścianie i wykona podziesiętne salto z lądowaniem w sadzawce z krokodylami? W czasach, kiedy ludzi już nic nie zdziwi i jakby tego było mało – kiedy urządza się nagonki na cyrki i próbuje je obrzydzić? Przy okazji z tego miejsca chciałbym zwrócić się do prezydenta Słupska:

Towarzyszy Biedroń! W cyrku, poza zwierzętami (które nota bene mają tam życie zapewne lepsze niż w niejednej zagrodzie) pracują także LUDZIE. Broniąc wstępu cyrkowi, odbiera Pan pracę proletariuszom, którzy, zaprawdę powiadam, ciężko pracują na swój chleb! Towarzyszu Biedroń, tak nie można!

A dla równowagi, Panie Zalewski, muszę z przykrością stwierdzić, że dzieci, które nie miały nigdy bliskiego kontaktu z bodaj krową i nie zdają sobie sprawy, jak trudno namówić durne, uparte bydlę aby zrobiło w ogóle COKOLWIEK, pozostały zupełnie niewzruszone ich tanecznymi układami, paradami, przeplatankami itp. Po przedstawieniu syn zapytał mnie nawet:

— Ale te zwierzęta to były tylko jako prezentacja, bo przecież nic nie robiły?

No taaak… Wracając jednak do meritum. Dopiero kiedy człowiek zaczyna sam na poważnie ćwiczyć, uczyć się utrzymać ciało w takiej lub innej pozycji wymagającej perfekcyjnej koordynacji i stalowych mięśni, dopiero wtedy można w pełni docenić kunszt ekwilibrystów (w tym wypadku obłędnie kształtnej Elizabeth Axt), którzy robią poziomkę na jednej dłoni, dziesięć metrów nad ziemią na wykonującym precesję trapezie. Dopiero kiedy jest się dużym, masywnym i łamliwym można zdać sobie sprawę z szaleństwa tych wszystkich salt, skoków, wybić, lotów i lądowań z użyciem trampolin i katapult. Całe szczęście, że w najtrudniejszych momentach jest to z asekuracją!

Co tu dużo gadać – nawet jeśli w pewnym momencie wydaje ci się, że wyrosłeś z cyrku trzydzieści lat temu, okazuje się, że jest magią. I tworzą ją, przede wszystkim nie zwierzęta, a ludzie, Panie Biedroń, robotnicy, którzy wykonują ciężką, fizyczną i niebezpieczną pracę. Mordercze treningi plus możliwe kontuzje lub ciężkie uszkodzenia ciała na oczach kilkuset widzów… Szaleńcy, straceńcy, śmiałkowie, boscy niczym greccy olimpijczycy i…

— A tobie, kochana, co się najbardziej podobało? — zwróciłem się do córci.

— Kucyk!

Chichoty w deszczu

oranvag

Przygotowując się do premiery w ubiegły czwartek, zbiegłem z pracy koło południa i już w autobusie szybko załadowałem bilet na podróż pod język, kalkulując, że dzięki temu afterglow nadejdzie dokładnie wtedy, kiedy go chcę, czyli mniej więcej na godzinę przed seansem. W domu zastałem syncia rozwalonego na kanapie więc trochę pogadaliśmy, a kiedy zaczynałem już czuć, jak moje myśli odpalają silniki i kołują powoli na pasach startowych, aby lada chwila poderwać się w powietrze i zacząć naraz robić śruby, pętle i spirale, uciekłem chyłkiem do łazienki, tłumacząc, że muszę po powrocie z dworu trochę się ogrzać. Na zewnątrz faktycznie było zimno, a deszcz padał gęsto, acz leniwie, zupełnie jak w Los Angeles, pamiętnego listopada 2019.

Parę godzin później, kiedy miałem przeświadczenie, że będę już w stanie odebrać córcię ze szkoły nie gubiąc drogi, z pewnym rozbawieniem odkryłem że nie mam pojęcia, co się stało z dżinsami. Oczywiście – musiałem je przed kąpielą gdzieś odłożyć. Najwyraźniej – na hiperprzestrzenną półkę. Zapewne – w którymś momencie, z powodu osłabienia hiperprzestrzennych fluidów, jestestwo półki przeskoczyło z rzeczywistości konsensualnej do wirtualnej, jej byt ze stanu stałego przeszedł w płynny i całość, niczym kropla, wpadła pod powierzchnię rzeczywistości z cichym rozbryzgiem, pozostawiając na niej ledwie tylko widoczne koncentryczne kręgi. No i jak ja pójdę w eleganckich spodniach w taki deszcz?

Poszedłem do łazienki, z łazienki do sypialni, potem do drugiej łazienki, z niej do dużego pokoju, odwiedziłem na wszelki wypadek także pokoje dzieci, zacząłem systematycznie przeszukiwać szafy, jedną po drugiej, a w tej szafie była kolejna szafa, a w niej następna szafa, a w niej cała nieskończoność szaf, skontrolowałem deskę do prasowania, kosz na brudy, pralkę, kanapę, krzesła, nawet taras! Im bardziej dżinsów szukałem, tym bardziej ich nie było!

— Co robisz? — spytał syncio, kiedy po raz dziesiąty zacząłem węszyć w salonie.

— Szukam dżinsów…

— Jak to?!

— No, tak to… — odpowiedziałem i wyprułem do sypialni, czując jak wzbiera we mnie rechot. Tamże włożyłem twarz w poduszkę, dzięki czemu nie było słychać, jak rżę niczym koń.

Zrobiłem jeszcze jedną rundkę po domu, ale nie miałem już więcej czasu. Cholerna hiperprzestrzeń! Chcąc nie chcąc, wzułem garniturowe spodnie i wyszedłem w deszcz.

Miasto w godzinie popołudniowego szczytu! Aaaaaach, cóż to za piękny widok! Te masy powoli poruszających się ludzi, te stojące w korkach samochody, grające free jazz klaksonami, tramwaje delikatnie zwracające im uwagę dzwoneczkami, pastelowe reflektory i neony odbijające się w rozedrganych kałużach, czarne chmury, półmrok i do tego ten deszcz, deszcz upiększający wszystko, szumiący delikatnie z każdej strony („elektrony! elektrony! drapią, syczą, z każdej strony!”). Grający mi w słuchawkach „Blade Runner Blues” przerywa dźwięk telefonu, dzwoni żona z pracy.

— No i jak tam? Będziesz w stanie ją odebrać ze szkoły?

— Ależ będę. Już wszystko się ustabilizowało. Właśnie idę sobie powolutku pośród kałuż i świateł…

— Nie wątpię, powiedziałeś to tak, że aż mnie dobiegł powiew wiatru z hiperprzestrzennych równin.

— Zalanych ciepłym słońcem, sunącym po aksamitnym piasku… Ale wiesz, co? Odłożyłem dżinsy na hiperprzestrzenną półkę, a półka zniknęła…

— Jak to?!

— No tak to…

Chwilę potem przeskakiwaliśmy kałuże we trójkę: po środku ja w przemoczonych galowych spodniach, ukryty pod kapturem, po prawej córcia w płaszczyku z Zary, spódnicy i białych rajstopach, pod zielonym parasolem a po lewej różowy tornister, który nic sobie nie robił z deszczu. Minęliśmy naszą bramę i dalej, dostojnie, spacerkiem szliśmy w stronę Mokotowskiej. Na skrzyżowaniu z Kruczą przeparadowaliśmy przed maskami drogaśnych samochodów, których kierowcy przebierali niecierpliwie palcami na kierownicach, nie mogąc już się doczekać, aż będą w domu, a ja pomyślałem sobie, że to właśnie jedna z tych pluszowych chwil, kiedy ojciec z córką idą sobie powoli w deszczu, pośród pastelowych świateł, on z różowym tornistrem, ona z zielonym parasolem, przez najelegantszą dzielnicę, na najelegantszą ulicę, do eleganckiego sklepu i zupełnie się przy tym nie spieszą, bo przecież są prawie w domu. Szkoda, że nie zobaczę tego na zdjęciu!

Wracając z perfumami, zatrzymaliśmy się pod rozświetlonym na niebiesko-czerwono plakatem, z którego spoglądali ponurzy Harrison i Ryan.

— Chodź, zrobimy sobie selfiaczka! — poprosiłem córcię i przycupnęliśmy pod jej parasolem tak, aby w tle było widać plakat.

— A czy ja też mogę być na zdjęciu? — usłyszałem zza pleców głos żony, która w tym właśnie momencie przeszła przez ulicę, jakby na zawołanie.

A potem już siedziałem jak na szpilkach, do samego seansu i kiedy tylko zgasły ostatnie światła, na sali zrobiło się cicho, jak makiem zasiał… I nikt ani pisnął, ani zaszeleścił. Aż do łez w deszczu.

 

Patriotyzm jako lajfstajl

oranvag

W niedzielę w Biedronce, przy kasie, natknąłem się na obywatela pokaźnej postury, łysego. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że nieszczęśnik ów dotknięty jest debilizmem, jakimś defektem genetycznym bądź ciężkim przypadkiem FAS, jednak po bliższej i uważniejszej lustracji okazało się, że to po prostu najnormalniejszy Polak Lepszego Sortu, fenotyp charakterystyczny dla osobników, których w czasach demokracji widywało się pod budką z piwem, a w kaczystowskim reżimie brylujący na stadionie, ustawce, Marszu Niepodległości, lub dowolnym miejscu, w którym można przyjebać jakiemuś lewakowi. Na wyposażeniu posiadał tlenioną blacharę z obgryzionymi paznokciami, pomalowanymi na różowo oraz złoty łańcuch, dresowe spodnie i ortalionową kurtkę, na której plecach krzyczało dumne:

ŚMIERĆ WROGOM OJCZYZNY!

I wiecie, co? Jako wróg ojczyzny mogę potwierdzić – faktycznie mi śmierdział!

Wieczory filmowe p.t.: „Wychowanie patriotyczne odcinek 2341” oraz „Szczerość w związku”*

oranvag

I

Kiedy pierwszy raz usłyszałem wieści, byłem oburzony. Przecież to prosta droga do bluźnierstwa! To jakby wykopać Jezusa i ożywić tylko po to, żeby go następnego dnia jeszcze raz przybić do krzyża. Ten film w ogóle nie powinien powstać i ktoś, kto postanowił dać na niego pieniądze niechybnie musi być idiotą! I tak dalej. No ale czas płynął, a spece od marketingu jakoś się postarali, żeby mój święty gniew obrócić w ostrożny optymizm. Więc czekam. Więc coraz częściej siedzę jak na szpilkach. Więc mam już na ten dzień rezerwę kartonów. Więc szukam informacji, kiedy zaczną sprzedawać bilety i zgrzytam zębami, kiedy widzę, że póki co sprzedaje je tylko Piwnica Pod Baranami, więc chwytam słuchawkę i dzwonię do IMAXa i pytam:

— Czy sprzedajecie już bilety na Blade Runnera?

— NA CO?!

— Blade Runner. 2049.

— O, wie pan. Nawet nie słyszałam o takim filmie.

(Ja pierdolę…)

— Nie, jeszcze nie sprzedajemy…

— Kurwa, jak możesz pracować w KASIE KINA i nie wiedzieć, co to Blade Runner?! — mam ochotę zawołać za każdym razem, ale tego nie robię. Pozostaje mi więc oglądanie kolejno dawkowanych krótkometrażówek. Pierwsza była z tym psychopatą, Jarjarem Leto, druga z zapaśnikiem – Bautistą. Nawet nie próbowałem oglądać jej w pracy, tylko wieczorem zasunąłem zasłony, zwołałem wyższą część rodziny i rzuciłem ją na moje sto cali. Kiedy już się skończyła, syncio zapytał:

— Nakonfidencił na niego, nie? Źle jest konfidencić, prawda?

— Synu, konfidencić jest źle, kiedy żyje się w totalitarnym reżimie, takim jak my teraz. W państwie, które nienawidzi obywateli, śledzi ich i usiłuje kontrolować każdą strefę życia. W kraju, w którym grożą srogie konsekwencje zwłaszcza za robienie rzeczy przyjemnych. Wtedy właśnie nie konfidencimy w nadziei, że ludzie z naszego otoczenia zrobią to samo, przyłapując nas niekiedy na robieniu rzeczy nielegalnych, choć zupełnie społecznie nieszkodliwych, rozumiesz? Jeśli jednak widzisz kogoś robiącego coś złego, szkodzącego drugiej osobie, donos jest jak najbardziej wskazany. O, na przykład ksiądz. Ksiądz zawsze robi coś złego. Nigdy nie pozwól, żeby zbliżył się do ciebie jakiś ksiądz. Jesteś przecież taki ładny… Rozumiesz?

— Jaaaasne.


II

Obejrzeliśmy sobie „Miło się kłamie w dobrym towarzystwie”, fajną jednoaktówkę opowiadającą o spustoszeniu, jakie w relacjach kilku par w średnim wieku wywołała pełna głasnost’, czyli odczytywanie na głos wszystkich SMS-ów i odbieranie na głośniku wszystkich rozmów ze wszystkich przybyłych na przyjęcie komórek. Nie będę spojlował, warto obejrzeć. Wieczorem, kiedyśmy się już położyli spać, żona zagaiła:

— Przerąbane. Czemu ludzie tak robią?

— Bo nie są zadowoleni ze swoich związków.

— No tak. Ale mimo wszystko ja to nawet nie byłabym w stanie. Nie mogłabym nawet wziąć do ust kutasa innego faceta. A ty?

— Ja…?

— Czy był byś w stanie polizać inną cipę?

— No, cóż. Gdybyś zapytała, czy byłbym w stanie wziąć do ust kutasa jakiegoś faceta, mógłbym z pełną szczerością odpowiedzieć, że nie…

____________

* (aby wymazać moje ubiegłotygodniowe lenistwo)

Żyletka jako pomoc wychowawcza

oranvag

Już parę miesięcy temu pytałem syncia, czy nie chciałby może zgolić tego czarnego meszku, który wyrósł mu nad górną wargą, na zachętę dodając, że to co wyrośnie potem będzie grubsze i twardsze, choć w rzeczywistości chodziło mi po prostu o to, że na jego wciąż dziecięcej buzi i w towarzystwie krost, wyglądało to po prostu pociesznie nie na miejscu. Nie chciał. Aż do zeszłego czwartku, kiedy to zapytał mnie, czy mógłby się ogolić. Najwyraźniej przekonał go do tego fakt, że wzrost ma w połowie drogi między mną a żoną, więc pewnie coś koło metra osiemdziesiąt, a jak się jest takim dużym, to zdecydowanie już wypada się golić, nawet jeśli ma się dopiero trzynaście lat.

Wziąłem go więc do łazienki, pokazałem jak trzymać maszynkę i zapewniłem, że tą na pewno się nie skaleczy, bo ma ruchomą głowicę która sama odpowiednio się ustawia, nie tak jak maszynka, którą ja goliłem się po raz pierwszy i nie dało się nią zaciąć, bo miała dwa ostrza, jak zapewnił mnie mój ojciec... Parę kropek żelu, parę ruchów z góry na dół i było po meszku. Nie zaciął się, ale i tak narzekał, że go szczypie.

Potem przyszedł łykend i pod wieczór był umówiony z kumplami na jakiś koncert, ale że impreza była bezpłatna, a oni wyszli za późno, nie mieli szans, żeby dostać się do środka. Jako rozważne dziecko, zadzwonił więc do nas i poinformował, że zamiast tego pójdą „nad Wisełkę”, czego mu stanowczo zabroniliśmy i nakazaliśmy powrót. Wrócił więc obrażony.

Tu należy wyjaśnić osobom spoza Warszawy – brzegi Wisły są wieczorami miejscem masowych zabaw, od strony miasta dość łatwo być zepchniętym w środku nocy z wybetonowanych nabrzeży, zwłaszcza przez pijanych bądź zdopalaczowanych imprezowiczów, od strony Pragi – kto wie, co może cię spotkać w dzikich, nieoświetlonych chaszczach, w których pali się ogniska, pije wódkę i wciąga kryształ.

— To po prostu nie jest miejsce dla dzieci — usiłowałem się tłumaczyć naburmuszonemu synciowi z naszej rodzicielskiej troski.

— Ale ja już jestem duży! — oponował on i doprawdy trudno się nie zgodzić z takim twierdzeniem, jeśli pada z ust kogoś mierzącego metr osiemdziesiąt… Sytuację uratowała, jak zawsze trzeźwo myśląca, Pani O.:

— Jaki tam duży! Nie masz jeszcze nawet wąsów!

Another birick in the wall

oranvag

Możliwe że na tym blogu można wciąż znaleźć zdanie o nogach, które pójdą do szkoły, wypowiedziane przez moją żonę w kontekście syncia, tak wiele lat temu, kiedy kończył przedszkole. Jeśli czytać by wpisy cięgiem od tamtego zdania, zajęłoby to pewnie trochę więcej niż godzinę. Odrobinę mniej, niż zdaje się być odległe to wydarzenie, kiedy sięgam pamięcią wstecz. Zupełnie już zapomniałem, ale od czego mam żonę, że syncio czuł się wtedy nieco niepewnie i był to jedyny raz, kiedy zrobił nam awanturę, więc teraz, kiedy już co nieco mi majaczy w mglistych odmętach pamięci, wydaje mi się, że miało to jakiś związek z wiązaniem krawata… No a potem wszystko było już dobrze, przez pewien czas odrabiał nawet prace domowe zaraz po powrocie z szkoły, a lata mijały w uporządkowanym rytmie: ferie, wakacje, ferie, wakacje, ferie, wakacje, aż nagle: rach ciach! – i przerósł swoją rodzicielkę, która liczyła na to, że z tymi nogami będzie wymieniać się na Conversy. Mrugnęła i przegapiła!, w numerze czterdzieści cztery nie będzie jej wygodnie!

Córcia za to awantury robi nam niemal codziennie, bo wiadomo, powodów jest cała masa: rozczesywanie włosów, utrzymywanie porządków w pokoju, mycie zębów dwie minuty, chodzenie spać o wyznaczonej porze i tak dalej. Wczoraj jednak, w pierwszym dniu jej szkoły nie było żadnych fochów, tylko radosne oczekiwanie, sprawne wyszykowanie się do wyjścia i pląsanie w drodze. We dwie wyglądały jakby prosto z „Seksu w wielkim mieście”: Moja MILF w profesjonalno-biurewskim mundurku i moja córka w jasnym płaszczyku z Zary, skrojonym tak, jak płaszcze dorosłych elegantek. Humoru nie zdołał popsuć jej nawet fakt, że rano odkryliśmy że kolczyki wrosły jej w uszy i po powrocie czekała ją operacja, i to nielicha, bo płatek uszny wchłonął całkowicie te kółeczka z dwoma zawijaskami, którymi przekłada się igiełkę kolczyka. Jeden udało się otworzyć sprawnie, bo siedział płytko pod skórą, za to w wypadku drugiego trzeba było wyszarpać z mięska tę zatyczkę, przekładając grubą igłę przez jeden z zawijasków. Ja trzymałem córcię, syncio – oświetlał salę operacyjną komórką, a żona, jako najbieglejsza w mechanice kolczyka, dłubała igłą w strasznej mieszance krwi, ropy i srebra. Po całym zabiegu ofiara biżuterii pociągając nosem wydała zdecydowane oświadczenie:

— Nie planuję nosić więcej kolczyków!!! — po czym poszła na zakupy, aby wynagrodzić cierpienia (kupiła brokat).

Wieczorem, w snopie z latarni magicznej, żona westchnęła:

— I kolejny przełomowy dzień naszego życia za nami…

— Czemu przełomowy? — zaciekawił się syncio.

— Jak będziesz miał dzieci, to zobaczysz — powiedziałem — Teraz chodzisz do szkoły, a pewnego dnia, kiedy do szkoły pójdą twoje dzieci, po raz kolejny popatrzysz wstecz i pomyślisz sobie, że choć tyle się wydarzyło od twojego pierwszego dnia w szkole, gdzieś tam po drodze, NIEPOSTRZEŻENIE, z syncia stałeś się tatą…

Jak wyprodukować endogenne LSD

oranvag

Zatrzymawszy się na stacji benzynowej, aby zaczerpnąć paliwa, po raz kolejny oczarowała mnie sylwetka mojego własnego samochodu, tym bardziej że zawieszone z tyłu cztery rowery niejako dodawały jej hipsterskiego szyku, pomimo że nie były bynajmniej holenderskie. Za to kiedy wróciłem do kabiny, wpadłem w sam środek ożywionej kłótni moich dzieci, która wyglądała mniej więcej tak:

— Ale opony to tak jakby buty dla auta! — argumentowała córcia.

— Ale nasze auto ma BOSE — odpowiadał syncio, a że córcia tego żartu zupełnie nie chwytała, natychmiast ponownie upierała się że:

— Ale opony to tak jakby buty dla auta! — po czym cały dialog powtarzał się, jak piosenka o kołku w morzu, póki nie zagroziłem że wytargam oba łby.

Nad morze dojechaliśmy późno z powodu potwornych korków i nie było już sensu gnać na rowerach na naszą „prywatną” plażę, poszliśmy więc na publiczną, co niejako zaowocowało poprzednim wpisem. I dodam jeszcze tylko, że nie wiem jak ludzie mogą tam na kupie siedzieć, może łykają benzodiazepiny, może są bardzo tolerancyjni, może mają magiczne implanty – nieważne. Ważne, że potem pogoda dopisywała, w drodze do naszego zakątka wspaniale sprawdziły się czeskie sakwy, którymi obarczyliśmy rower syncia (ten sam, którym dziesięć lat temu woziłem go w małym krzesełku) i dzięki nim nasz plażowy obóz wyglądał naprawdę imponująco po rozbiciu i niesamowicie kompaktowo po złożeniu.

„Nasza” to naprawdę najpiękniejsza plaża, jaką widziałem nad Bałtykiem. I nie chodzi mi tylko o jej szerokość i pustkę (którą zawdzięcza kiepskiej dostępności) ale też o niesamowite, prostopadłe do linii brzegu fałdy, po których w wietrzne dni ziarenka piasku hulają jak na wydmach Corralejo i o porastające piaszczysty pas ochronny wysokie trawy, które w tymże wietrze wplatają swój jednostajny szum w cichnący i narastający huk fal. Idealne miejsce do baraszkowania na golasa, zabawy w chowanego, puszczania latawców i szeroko pojętego kontaktu z kosmosem.

Pozostaje nam mieć nadzieję, że nikt tego miejsca nie zareklamuje na fejsbuku i nie oznaczy na mapie w innym popularnym serwisie dla ludzi upośledzonych umysłowo, więc niestety – ale nie podzielę się z Wami jego lokalizacją. W zmian jednak polecić mogę fantastyczną formę aktywności nadmorskiej: jazdę rowerem po skraju plaży, najlepiej w złotej godzinie, krótko po wschodzie lub przed zachodem słońca. Konsystencja mokrego piachu powoduje, że jest to dużo prostsze, niż się wydaje. Fakt, że jechanie jest nieco cięższe, ale wierzcie mi – uczucie radości towarzyszące pedałowaniu w towarzystwie rozbryzgów fal, może się równać chyba tylko temu, które towarzyszyło doktorowi Hofmannowi podczas pierwszej wycieczki rowerowej w 1943. Fakt, że po takim spacerze musisz potem szczoteczką do zębów wyszorować mechanizmy roweru, jest doprawdy niewysoką ceną za taką ilość serotoninowej ekstazy! Dlatego dobrze wam radzę: przejedźcie się plażą, zanim ONI dowiedzą się jakie to cudowne i tego zabronią!

 

Dwa tygodnie świra

oranvag

Gdyby Koterski chciał nakręcić „Dzień świra 2”, co ja mówię – „Cały rok świra” – najprościej byłoby zacząć zbierać materiał latem, w którymś z polskich nadmorskich kurortów.
Plaża – wiadomo. Załóżmy że odchodzisz pół kilometra od zejścia i znajdujesz sobie miłe miejsce, najbliżsi krajanie okopali i oparawanili się co najmniej pięćdziesiąt metrów od ciebie, po każdej ze stron. Nie siadasz, rzecz jasna nad samym brzegiem, bo nie lubisz kiedy dzieci, psy i romantyczni spacerowicze (do których z resztą sam się zaliczasz) przegalopowują ci po kocyku, ewentualne prześcieradle, w trakcie swoich niemających końca migracji to w jedną, to w drugą stronę. Chwilę jest rozkosznie, ale tylko chwilę, bo zaraz pojawia się wataha Polaków: dwie lub trzy rodziny związane węzłami krwi, koleżeństwa lub ledwie turnusu i ze swoimi dziećmi, namiotami, parawanami, kundlami, papierosami, wódką i przenośnymi głośnikami bluetooth, rozbijają obóz PÓŁ MATRA PRZED TWOIM NOSEM, rzecz jasna zasłaniając przy tym parawanem widok na morze. Jakby mało było ich bloczyskowego rapu albo siermiężnego disco-polo, ich bulteriery szczekają, ich progenitura ryczy, a oni sami drą ryje zapijaczonymi, ochrypłymi głosami. Według nich wszystko jest w porządku.
Albo weźmy późne popołudnie, kiedy na równoległej do plaży lokalnej drodze lansują się w tiszertach ABERKROMBI i tenisówkach DOLCZEGABANA przybysze z Białołęki Cesarskiej albo Tarchomina Leśnego. Niezależnie od tego, jak szeroka byłaby taka promenada – dziesięć, pięćdziesiąt czy sto metrów – Polak i tak znajdzie sposób, aby zająć całą jej szerokość. Nawet jeśli szedłby SAMORAZ, coś by wymyślił, choć nie mam pewności co – pewnie zataczałby się szybko między lewą a prawą stroną jezdni. Wracasz więc z oddalonej o dziesięć kilometrów plaży, na którą każdego ranka tłuczesz się rowerem przez lasy i piachy, aby tylko nie musieć mieć Polaków w zasięgu wzorku i co chwila musisz hamować ostro, aby nie wjechać w pijaka, grubasa, dziecko albo bulteriera. Do tego spotykasz się z agresją z powodu oburzającego faktu, że ŚMIESZ JECHAĆ PO ULICY. Przecież ulica jest po to aby mógł ją wypełnić radosny potok napierdolonych rodaków!
--- Niegrzeczny pan, nie powiedział nawet „przepraszam” --- powie tylko matka-Polka swojemu dziecku, kiedy łaskawie zwolni ci miejsce NA ULICY. A przecież mogła zamiast tego przyjebać mi parawanem po plecach...
Albo weźmy tych, zataczających się od upału, lub też czegoś mocniejszego, obywateli z parawanami nonszalancko przerzuconymi przez ramię, OSTROKOŁEM SKIEROWANYMI KU NIEBU, na wysokości twarzy innych przechodniów, ich nogi jak z waty, w oczach – obłęd i pytania, na które nie ma odpowiedzi, i jeszcze kręci się taki nieszczęśnik w tłumie, jakby odbyt wypełniała mu kolonia owsików, a ty patrzysz na niego i zastanawiasz się, kiedy te straszliwe szpikulce komuś niechcący rozorają gębę, wydłubią oko, czy może wybebeszą, kiedy ich posiadacz schyli się aby poprawić klapek KUBOTA na skarpetce PUMA z Biedronki.
I tego wszystkiego doznajesz, gdy starasz się, jak tylko możesz WŁAŚNIE TEGO UNIKNĄĆ. Polacy są, niestety w tym kraju WSZECHOBECNI i obawiam się, że nawet jeśli zaczęlibyśmy przyjmować uchodźców, oni szybko przejęliby wszystkie ich zwyczaje. No i uchowaj nas boże od tego, żeby mi się rozbił obozem, pól metra ode mnie Arab, ze swoimi dwudziestoma Arabiątkami, głośnikiem bluetooth, dziesięcioma żonami, dziesięcioma teściowymi i teściami, dziesięcioma bulterierami i – a jakże – żołądkową gorzką, bo stare arabskie przysłowie brzmi: „kto trafił między wielbłądy musi śmierdzieć jak one”, a Allah patrzy na Mekkę, nie na Dębki. Co to to nie!
Dlatego, jeśli chodzi o uchodźców, zajmuję stanowisko Polaków Lepszego Sortu! Wystarczy, że dzielę plaże z wami, głupie chuje!

Pojętny uczeń

oranvag

Ponieważ wciąż tęsknimy za jednymi z najlepszych wakacji w naszym życiu, kiedy to kolega Łukasz przewiózł nas Orionem po Mazurach – wiecie dzień z wiatrem, ruchanie w łódce radośnie podskakującej w przystani, a potem sen na lekko rozkołysanych wodach – wciąż planujemy naszą pierwszą rodzinną wyprawę. Ponieważ ani ja ani żona nie posiadamy patentu, od paru lat z żelazną konsekwencją hodujemy sobie żeglarza, wysyłając syncia na wodniackie obozy. W przyszłym roku zdaje egzamin.

Kolonie, na które jeździ, są naprawdę wysokiej klasy, zaraz na początku konfiskują wszystkim milusińskim wszystkie elektroniczne gadżety i rozdają je jedynie na dwie godziny w środy i soboty. Oczywiście z niecierpliwością oczekujemy wtedy jakichkolwiek wieści.

W pierwszą środę zadzwonił i zdał relację. Ale w sobotę wieczorem już tylko wysłał SMS, że jest słaby zasięg i nie będzie specjalnie wychodzić na zewnątrz, żeby z nami pogadać. Na takie dictum żona mu odpowiedziała, że w takim razie po powrocie dojeżdża do Warszawy też sam (tu należy wyjaśnić, że odjazdy i przyjazdy, z powodu wolumenu kolonistów, organizowane są na wielkich parkingach, zwykle z dala od centrum, w tym roku było to totalne zadupie, o pół godziny jazdy samochodem, poza zasięgiem komunikacji miejskiej i PKP). No i do końca turnusu już się do siebie nie odzywaliśmy.

Aby zasymulować spełnienie groźby, w ostatnią niedzielę stanęliśmy nieco na uboczu i poczekaliśmy, aż tłum się przewali i syncio zostanie sam na placu, po czym dopiero wtedy po niego poszliśmy.

— I co, martwiłeś się, kiedy zobaczyłeś, że nas nie ma? — zapytała żona.

— Nieeeeee… Jesteście przewidywalni. W zeszłym roku, jak już wróciliśmy, a wy ukryliście się na parkingu i udawaliście, że was nie ma, to wysłałem wam SMS, że już przyjechałem, a ojciec wtedy mi odpisał: „JAK TO?! TO DZISIAJ?!” i zaraz się pojawiliście. Dwa razy nie dam się nabrać!

Przysposobienie do życia w rodzinie – ciąg dalszy

oranvag

Ostatnie wieści o zmianie programu WDŻ trochę nas zmroziły, w związku z czym postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje własne ręce, a dodatkowo od przyszłego roku wypisać syncia z tego przedmiotu, żeby mu do głowy kto nie nawkładał, że seks tylko po ślubie, albo że najlepszym sposobem na antykoncepcję są kalendarzyki małżeńskie, a cała reszta metod to de facto różne rodzaje aborcji. Wątpię, co prawda, żeby przejął się tym, że masturbacja jest grzechem, o ile w ogóle zna takie słowo („grzech”, nie „masturbacja”…), więc tu nie chodzi o jego zdrowie psychiczne, bardziej po prostu o uniknięcie katolskiej indoktrynacji seksualno-opresyjnej, która mogłaby zaszczepić katastrofalne idee w młodej głowie.

Ponieważ nie jesteśmy zwolennikami półśrodków, zakupiliśmy mu „Seks i miłość. Nowoczesny poradnik dla chłopaków” z Czarnej Owcy, broszurkę, która mogłaby mieć podtytuł „Wszystko czego katolicki beton nie chce, żeby twoje dziecko wiedziało o seksie”. Poza bardzo ważnymi i przydatnymi rozdziałami o najważniejszym organie seksualnym, a więc – mózgu, a więc: o szacunku wobec drugiej osoby, o zrywaniu, o byciu porzucanym, o interpretacji mowy ciała potencjalnej partnerki i tak dalej, młody chłopak znajdzie tam całą masę najważniejszych informacji O TECHNIKACH, na przykład parę ciekawych sposobów onanizowania się, jak znaleźć i co robić z łechtaczką, sutkami, punktem G, a na analu kończąc. Wszystko to konkretnie, bez owijania w bawełnę, napisane żywym i nie stroniącym od lekkich wulgaryzmów językiem. Krótko mówiąc, to książka, która nie tylko nie nadaje się dla Anuli, Pawła, matki Pawła i ojca Pawła, ale jestem tego pewien – nie nadaje się do czytania przez większość polskich rodziców dwudziestego pierwszego wieku. Może nada się w dwudziestym drugim, choć obserwując, jak sprawy się obecnie uwsteczniają, może to być zbyt optymistyczne założenie.

Trudno oczywiście oczekiwać, aby tak drobna książeczka wyczerpywała absolutnie wszystkie zagadnienia związane z seksem, co doszło do nas, gdy pewnego dnia przeglądaliśmy ją na tarasie.

— Trzeba powiedzieć mu, jak ważna jest muzyka! — powiedziała moja żona.

— Co masz na myśli?

— No wiesz, jak ważne jest to, że my lubimy tę samą muzykę…

— Oj! No tak! Przecież to kluczowa kwestia! Postaw się teraz w sytuacji kobiety, romantyczna kolacja, czy tam kino, potem świece i przyciemnione światło, u niego, bo u niej są rodzice, rzucają się na łóżko, on zdziera z niej koszulę i stanik, z głośnika leci przygotowana zawczasu playlista, w sumie nieważne jaka, bo i tak nie bardzo zwracają na nią uwagę, aż w kulminacyjnym momencie, kiedy jest im bardzo dobrze i może nawet zaraz razem dojdą, nagle wchodzi, dajmy na to: „I will always love you”…

— Albo „My heart will go on”. No to ona wtedy daje mu jego buty i mówi, żeby wypierdalał…

Noc na Ziemi

oranvag

Chwilę przed godziną 21.

Zastanówmy się najpierw, co rozumiemy przez czas. Co to jest czas? Byłoby przyjemnie, gdybyśmy znali dobrą definicję czasu. W słowniku Webstera „czas” określa się jako „okres”, „okres” zaś jako „czas”, co niewiele wyjaśnia.
– Richard Feynman, „Feynmana wykłady z fizyki”.

O, i tu widać wyższość polskich wydawnictw encyklopedycznych, ponieważ Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, nie wyjaśniając rzecz jasna, czym jest czas, przynajmniej zdradza nam jego dwie właściwości matematyczne: czas to „GĘSTY i CIĄGŁY zbiór chwil” (przy czym oczywiście ta ciągłość jest jedynie hipotezą!)

Unoszę oczy znad książki. Przez zaplecze kamienicy, które (najpewniej z powodu swojego ogólnego stanu) przywołuje mi na myśl owłosione plecy starego menela, przebiega powolny dreszcz, jak przez balon wypełniony wodą i stuknięty palcem.

Słońce zachodzi i ostatnie piętra skrzą się pluszowym, różowym blaskiem, który dodatkowo upiększa estetycznie przyjemne geometrie łuszczącej się, brudnej fasady. Jakby tego było mało, z głośnika sączą się „Metamorfozy” Glassa, dodające eleganckiego sznytu temu osobliwemu krajobrazowi. Jest to obleśne, kulturalne podwórko.

— Dobrze mi wchodzi Glass… — mruczę na nutę „Dżezu” Pogodno.

Całe szczęście, że litery stoją na swoich miejscach, ale i tak przyswajanie wiedzy nie jest łatwe, tym bardziej że żona co chwila wybija mnie z transu, czytając na głos najlepsze fragmenty „Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu”, co zmusza mnie z kolei do gwałtownego rżenia, i panicznej walki o oddech, choć przecież już to czytałem i nie powinno mnie AŻ TAK śmieszyć.

Ponownie wracam do wcześniejszego akapitu. Sposób budowania wykładu zachwyca – za każdym razem zaczyna się od zjawiska, które możemy bez problemu zaobserwować, po czym następuje logiczny tok rozumowania, eksperymenty myślowe, aż w końcu pojawiają się wzory i człowiekowi aż chce się wtedy krzyknąć „to niesamowite!, to przecież tak proste i oczywiste!”.

Zawsze się zastanawiałem, czemu zwykły mózg nie może przez cały czas działać tak, jak na kwasie, tłumacząc sobie, że najwidoczniej nie daje to wymiernej przewagi ewolucyjnej. A jednak – mózg Feynmana właśnie tak działał! Przecież ta jego gadka o tym, jak to lepkości, gęstości i napięciu powierzchniowemu wody zawdzięczmy spektakl z przelewających się w morzu fal, to klasyczna kwasowa konstatacja! Rysiu musiał być jednym z tych burroughsowskich „ćpunów metabolicznych”.


Około godziny 22.

— Kurczę, gdzieś zgubiłam książkę! — stwierdziła żona, kiedy wychodziliśmy z wanny — widziałeś ją może?

— Nie, ale pomyśl, to jest ta sytuacja, w której przydałby się nam fejsbuk. Zamiast teraz szukać książki po całym domu, weszłabyś na fejsbuka i napisała na profilu Masłowskiej: „Pani Doroto, gdzieś mi się, kurwa, zapodziała ta Pani pojebana książka. Wie Pani może gdzie leży?”, a ona mogłaby odpisać: „Zdaje się, że czytała ją Pani w sraczu. Mam nadzieję, że kartki nie obtarły dupy”.


Gdzieś koło godziny 23.

Me gustas cuando callas porque estás como ausente,
y me oyes desde lejos, y mi voz no te toca.
Parece que los ojos se te hubieran volado
y parece que un beso te cerrara la boca.
– Pablo Neruda, Wiersz 15

Mówię żonie, że fantastycznie jest znać ileś języków i wykorzystywać je do pisania piosenek, dobierając język do treści, tak jak to robi Sabina Sciubba z Brazilian Girls. Dajmy na to – pachnąca jakąś Orwellowską dystopią piosenka „Die Gedanken sind frei” brzmi wprost idealnie po niemiecku. Zaraz też sprawdzam, czy „Me gustas cuando callas” też jest jej autorstwa, bo z całym szacunkiem dla Sabiny – jest to jednak zbyt dobry tekst. Zaraz okazuje się więc, że ten wyciskający mi łzy z oczu wiersz napisał Pablo Neruda. Chilijski komunista, Nobel z literatury w 1971, Gabriel García Márquez nazwał go „najlepszym poetą dwudziestego wieku, we wszystkich językach”. Poeta, który czytał swoje wiersze na stadionach, dla stu tysięcy słuchaczy, którego wierni czytelnicy chronili przed aresztowaniem, aż w końcu zamordował go Pinochet, zabraniając Chilijczykom uczestniczenia w pogrzebie (a ponieważ bardziej kochali Pabla, niż bali się Augusto – i tak na niego tłumnie przyszli).

Zapętlam utwór i słucham ileś razy, starając się go nauczyć na pamięć, ale pamięć, niestety, nie działa za dobrze…


Mniej więcej druga nad ranem.

Prawdopodobnie najprostszym układem mechanicznym, którego ruch podlega liniowemu równaniu różniczkowemu o stałych współczynnikach, jest masa umieszczona na sprężynie.
– Richard Feynman, „Feynmana wykłady z fizyki”.

Żona śpi od paru godzin, a ja, opatulony kocami, kulę się w kokonie, podwieszonym na sprężynie, zamocowanej do giętej, elastycznej belki metalowej, stabilizowanej dużą, kolistą podstawą. Jestem masą w oscylatorze harmonicznym. Słucham „Szamár Madár” z płyty „Rossz Csillag Alatt Született” Venetian Snares. Zupełnie już zapomniałem, jaka to obłędna muzyka. Początkowe, straszne ryki instrumentów przywołują czarne, ponure wizje, z którymi niechętnie walczę, ale gdy wchodzi breakcore’owy beat, zaczynam od niechcenia napinać i rozluźniać mięsień czworogłowy nogi. Lekkie przemieszczenie masy i siła bezwładności już po chwili powodują, że kokon zaczyna podskakiwać na swojej sprężynie i oscyluję sobie, oscyluję… Cała huśtawka zapewne niemiłosiernie skrzypi, jeśli ktoś teraz spojrzy sobie na nasz taras pomyśli, że leżę i sobie w najlepsze walę konia. No i co z tego, skoro muzyka, muzyka, muzyka brzmi tak wspaniale…

 

Czwarta rano

Gdy zdjąłem słuchawki, pierwszym co usłyszałem, były nawoływania ptaków, najbardziej pasowało mi do nich słowo „ćwierkanie”, więc może były to wróble? Zacząłem zastanawiać się, co sobie komunikują, bo przecież wydawanie tych świergocących dźwięków w trakcie lotu, zupełnie bez celu, nie miałoby żadnego sensu, szkoda by było na to energii! Piski dochodziły z góry, ze wszystkich stron, więc pewnym było, że są to jakieś raporty z porannego zwiadu. Dość głośne, aby usłyszeli je inni mieszkańcy podwórka, więc może chodziło o jakieś zasoby okruszków? Pół godziny później obudził się pierwszy gołąb i zaczął swoje:

— Grrruuuuuhhh. Grrrrruuuuch — nikt mu jednak nie odpowiedział, nawet ćwierkające ptaki – albo odleciały dalej, albo już wróciły z misji i nie miały o czym mówić. Może z resztą była to samica gołębia, bo pół godziny później powietrze wypełnił inny gołębi głos, który z kolei intuicyjnie skojarzył mi się z pianiem, był niski, ochrypły i brzmiał tak:

— Uuuuuchuuchuchuuu uuuuch uuuuch uuuch — powtórzony ileś razy, także bez odzewu.

Potem już żadnego ptasiego głosu, tylko nagle, jakby zsynchronizowane, z trzech stron miasta odzywają się syreny karetek, czy może policji, aby powoli i stopniowo wtopić się w szum tła i zniknąć.

Ewidentnie świta. Schodzę z tarasu i idę do sypialni, sprawdzić, czy sen przyjdzie. Za każdym razem się łudzę, że uda się zasnąć. Na próżno. Przez kolejne godziny słucham muzyki i wertuję Wikipedię, to pozwala dotrwać do ósmej, kiedy budzi się żona.

— I jak? — pyta.

— No cóż. Podróżowanie w samotności jest jak seks w pojedynkę. Niby fajne, ale jednak razem najlepiej…

A jednak coś nas łączy

oranvag

Bodaj najlepszą częścią wakacji jest ta, którą dzieci spędzają z dziadkami. Zanim jednak pomyślicie sobie, że jesteśmy wyrodnymi rodzicami, spieszę wyjaśnić, że chodzi o komfort psychiczny w łykendy. Jak jest na wakacjach z dziećmi, nie muszę wyjaśniać, każdy wie, że to żadne wakacje, ale przynajmniej SPĘDZAMY JE RAZEM. Za to w zwykłe soboty i niedziele, kiedy człowiek miałby ochotę dobrze wykorzystać cały dzień, zawsze napotyka opór. Pójdziecie z nami na rower? Nie. Pójdziemy razem na spacer? Nie. Skoczymy nad Wisełkę? Nie. A może coś zjeść do restauracji? Nie. Na koncert? Nie. No i efekt jest taki, że po godzinach namów kładziemy na nich lachę, bo przecież nie będziemy biciem zmuszać ich do roweru lub spaceru, i wyruszamy sami. I czy jesteśmy szczęśliwi? A gdzież tam! Przecież z tyłu głowy wciąż telepie się przeświadczenie, że POWINNIŚMY spędzać czas z nimi, biednymi dzieciątkami kiszącymi się w domu w ten piękny dzień, zamiast w ogrodzie pałacowym słuchać Szopena z przenośnego głośnika, jarając trawę. I zamiast przysnąć w i po tej trawie, a potem skoczyć na jakieś ciastko, gnani wyrzutami sumienia, wsiadamy na rowery i wracamy do naszych maleństw, które oczywiście świetnie się same bawiły i pytają zaskoczone:

— Ooooo, już wróciliście?...

I właśnie o tym mówię – kochamy te łykendy bez wyrzutów sumienia i naglących potrzeb, bo należy dodać – wyruchać wreszcie się może człowiek w ciągu tygodnia, bez pośpiechu i na długo przed północą. A skoro pogoda sprzyja to oczywiście – rower. W zeszłą sobotę postanowiliśmy wyruszyć na wycieczkę „Warszawa Masłowskiej”, licząc że może spotkamy ją gdzieś w okolicach placu Wilsona. Objechaliśmy parę bajecznych uliczek na Żoliborzu (polecam Wieniawskiego – jest jak wyrwana z innej rzeczywistości), po czym stwierdziliśmy że pora na kawę i zatrzymaliśmy się w cukierni vis-a-vis kościoła obwieszonego bannerami pewnego księdza, który pływał.

Kościół ten jest najwyraźniej ważnym celem wiejskich pielgrzymek, bo w kawie i ciastku towarzyszyły nam osoby ewidentnie zaczadzone najbardziej zaściankowo-ekstremistyczną katolską propagandą, jaką można sobie wyobrazić. Słyszeliśmy więc o masonach rytu (?) paryskiego i berlińskiego (?). Że chcą zniszczyć, rzecz jasna, nas (czyli ich) bogobojnych katolików. Że ten tam proboszcz mówił, żeby nie modlić się w intencji papieża Franciszka, bo nie wiadomo jakie on ma intencje. Można się, oczywiście, modlić za niego, ale nie w intencji! Jeśli chce się w intencji, to Benedykta (najwyraźniej jego intencje są jasne). Było też coś o tym, że ktoś tam nie oddaje właściwej czci Matce Boskiej. Kręciła się ta rozmowa, jak widać, wokół samych zdupnych popierdoleństw i więcej trzeźwości oraz humanizmu można by odnaleźć w konwersacji dwóch pijanych dresów o zaletach i wadach aluminiowych kijów bejsbolowych.

Gdy dopiliśmy kawę i dojadaliśmy jagodzianki, poruszano temat ukraińskiego najazdu i tego, że w przygranicznych wioskach neobanderowcy znów gwałcą, że oczywiście nasz (czyli ich) rząd trzyma to w tajemnicy, ale że to można wszystko zobaczyć w internecie, bo są filmy. I wtedy padła kwestia, która przywróciła promyk nadziei na lepsze jutro:

— No przecież nie myślisz chyba, moja droga, że nasze RADIO MARYJA o tym powie…

Zakładając kask i wsiadając na rower, pomyślałem sobie, że jednak coś nas, Polaków, łączy. Że tak do końca nie damy sobie zrobić wody z mózgu, bo kolektywnie i solidarnie, nie ważne czy jesteśmy lewakami czy najgorszym katolskim betonem, NIE MAMY ZAUFANIA DO MEDIÓW GŁÓWNEGO ŚCIEKU.

I może, kiedy w końcu przyjdzie pora, połączę ręce z tymi paniami, na jednej linie, gwiżdżąc radośnie podczas wciągania na latarnię redaktora Bartosza W.

© Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci