Menu

Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej

Poradnik dla osób w wieku od dwóch do trzech lat, pozwalający zapoznać się i oswoić z typowymi sytuacjami zdarzającymi się w rodzinach patologicznych. Młody czytelnik znajdzie tu instrukcję, jak radzić sobie ze zdeprawowaną matką i pochodzącym z marginesu społecznego ojcem, jak przymykać uszy na nocne hałasy, jak sprawdzić, czy rodzice nie nadużywają narkotyków i alkoholu, jak zapewnić, aby stosunki małżeńskie uprawiali tylko we dwoje i wiele innych, cennych porad.

Chcę zostać wieśniokiem

oranvag

Uuuuj, prawie dwa miesiące przerwy w pisaniu? No cóż, to nie tyle lenistwo, co nawał bardziej fascynujących zajęć, które dopadają mnie rano, kiedy przychodzę do pracy i kiedy cała reszta normalnych ludzi udaje się na poranną kawę. Ostatnio tak mnie wciągnęło programowanie Commodore 64, że przetracam na nie całe dnie. Pora to nadrobić, choćby króciutkimi wpisami. (chrząknięcie). Tak więc…

Poważnym mankamentem tego, że mieszka się tam, gdzie mieszkam, jest absolutnie demotywujący wpływ sąsiadów. No bo wyobraźcie sobie, że wychodzicie rano do pracy, a sąsiad z góry właśnie wraca z dżogingu w Łazienkach (i nie myślcie sobie, że gdzieś się potem wybiera). Zwizualizujcie sobie, jak rano, ze spóźnionym dzieckiem, popierdalacie do szkoły i w windzie spotykacie sąsiada z ostatniego piętra, który idzie z makiem pod pachą, posiedzieć cały dzień w kawiarni z widokiem na Plac Konstytucji. Pomyślcie o tym, że kiedy wy jecie śniadanie, to generał z dołu rzyga po wczorajszym chlaniu, poza tym chwilowo mamy pokój, więc on też de facto się opierdala. No i w końcu, opuszczając podwórko, spójrzcie przez ramię na sąsiadów przez ścianę, którzy właśnie na tarasie zaczynają rozpijać poranne prosecco. I z tymi obrazami w głowie pójdźcie do pracy.

Ale nie to jest najgorsze. Z próżniaczym życiem ludzi młodych i pięknych (jak my) jeszcze jakoś można się pogodzić, zracjonalizować sobie, że przecież skoro są piękni, to muszą być bogaci, czy coś w tym stylu. No ale ci zza ściany to jakieś wieśnioki! On totalnie byle jaki, wygląda jakby właśnie skończył grzebać w kubłach na śmieci. Ona brzydka i zezowata. No i mieszka tam też albo dwubiegunówka, albo alkoholizm. Kiedy jest awantura, latają naprawdę ciężkie przedmioty, których huk niesie się po całym budynku. Raz nawet przyszła do nas policja, wypytywać, czy za ścianą działo się coś złego, czy było słychać uderzenia. Ze zwykłej ludzkiej solidarności wrzasnąłem:

— Nie mam zielonego pojęcia, widzi pan, właśnie oglądamy „Gwiezdne wojny”, tam co chwila coś dudni!

No i zapomniałem dodać, że ta zezowata jest popierdolona. Zadzwoniła do mnie raz, zanim się jeszcze wprowadziłem i od tej pory nie mam chęci z nią rozmawiać.

Jakaż więc była nasza radość, kiedy okazało się, że wystawili lokum na sprzedaż. Radość, która przerodziła się w zdumienie, kiedy odnaleźliśmy zdjęcia tegoż mieszkania na jakimś butikpropertiz. Urządzone naprawdę gustownie. Bogato. Z najlepszych materiałów. Z najdroższym parkietem. Z wanną w sypialni (czemuż my, regularnie się pierdolący nie mamy wanny w sypialni, a ta para wieśnioków, regularnie napierdalająca się – ma? No gdzie tu logika?), wyspą w kuchni, koronami drzew na tarasie i, czy jeszcze dalej wyliczać mam?

— Skąd oni mają na to pieniądze? — westchnęła moja żona.

Przecież nie z picia prosecco na tarasie? No i jakby tego było mało, wczoraj usłyszała jeszcze, jak zezowata darła się na korytarzu na jakiegoś kuriera i nie omieszkała go poinformować:

— Mamy trzy mieszkania!!!

Mają trzy mieszkania, rozumiecie? To pewnie jest najbrzydsze, więc co się dziwić, że chcą sprzedać... Tak więc jeśli chcecie mieć Oranvaga za sąsiada, to wyskakujcie z dwóch banieczek i wpadajcie po cukier!

I’ve seen things you people wouldn’t believe

oranvag

Córcia już od dawna Sylwestry woli spędzać z dziadkami, a syncio od tego roku – w towarzystwie czterech dziewcząt, tak więc ta noc należała w całości do nas i spędziliśmy jej pierwszą część podróżując po Warszawie w sensie hofmannowskim.

— Myślisz, że nie będą tam robić nic głupiego? — zastanawiała się moja żona i te wątpliwości były absolutnie uzasadnione, z racji tego, że byli w pięcioro w pustej chacie, syncio jest tak zwanym ciachem, a do czego zdolne są czternastoletnie dziewczęta to ja też wiem, pomimo, że staram się nie pamiętać…

— W sensie coś jakby reverse-gangbang? — zapytałem.

Wyszliśmy właśnie z Koszyków, gdzie trwała dość fajna impreza, której minusem było jedynie to, że nie szło dopchać się do baru. Jeszcze chwilę temu zakładałem, że aby dotrzeć o północy na Plac Bankowy powinniśmy wyruszyć nieco po jedenastej, teraz jednak nagły przypływ energii i przyjemny niepokój w nogach sprawiał, że byłem pewien, że spokojnie dojdziemy w pół godziny. Czemu akurat tam? Ano dlatego, że żona, która czyta polskojęzyczną prasę, wyczytała, że zamiast fajerwerków będzie pokaz laserów, a lasery w tym stanie to coś fantastycznego, wiemy o tym, bo byliśmy na Audioriver, kiedy grał Pretty Lights i była to jedna z najlepszych rzeczy, które można zobaczyć przy otwartych oczach. Niestety, po dotarciu na miejsce okazało się, że warszawskie lasery mają się do prettylajtsowych tak, jak rżysko do dżungli amazońskiej, a jakby tego było mało, chwilę po północy z głośników wydobyła się zapowiedź, która na chwilę zmroziła krew w moich żyłach:

— A TERAZ DLA PAŃSTWA WYSTĄPI ANDRZEJ PIASECZNY!!!

Chwyciłem więc żonę za rękę i starając się nie pogubić nóg i nie wpaść na zataczających się Ukraińców, holowałem ją żwawo, aby jak najszybciej opuścić strefę rażenia.

— Czy Andrzej Piaseczny to przypadkiem… — wysapałem.

— Piasek? — dokończyła żona — tak!

— Ojakurwapierdolę. No jak tak, kurwa, można?!

Popędziliśmy w stronę Starego Miasta, Nike Zwycięska to nieziemsko piękny pomnik i to z każdej strony, po czym dotarliśmy na Plac Zamkowy, gdzie stroboskopowe oświetlenie zapewniała ukochana policja, a efekty dźwiękowe – zachrypnięci i zionący wódką Ukraińcy. Szybko więc wzdłuż murów poszliśmy mniej uczęszczanymi szlakami w stronę Rynku, na którym Ukraińcy pili grzane wino i zajadali kiełbasę. Pokręciliśmy się jeszcze tu i ówdzie, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną, Traktem Królewskim, udekorowanym milionem światełek przez Ferrero Rocher pod kierownictwem Gaspara Noé, starając się, aby nie skręcić sobie karku od zadzierania głów ku rozświetlonemu na złoto dachowi ulicy i usuwając się z drogi większym grupom pijanych Ukraińców.

— Ale pięknie, pięknie! — mówiła co chwila moja żona.

— Następnym razem, kiedy zobaczysz świetliste tunele, pełne kolorowych gwiazdek, to będziesz miała ochotę na Ferrero Rocher! — zawieszczyłem.
— Czy ci wszyscy ludzie są naprawdę tacy brzydcy, czy tylko dlatego, że morfują im twarze? — zapytała mnie żona chwilę potem, kiedy prawie stratowała nas grupa ukraińskich robotników, wyglądających jak orkowie z Mordoru odziani w ortalionowe dresy.

— Myślę, że naprawdę tak wyglądają, choć nie mam stuprocentowej pewności.

— Ty wyglądasz normalnie…

— Ty też!

— Dziękuję…

Wreszcie minęliśmy Plac Trzech Krzyży i przeszliśmy pogrążoną we śnie Mokotowską (dla osób spoza Warszawy – najelegantsza ulica z najdroższymi butikami), której ciszę zakłócały jedynie gromkie porykiwania wydawane z siebie przez nie do końca trzeźwego osobnika:

— Dajcie mi, kurwa, Ankę do telefonu! Słyszycie?! Jesteście kurwy i ciągniecie ją na dno! Jebać was, kurwy! Ja na to, kurwa, nie pozwolę!!! Dajcie Ankę do telefonu, bo tam, kurwa, do was pojadę i wam wszystkim spuszczę wpierdol, głupie zdziry!...

— Aaaach — westchnęła moja żona — jak to dobrze w końcu usłyszeć kogoś mówiącego po polsku…

Nieznośna szybkość czasu

oranvag

Gdzieś na początku tego tygodnia, podczas trzysta któregoś pospiesznego śniadania w tym roku, naszła nas po raz kolejny refleksja, jakże szybko on minął.

— A dla mnie to był najdłuższy rok! — zaprotestowała córcia.

No więc jąłem jej wyjaśniać, jak to jest z tym przyspieszaniem czasu, że jak będzie rosnąć, to sama zobaczy, że kiedy byliśmy mali, to też nam się wakacje ciągnęły w nieskończoność, ale potem się dorasta i wszystko niespodziewanie zaczyna lecieć, wziuuuu, na złamanie karku i…

— No, ja już zauważyłem, że czas zaczął płynąć szybciej — wszedł mi w słowo syncio.

— Właśnie! I ani się obejrzysz, a ludzie zaczną do ciebie mówić per pan, i będziesz zdziwiony, jak Mae w „Night in the Woods”! — pokiwałem smutno głową.

Kiedy chwilę później (wieczorem) wróciłem po treningu do domu, syncia jeszcze nie było, ponieważ, będąc wybitnie uzdolnionym matematycznie, zaczął uczęszczać na sponsorowane przez Unię zajęcia informatyczno-matematyczne, prowadzone przez jedną ze szkół wyższych. Poszedł oczywiście niechętnie, ale trochę go wcześniej dopingowałem, mówiąc, że studia czekają go (miejmy nadzieję) lada chwila, a on już teraz może przekonać się, że akademiccy nauczyciele i zajęcia wyglądają zupełnie, ale to zupełnie inaczej, niż szkoła.

Pojawił się trochę po ósmej, z torbą gadżetów.

— I jak — pytam, gdy stanął w drzwiach — fajnie było?

— Nooo! — odpowiedział, po czym rozpinając kurtkę stanął na środku salonu i pełnym zdziwienia głosem dodał — a wiecie, że mówią tam do nas per „pan”?

A mury runą

oranvag

Jeśli zdarzy się Wam przeczytać ten wpis w poniedziałek lub wtorek i do tego mieszkacie w Warszawie, to nie jest jeszcze za późno, aby iść do przeuroczego zamku Ujazdowskiego na prawie-premierową projekcję filmu „Podziemie nadziei” (w ramach festiwalu Watch Docs), o ludziach leczących się skutecznie (bądź nie) marihuaną i olejem konopnym, w warunkach naszego swojskiego, totalitarnego reżimu. Po sobotniej projekcji ktoś opowiedział, z resztą, że w zeszłym tygodniu antyterroryści otworzyli materiałami wybuchowymi drzwi do mieszkania i skuli niczym bandytę mieszkającego w nim głuchoniemego inwalidę, który w domu posiadał dwa krzaki. A w ośmiomilionowym Izraelu, za symboliczną opłatę, państwowa służba zdrowia leczy trzydzieści tysięcy osób. I choć mogą poruszyć was obrazy cierpiących dzieci oraz historie tych, którzy ostatecznie polegli, nic tak w tym filmie nie wali po głowie, jak otwierająca go i zamykająca wypowiedź faceta, którego kiedyś nazwano zerem (a było to, jak wiemy, zdecydowanie zawyżone szacowanie), a którego nie wypadałoby nazwać bodaj skurwysynem, bo to by była straszliwa obraza dla każdej, nawet najbardziej zeszmaconej, kurwy. Roztropek powiedział coś w stylu, że „marihuana to uzależnienie i śmierć” oraz że „Jan K. pod wpływem marihuany zamordował matkę i udusił siostrę”. I choć z jednej strony wiemy, że prędzej można się spodziewać usłyszenia czegoś sensownego od schizofrenika podczas silnego nawrotu choroby, niż z ust tego pana, kiedy jest trzeźwy, to jednak złość pozostaje i tli się potem przez wiele dni.
Więc, fuuu, fuuu, przeganiamy ten obraz z naszej głowy i oblewamy tego pana moczem, takim z porannej pobudki, w którym rozpuszcza się szybko i bezgłośnie, tak bez śladu, że możemy śmiało powiedzieć, że ten pan nigdy więcej już nikogo nie wkurwi, i próbujemy przenieść się do krainy, w której marihuana jest niczym chleb, niczym kubek porannej kawy. Z powrotem na Boom.
Jeśli by wierzyć temu panu, z każdą chwilą mocniej rozpuszczającemu się w kałuży naszych sików, to czterdzieści tysięcy osób zażywających marihuanę, LSD, extasy, podtlenek azotu i DMT powinno, pod wpływem tych śmiertelnie groźnych substancji, niechybnie wpaść w krwawy amok i urządzić polowania na nielicznych trzeźwych, niczym w amerykańskim filmie o zombich. A czy muszę tłumaczyć, jak było w rzeczywistości? Ponieważ alkohol był prawie nieobecny (drobne ilości kosztowały niedorzeczne sumy), ani razu nie byliśmy świadkami agresji. Wymienione wcześniej, śmiertelnie groźne substancje, powodowały, że każdy się uśmiechał, wyciągał rękę, gotów był pomóc, poczęstować, podzielić miłością, wodą ze spryskiwacza, czy kęsem strawy. Przez tydzień zostawiałem cyfrową lustrzankę w namiocie, nikomu nie przyszło do głowy jej ukraść. Po zakończeniu festiwalu, w biurze rzeczy znalezionych, ludziom zwracano zagubione portfele, grube od banknotów i z wszystkimi dokumentami, nie brakło także porzuconych, pod wpływem bóg wie jakich uniesień, lustrzanek. Jeśli bylibyśmy na Boomie z małym dzieckiem i gdzieś by się zawieruszyło, to ani przez chwilę nie balibyśmy, że w tej nieprawdopodobnej ciżbie, coś mu się może stać! Eeeech, gdybyż świat cały wyglądał jak Boomland! Miłość, dobro, współczucie, szacunek. Oto zagrożenia płynące z rekreacyjnego użycia narkotyków…

W wielu normalnych krajach otwarcie dostępu do medycznego zastosowania marihuany było wyłomem, który rozerwał tamę i przywrócił normalność – swobodny, niegrożący prawnymi konsekwencjami dostęp do używek, których nielegalność w obliczu pełnej legalności czegoś tak niebezpiecznego jak alkohol, jest chyba największym przejawem hipokryzji, jaki można sobie wyobrazić. „Podziemie nadziei” dłubie w tym wyłomie i miejmy nadzieję, że wyłom zaraz wystrzeli silną strugą, która skruszy ten niedorzeczny mur głupoty. Nie przegapcie tego momentu.

Jeszcze w kwestii córci

oranvag

Specjalnie dla Salmiaki, która do przedostatniej notatki nie zdawała sobie sprawy, że piszę tu o dwójce dzieci, garść informacji o Córci, od narodzin aż do dnia dzisiejszego.

Była sobota rano, kiedy zauważyłem wody płodowe na kafelkach w kuchni, gdzie stała żona, ponieważ tam jest jej miejsce.

— Pora jechać powiedziałem — po czym szybko wzięliśmy Syncia, a w drodze do szpitala zadzwoniliśmy po babkę, aby nie pałętał się sam podczas rodzenia, które w jego wypadku trwało trzynaście godzin, jeśli dobrze pamiętam.

— Kiedy mam przyjechać? — zapytała babka.

— Już!!! — odpowiedzieliśmy.

Tak więc chwilę potem Syncio stał na przystanku z babką w celu odtransportowania do dziadków, i czekał na tramwaj i w tym właśnie momencie już dzwoniliśmy do nich, że Córcia się urodziła. Gdybyż z taką szybkością wychodziła codziennie do szkoły… Ale nie wyprzedzajmy wydarzeń.

Na świat przyszła niby prawie idealna cielesna kopia Syncia, z tą samą burzą czarnych włosów i niebieskimi oczyma, które od samego początku ciekawie rozglądały się dookoła, a gdy w końcu wróciliśmy do domu, to najchętniej i najdłużej zatrzymywały się na naszej sporej biblioteczce z książkami, co już mogło sugerować, że charakterem jednak diametralnie się różnią, bo Syncio książki trzyma na dystans. To był poniedziałek.

We wtorek zaczęła unosić głowę, podpierać się na łokciach i spoglądać na nas wzrokiem młodej lwicy spod czarnej, potarganej grzywy.

W środę zaczęła gaworzyć.

W czwartek – siadać.

W piątek – wypowiadać różne słowa.

W sobotę chodziła bez podpierania.

W niedzielę mówiła całymi zdaniami, choć niekoniecznie używając prawdziwych słów.

W poniedziałek tańczyła jak mała księżniczka

A we wtorek zaczęła nam pyskować i robi to do dziś.

Od kilku lat dzielnie staram się nie wykonywać wszystkich jej rozkazów, choć nie jest to łatwe. Żona już się poddała.

Od kilku lat nie martwię się, że kiedyś reżim może zablokować Wikipedię, bo Córcia wie wszystko. I do tego lepiej niż wszyscy inni. Zwłaszcza my, rodzice.

Jeżeli na coś się uprze, to nie ma na świecie siły, która byłaby w stanie na nią wpłynąć i przekonać do czegoś innego.

A poza tym świetnie, tańczy, rysuje, pływa, recytuje, jeździ na nartach, wydaje rozkacy i kopie z półobrotu. Szkolne testy rozwiązuje bezbłędnie. I mówi, przede wszystkim – dużo mówi.

I kiedy tak mówi, to ja na przykład jestem w stanie zrobić parę głębokich wdechów i rozpocząć emigrację wewnętrzną. Ale żona tego nie potrafi i gdy znajdzie się już na skraju załamania nerwowego, to krzyczy tylko rozdzierająco:

— Córuś! Proszę! Błagam cię!!! Przestań mówić!!!... Choć na chwilę…

P.S.: Boom podał oficjalną datę spotkania w 2020. Jeszcze tylko sześćset trzynaście dni. Czuję, że Córcia zrobi furorę w Świątyni Tańca.

Wake me up when November ends!!!

oranvag

Dlaczego na edukację seksualną (a nadmienić należy, że umieć się pierdolić przystoi każdemu człowiekowi, nie tylko kulturalnemu) rodzic musi wyrażać zgodę, a te obserane patriobzdury szkoła może wciskać do głowy memu młodszemu i podatnemu na nie dziecku bez pytania mnie o zgodę? Hę?

Córcia kolejny tydzień wyśpiewuje mi o pierwszych brygadach, salutujących drzewach i panienkach, które zapraszają ułanów na nocleg. Próbowałem otworzyć jej oczy na zagrożenia płynące z ułańskiego promiskuityzmu, puszczając „Zoisę i ułanów”:

A gdy już skończone boje,
wodzi Zosia dziecię swoje
Na kurhanek w polu świeży,
gdzie tatusiów szwadron leży.

ale nie jestem do końca przekonany, że cokolwiek do niej dotarło. Wczoraj w drodze z basenu znów dostałem wykład:

— …Polska jest niepodległa, to znaczy, że sama może decydować o wszystkim i nikogo nie musi słuchać — wyjaśniła mi na Rondzie Jazdy Polskiej.

— Taaaak, właśnie dlatego, kiedy Ameryka mówi „Skaczcie!”, to Polska pyta „jak wysoko?”… — wycedziłem przez zęby.

— Polski nie było przez sto dwadzieścia trzy lata, bo Rosja i jakieś inne kraje zabrały sobie jej części… — ciągnęła na Placu Zbawiciela.

— Zabrały sobie, bo Polską rządziła banda powalonych kretynów, zupełnie jak teraz, więc zabranie było banalnie proste!

— Państwa, które z nami graniczą tylko czekają, aż Polska osłabnie, żeby znów nam coś zabrać — zdradziła mi na Placu Konstytucji.

— Obyśmy trafili do czeskiego zaboru… — westchnąłem, zastanawiając się, czy może aby nie mam gdzieś jeszcze skitranej jakiejś odrobinki tego, co w Czechach wolno, a w Niepodległej zagrożone jest wieloletnim więzieniem…

Pełni, w stosunku fifty-fifty, patriotycznego uniesienia i patriotycznych mdłości, dotarliśmy do domu, gdzie córcia musiała odrobić jeszcze kupę lekcji, w efekcie czego położyła się do łóżka koło jedenastej, więc, rzecz jasna, rano żona nie była w stanie jej obudzić. Dała za wygraną po trzeciej próbie.

— Weź, może ty spróbuj? — zaproponowała.

Poszedłem cichutko do jej pokoju, stanąłem nad łóżkiem na szeroko rozstawionych nogach i tubalnym głosem ryknąłem:

— PIERWSZA BRYGADA, WKŁADAĆ SZARY STRÓJ I WSTAWAĆ, PRZELEWAĆ KREW!!!

(świeżo malowane) piosenki o przedmiotach codziennego użytku, część 2 – „Losing my religion”

oranvag

Może coś w tym jest, że niewierzący wypełniają swoją pustkę duchową czymś innym? Mi, na przykład, z tej pustki, ma się rozumieć, zdarza się czcić przedmioty, i o ile dobrze pamiętam, mam przynajmniej dwa takie fetysze. Pierwszy ma światło 1,2 i piękny bokeh. Nazywam go „Świętym Graalem” i gdy kończę go używać, to z nabożeństwem umieszczam go z powrotem w woreczku, w którym został dostarczony… no i to w zasadzie wszystko, co można na jego temat napisać, resztę trzeba po prostu zobaczyć, a muszę dodać, że czynię niem obrazy tego, co jest na niebie wysoko, oraz tego, co jest na ziemi nisko, a nawet tego, co jest w wodach pod ziemią! Oddaję mu pokłon i poniekąd mu służę, targając jego niedorzeczny ciężar. Nie za często jednak, bo ileż można robić zdjęć, na których źrenica jest ostra, a końcówki rzęs już nie?
Jeśli zaś chodzi o drugi, to od kiedy pierwszy raz spłynęła na mnie jego łaska, pewien byłem, że nigdy więcej nie będę miał cudzych bogów przed nim. Dokładnie tak było, kiedy ileś lat temu nazad wyjąłem z uszu tę dwuarmaturową boską doskonałość i zadzwoniłem do wujka, czy mogę je kupić na jego firmę (ponieważ były tak niedorzecznie drogie).

Czy zastanawialiście się kiedy, jak słyszą ludzie w aparatach słuchowych? Otóż, jeśli aparaty słuchowe są robione tak, jak te słuchawki, zaprojektowane przez producenta aparatów, to trzeba przypuszczać, że słyszą nielicho. Szwajcarska firma Phonak postanowiła pewnego razu wypuścić dwa modele słuchawek dokanałowych – jeden grający świetnie i stosunkowo tani, drugi grający obłędnie i dość drogi. „What Hi-Fi?” napisał o nich, że brzmią wspaniale, „jednak nawet ta wspaniałość nie uzasadnia niedorzecznej ceny”. A zdaje się, że w planach Phonaka zakup miał być dopiero początkiem zarabiania na audioholikach, ponieważ oba modele słuchawek wymagały pewnej gamy elementów eksploatacyjnych, takich jak wymienne filtry służące do dostosowywania dźwięku do własnych upodobań (a które z czasem zatykały się woskowiną), zapasowych kabli, bo te niestety lubiły pękać przy złączach (niestandardowych, więc nieopłacalnych do podrobienia) i termoelastycznych tipsów, także niestandardowych. A to pewnie jeszcze nie koniec, bo szef firmy dowcipkował, że „najpierw popsujemy ci słuch naszymi słuchawkami”, a „potem wciśniemy ci nasz aparat słuchowy”… Wieść o niesamowitych słuchawkach oczywiście roznosiła się jak błyskawica i oba modele sprzedawały się jak ciepłe bułeczki, jakież więc było zdziwienie złotouchych, kiedy pewnego dnia Phonak ogłosił, że… jednak nie chce mu się więcej robić słuchawek i nabrał wody w usta. Do dziś wszyscy łamią sobie głowę, co poszło nie tak.

A ja cóż? Pierwszą wymiankę kabla na gwarancji zapewnił mi polski dystrybutor. Drugą przysłał mi Phonak ze Szwajcarii, po tym jak wysmażyłem im chwytającą za serce epistołę ozdobioną łzami, a potem to już chuchałem i dmuchałem i używałem ich tylko w sterylnych i bezpiecznych warunkach domowego ogniska, a podczas hiperprzestrzennych podróży, w różnych dalekich krajach, zadowalając się mniej zużytym… tańszym modelem Phonaków, jednak to nie było to samo. Kto raz posłuchał tamtych, ten już nigdy nie mógł znaleźć ukojenia w innych…

— Wiem o czym pan mówi — powiedział mi sprzedawca w pewnym sklepie audio z odsłuchem dokanałówek — przychodzi tu masa ludzi, która miała kiedyś te słuchawki i teraz wszystko dla nich źle gra. Nie mogą się przyzwyczaić do innych. Pan może próbować, ale to beznadziejna sytuacja.

Bo one po prostu grają bosko: perliście niczym diamentowe dzwoneczki w sopranach, pluszowo w średnicy i tłusto, niczym najtłustsze subwoofery, w basach. Kiedy się ich słucha z zamkniętymi oczyma, przenoszą do zadymionych knajp z jazzem, najwspanialszych filharmonii z Glassem, obłędnie rezonujących kościołów u Chesky’ego, syntetycznych przestrzeni wypełnionych elektroniką i tak dalej, i tak dalej, a wszystko pełne tej perlistości i basowego pomruku.

— No właśnie — powiedział mi, innego dnia, pracownik cenionego producenta customów, zwracając mi naprawiony kabel — bo widzi pan, Phonaki miały bardzo pieczołowicie zaprojektowane wnętrze, ustawienie armatur, także wyloty obudowy mają niestandardową średnicę, to też było świadomą decyzją mającą podbić jakość pewnych częstotliwości. Przychodzi do nas masa ludzi, którzy chcą je naprawiać, bo nie mogą się przyzwyczaić do innych, ale tego się po prostu nie da odtworzyć. Życzę powodzenia w znalezieniu czegoś, co się spodoba…

No i tułałem się potem, to tu, to tam, słuchając jakichś fałszywych bogów, a to z basem dudniącym, i bez diamentowej perlistości, a to dźwięczną górą, lecz basem bez polotu, lub też basem porywającym i resztą zupełnie kiepską, było tego trochę, a nic z tego nie wywołało tego westchnienia zdumienia i zachwytu, które wyrwało mi się z piersi, gdy pierwszy raz usłyszałem, jak grają boskie Phonaki. Aż pewnego dnia w tym samym sklepie, w którym je kupiłem, przemiły sprzedawca zapytał:

— A czy słuchał pan…?

Nie, nie słuchałem jeszcze. Ale kiedy tylko przełączyłem się między starymi, dobrymi Phonakami i tymi nowymi, stało coś przedziwnego – tak jakby dźwięk dotąd dobiegający zza lekkiej przezroczystej koronkowej bielizny, zrzucił ją i ukazał się w całej swej nagiej doskonałości. Tak jakby orkiestra grająca za cienką tiulową firanką nagle została odsłonięta i uderzyła w uszy całą gamą drobniusieńkich niuansów, dotąd skrytych. Jakby tego było mało – scena poszerzyła się i rozciągnęła daleko poza głowę, praktycznie niwelując świadomość, że mam cokolwiek w uszach.

Cóż. Tańsze Phonaki oddałem synciowi, a te droższe stały się podróżnymi. Jakże słodko będzie słuchać ich soczystego basu pośród rozbuchanych fraktali, na plażach obcych lądów!

Tak więc „Przenajświętsze Słuchawki Orana” mają teraz pięć armatur, grają bosko no i są dwa razy droższe od Phonaków.

— Ale tak brzydkie, ze nikt ci ich raczej nie ukradnie — uspokoiła mnie moja zona.

Kura mądrzejsza od jajka

oranvag

Do niedawna nawet nie zdawałem sobie sprawy z ogromu mojej ignorancji na temat wszystkiego co leży poniżej mojej głowy. Niby każdy wie, że są tam jakieś mięśnie i że nieużywane zanikają. Nieliczni może wiedzą także, że nierozciągane się spinają. Ja na przykład tego nie wiedziałem, choć do myślenia powinien dać mi fakt, że były czasy, gdy wkładając marynarkę, byłem w stanie wygiąć obie ręce do tyłu. Gdyby nie mój osobisty trener, wyjątkowy profesjonalista i człowiek niezwykle spostrzegawczy, nadal wkładałbym ją przez głowę, albo od dołu.

Ileż to ja spędziłem godzin wałkując moje skamieniałe mięśnie wałkami, byczymi jajami, piłeczkami golfowymi i tym podobnymi narzędziami tortur? Jak bardzo zdarłem sobie gardło rycząc na całą siłownię, kiedy on rozbijał mi mięśnie swoimi łokciami albo brutalnymi uszczypnięciami umięśnionych łap, tudzież wciskanymi to tu, to tam palcami? I czemu, na litość boską, nie mówią nam, jak trzeba dbać o mięśnie na wuefie?

— Mnie tego nie mówili nawet na awuefie — odpowiedział na moje retoryczne pytanie mój osobisty kat — tego wszystkiego dowiedziałem się po studiach.

Raz pokazał mi jakąś taśmę, która zaczyna się za uchem i biegnie sobie aż do dołu i kiedy się ją rozmasuje, to można mocniej zadrzeć nogę. Jako sceptyk nie wierzyłem, ale zaprezentował mi to. Na mnie. Byłem pod wrażeniem. Innym razem z kolei pracowaliśmy nad powięzią…

— A co to jest powięź? — zapytałem, bo pierwszy raz słyszałem to słowo (normalnie zajrzałbym do Wikipedii, no ale mojego trenera nie wstydzę się pytać).

— Taka struktura z tkanki łącznej i włóknistej, oplatająca wszystkie mięśnie.

— No coś takiego! Czemu tego nie mówią na wuefie?

— Mnie tego nie mówili nawet na awuefie. Po studiach się dowiedziałem.

Ha! Wiedza to władza! Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak szybko okaże się przydatna!

Doczołgałem się do domu i zastałem syncia pykającego w telefonik, a powinien był siedzieć z książką od biologii, i zakuwać do klasówki z mięśni.

— Czemu się nie uczysz? — pytam go.

— Bo już wszystko umiem.

— Czy aby na pewno?

— Na pewno!

— No to jedno pytanie z mięśni i jak nie odpowiesz, zabieram telefon!

— Okej.

— Dobra. Co to jest powięź?

Wpis numer sto

oranvag

* (od wznowienia tego bloga po ponownym przejęciu władzy przez partię narodowo-socjalistyczną)

Wiele, wiele lat temu, będąc incognito na jakimś tam forum totalnie niezwiązanym z niczym, co by mnie w jakikolwiek sposób interesowało, natrafiłem w pewnym wątku na wypowiedź, która kończyła się mniej więcej tak: „a i zajrzyj do oranvaga, kolejny mocny wpis, zakończony, jak zwykle równoczesnym orgazmem” i wtedy zupełnie tego nie poczułem, ale potem na innym blogu jedna blogerka stwierdziła, że równoczesny orgazm jest jak jednorożec – wszyscy o nim słyszeli, ale nikt nie widział, i zdałem sobie sprawę, że polecający oranvaga musiał pisać sarkastycznie. No i żal mi się zrobiło biedaków, dla których de facto najfajniejsza rzecz w seksie jest jakąś tam ułudą i science-fiction. Gdyby w szkole uczono tego co najważniejsze, a więc TECHNIK RUCHANIA, a nie jakiegoś tam pierdu-pierdu, „wychowanie do życia w rodzinie”, jestem przekonany, że w klasyfikacji ocenowej nie powinien mieć szans NA CZWÓRKĘ nikt, kto równoczesnego orgazmu nie doświadcza. Tako rzekłem.

To naprawdę nie jest wielka filozofia, tyle że trzeba chcieć, uczyć się i ćwiczyć, a nie zakładać, że jak się rozłoży uda i parę razy wetknie i wyjmie fujarę z cipy i on dojdzie za wcześnie a ona z późno (lub co wcale nie jest takie rzadkie – odwrotnie), albo rozminą się o pięć sekund, to znaczy, że to tylko legenda. O, nie! Równoczesny orgazm to nie szkoła wyższa, ale gimnazjum seksu! Więc należy zakasać napletki i do roboty!

Oczywiście, tak jak nie zawsze udaje się przebić na DMT, tak nie zawsze udaje się osiągnąć ten punkt w idealnej synchronizacji. Wiadomo: po pierwsze – potrzeba skupienia zogniskowanego gdzieś pomiędzy. Po drugie – nastrojenia się na optymalne wibracje, będące zapewne harmonicznymi bądź wielokrotnościami drgań funkcji falowej całego wszechświata, po trzecie – utrzymywać rytm i wyhamowywać nieco na samym skraju, aby jeszcze mocniej podbić i zmagazynować energię, aż wreszcie po czwarte – poczuć, jak cała rzeczywistość, łącznie z pokojem, meblami i twoim ciałem zaczyna się rozpływać i coś jakby nikła poświata tego przenikliwego, białego światła, o którym pisał Timothy Leary, spływa na tę jaśniejącą cząstkę, która jeszcze chwilę była wami, ale stopiła się w jedno, czy też może to coś, co było wami unosi się gdzieś tam w górę do tej wielkiej świetlistości… i… stajecie się jednym, ze sobą, z czasem, ze wszechświatem… Mniej więcej tak jak ja i moja żona, wczoraj.

A może i na trzecie – któż to wie?

oranvag

Żona pyta mnie od czasu do czasu, czy jesteśmy już starzy, a ja jej odpowiadam, że starym jest się, kiedy czuje się starym. Z resztą – mamy jedno dziecko w drugiej klasie podstawówki, czy możemy być starzy?! A poza tym, z ciałem pełnym tych mięśni, wyglądam lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, więc, po raz kolejny pytam, czy mogę być stary? I nie, Salmiaki musiała mnie z kimś pomylić, ponieważ w roku bieżącym w styczniu hasałem na słonecznych stokach Val di Sole, a w maju w pluskałem w błękitnych wodach Kos, więc do Boomu nie dałem opaleniźnie szans na zblednięcie, więc moje umięśnione ciało jest opalone i młode. I nie mogę być stary, ponieważ starzy ludzie ciągle mówią o swoich lekarzach i narządach wewnętrznych, i to zwykle tych, których funkcja jest już zupełnie niejasna, narządach o śmiesznych nazwach, takich jak „trzustka”, „grasica”, „tarczyca”, „woreczek” albo „szyszynka”.

Starzy ludzie powtarzają też w kółko, jak czas szybko leci. W urodziny zadzwoniła do mnie mama i powiedziała, że jeśli chodzi o jej czterdzieste trzecie, to jeszcze (a może już?) doskonale pamięta tamte czasy – przygotowywałem się do matury, a potem szast-prast i o – minęło dwadzieścia pięć lat i nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, jak czas szybko leci.

Ależ oczywiście, że zdaję! Chwilę temu pisałem na tym blogu, że Syncio nie dostał się do tego gimnazjum, do którego chciał, a on je zaraz kończy! Ale wracając do okresu, który pamięta moja matka – miałem te osiemnaście lat, napisałem sobie maturkę, poszedłem na studia i pierwszą osobą, którą tam spotkałem, okazała się moja żona, choć tu trzeba dodać, że po ślubie jesteśmy ledwie osiemnaście lat, więc jeśli ktoś jest biegły w rachunkach, zaraz dojdzie, że coś tu nie gra. Szast-prast! i minęło! Z resztą, z okazji tej pełnoletniości sakramentalnego związku miałem machnąć jeden cały wpis, ale że pielęgnowałem wtedy boomową opaleniznę w Dębkach, byłem zbyt rozleniwiony i chuj z tych chęci wyszedł. Może machnę jakiś wpis na dwudziestą rocznicę, to będzie w końcu za dwa lata, więc ani się obejrzeć. Ale ponieważ będziemy wtedy zapewne we czwórkę na Boomie, z syndromem amotywacyjnym, pewnie tego wpisu też nic nie wyjdzie, więc może zrobię to przy okazji, w następnym wpisie, o ile nie zapomnę.

Wracając jednak do jubileuszu. Największą niespodziankę na czterdzieste trzecie urodziny zrobił mi mój gastroenterolog. Powiedział, że może w końcu wytną mi ten woreczek, który tak bolał mnie dwa lata temu.

Jak w kalejdoskpie

oranvag

Po dwóch dniach aklimatyzacji, o których pisano chyba we wszystkich relacjach z Booma, przestaliśmy się miotać w upale, a zaczęliśmy po prostu cieszyć wszystkim, co psychodeliczna utopia miała do zaoferowania. Wróć – nie wszystkim, a drobniutką cząstką tego, co miała do zaoferowania, ponieważ w Boomlandzie rzeczy dzieją się o każdej porze w każdym miejscu, tak więc ani rower, ani LSD nie umożliwią zobaczenia WSZYSTKIEGO. Trzeba się z tym po prostu pogodzić i nie biegać kilometrów w upale, z wywieszonym jęzorem, szukając przygód, ale po prostu pozwolić, aby to przygody odnajdywały ciebie. Może będą to prześliczne wróżki, które nagle wyłonią się z krzaków, w całej swojej dwuipółmetrowej okazałości? Może gliniana rzeźba, której jeszcze wczoraj nie było? Może sadzawka, która w dzień zdawała się tylko elementem wokół którego posadzono zachwycającą kompozycję roślinną, w nocy okaże się miejscem orgiastycznych schadzek ogarniętych żądzą żab (niechybnie także specjalnie tam umieszczonych), których ochrypłe nawoływania zagłuszają nawet basowy tętent dobiegający ze Świątyni Tańca (cóż za cudowny przystanek, gdy jesteś na kwasie i ogarnia cię refleksja, że och, ach, wokół tego kręci się świat, odwieczne koło życia, zaloty, potomstwo i znów kumkanie i zaloty…), może pani, która nie tak znów daleko od brzegu jeziora postanawia dosiąść swojego pana dryfującego na dużym, dmuchanym kole, otrzymująca burzę oklasków, kiedy w chwili wyjątkowej namiętności spada do wody, a może subtelniusie zaloty jakiegoś chłopca, który wynajął mały samolot aby powlec za nim po niebie taśmę z napisem: „CHCĘ BYĆ TWOIM JEDNOROŻCEM, MARIO”, może urocze hamaki w koronach drzew, pod lnianym dachem, z magnetycznym widokiem na jezioro i półwysep, może Muzeum Sztuki Wizyjnej wypełnione obrazami przedstawiającymi rzeczy, które widziałeś dotąd tylko za zamkniętymi powiekami, z publicznością, która na trybunach podziwia powstawanie potretu starej szamanki, może ceremonia przyjmowania DMT na plaży, prowadzona przez wyglądającego jak dżinn uzdrowiciela, podczas zaćmienia księżyca, który niczym oliwkowa kula surrealnie i niepokojąco wisi nad horyzontem, może to że Mulatu Astatke zaczyna koncert od twojego ulubionego utworu, którego wcale nie było na ścieżce dźwiękowej „Broken Flowers”, a w którym zakochałeś się podczas innej kwaśnej podróży, w innym gorącym miejscu, może naekstazowani wariaci w średnim wieku, udający, że są twoimi znajomymi, może zajęcia z jogi, na których okazuje się, że właściwie, to nie jesteś jeszcze w ogóle ani trochę rozciągnięty, może ekstatyczny Eat Static, sprawiający swoim rytmem, że zamiast radośnie halucynować w hamaku, zrywasz się i pędzisz do Świątyni aby pląsać, skakać i podrygiwać, podczas gdy inżynier oświetlenia, pociągając z wielkiego bonga zamienia psychoneogotyckie filary i żebrowania w ajahuaskowe wizualizacje, może wreszcie tak prosta i drobna przyjemność, jak powrót do wody, która dała nam życie i z której wszyscy wyszliśmy, woda w której traci się na wadze dokładnie tyle, ile waży objętość wyparta przez nasze ciała, można więc bez zupełnego wysiłku, na stojąco, jedynie lekko chwyciwszy pośladki unosić je rytmicznie, to w górę, to w dół…

— No bo — powiedziała moja żona — w zasadzie napisali tylko żeby do jeziora nie srać i nie szczać, nie wspominali nic, że nie wolno ejakulować…

I masa, masa innych rzeczy, i masa, masa rzeczy, których nie miałem szans zobaczyć. Tak więc cóż mi pozostaje do dodania…

Płakałem, kiedy wyjeżdżałem.

Jeszcze co najmniej sześćset sześćdziesiąt dni do kolejnego Boomu.

 

A tu do obejrzenia wszystko (może i mnie tam zobaczycie?):

https://www.youtube.com/watch?v=CUJndgfUB6g&list=PLKyADH48d7ibFKqCNcB7Nm-rlmaOqI9rI

Między swemi

oranvag

Sześćset siedemdziesiąt osiem.

Wydech.

Przerwa w pisaniu spowodowana była totalnym rozleniwieniem wynikającym z niemal miesięcznego urlopu (jeśli wliczyć w to Boom) i pewnie jeszcze długo bym nie pisał, bo nic w zasadzie nie mam do pisania, gdyby nie jeden, nieszczęsny koment: „rany, no napisz dalszy ciąg”. Czasami tyle wystarczy aby mnie zmobilizować, ponieważ znów czuję, że nie robię tego dla siebie, ale dla znudzonych mas pracujących, wyżymanych w trybach galopującego, postkanibalistycznego narodowego socjalizmu.

Na pewnym zdjęciu z jednej z zeszłych edycji Booma bardzo rozbawił nas pewien młodzieniec, trzymający transparent: „NARESZCIE! NORMALNI LUDZIE!!!”.

Stwierdziwszy, że najkrótsza droga do obozu Orisza wieść będzie jak najbliżej linii brzegowej jeziora, szedłem po zmieniających się plażach, to piaszczystych, to trawiastych, to kamienistych, lawirując pomiędzy osobnikami o rzadkich, niewyobrażalnych zainteresowaniach, gwarzącymi po hetycku, psychonautami tripującymi na jeszcze nie zsyntetyzowanych psychodelikach, absolutnie legalnymi dilerami z okresu czwartej wojny światowej, poborcami podatków od wrażliwości synestetycznej, osteopatami ducha, detektywami prowadzącymi śledztwa w sprawie przestępstw ujawnionych przez ślepych paranoidalnych graczy w Pokemona, doręczycielami fragmentarycznych zaproszeń do wspólnej zabawy spisanych hebefreniczną stenografią i zawierających obietnice nieziemskich rozkoszy, obywateli nieistniejących jeszcze państw hippisowskich, dealerów rozkosznych snów i wspomnień wypróbowanych na pobudzonych kwasem komórkach kory mózgowej i przehandlowanych za surowce woli, miłośników podtlenku azotu wypełniającego przejrzyste bursztyny marzeń.

Na kempingu Orisza znajduje się sklepik Szwjacarów, w labiryncie wąskich… ehm… Przepraszam, zagalopowałem się.

Stanąłem na skraju kempingu i podszedłem do pierwszego lepszego gościa.

— Wiesz może, czy ktoś sprzedaje tu trawę?

— O, stary, nie wiem, nie mam pojęcia, w ogóle nie palę, kiedyś paliłem za dużo, wolę nie wiedzieć, lepiej nie wiedzieć, bo już nie palę…

— OK, dzięki…

Następny był bardziej pomocny i wskazał nieokreślony kierunek w kłębowisku namiotów, które stały tak ciasno, że trudno byłoby wcisnąć szpilkę, a co dopiero przejść.

— Koleś z dredami — powiedział.

Posuwałem się więc delikatnie naprzód, starając się uniknąć potknięcia o linki i korzenie lub zostawienia śladu sandała na pałatce i powoli obracając głowę wypatrywałem, czy w zasięgu wzroku jest jakiś Murzyn. Wiecie, narkotyki plus dredy równa się Murzyn. No ale nie było nikogo. Kto by w taki upał siedział pośród namiotów, zamiast na plaży? Jednak w pewnym momencie dojrzałem niewielki prześwit. Paru młodzieńców siedziało wokół stolika i najwyraźniej odpoczywało po wczorajszej nocy.

— Cześć, słyszeliście może coś o Szwajcarach sprzedających tu gdzieś trawę? — zapytałem.

— To my! — odpowiedział, szczerząc się, chudziutki blondynek z dredami.

Po dobiciu targu (odmiana nazywała się pięknie – „LSD”) nieco się uspokoiłem, wiedząc, że w końcu będzie można spędzać ten festiwal, jak pambóg przykazał, czyli w stanie nieco odmienionym. I wierzcie mi, że to wszystko zmieniło!

Kiedy po południu wychodziliśmy z namiotu, porobieni porządną porcją z nowego waporyzatora, wszystko się wyprostowało, nie byliśmy już zagrożonymi udarem cieplnym i odwodnieniem małymi żuczkami, ale turystami, którzy przybyli do zaczarowanej, pełnej tajemniczej energii krainy. Chyba większość osób była cudownie wystylizowana, przebrana czasem w drogie szaty jak z baśni tysiąca i jednej nocy, czasem w rzeczy nieco bardziej wygodne i przewiewne, ale zawsze kolorowe. Dziewczęta o pięknych biustach paradowały półnago, nie pozostawiając nic wyobraźni, a te niepewne urody swych biustów, lub po prostu pragnące sprawić niespodziankę („pamiętaj zabrać prezerwatywy” – z poradnika „Living at Boom 2018”) w eleganckich staniczkach pod przezroczystymi wdziankami. W naszych tiszertach i szortach poczuliśmy się przez chwilę jak dresiarze na raucie.

— Gdybym wiedziała, że to będzie tak wyglądać, wzięłabym mój cyrkoniowy stanik — westchnęła żona, gdy z pagórka kempingowego schodziliśmy w dół, do zalanych miękkim światłem obniżającego się słońca lekko pofałdowanych terenów festiwalowych.

Wzdłuż alei Alberta Hofmanna, zaraz za placem stołówkowym, rozłożyły się kramy z hipisowską biżuterią, kosmicznymi ciasteczkami, dredami, świecącymi gadżetami, tatuażami z henny, dodatkami takimi jak paski i torebki, bongami i rozmaitymi innymi rzeczami, które nigdy, przenigdy by się nam nie przydały.

Porozrzucane daleko od siebie sceny i rejony nagle okazały się po prostu dzielnicami boomowego miasta, czy może miastami boomowej krainy, każde ze swoimi restauracjami, muzyką, miejscami do odpoczynku lub spędzania czasu z innymi. I z każdego miejsca było blisko do cudownie kojącej wody jeziora, w którym mieniły się pięknie odblaski coraz bardziej zniżającego się słońca.

Jak okiem sięgnąć plażę wypełniali ludzie zapatrzeni w kolorowy spektakl zachodu, przechodzący coraz bardziej w lekko gorejącą czerwień. Powietrze wypełniał zapach marihuany i syki balonów, z których schodził gaz rozweselający. Kiedy słońce znikło za koronami otaczających przeciwległy brzeg drzew, dookoła rozległy się oklaski i pohukiwania, które powtarzały się z kilkusekundowymi opóźnieniami na coraz dalszych plażach, kiedy i tam zachodziło słońce.

— Podoba mi się tu — powiedziała moja żona.

— Mi też.

A jednak nie!

oranvag

Żona pojechała z syniątkiem na kontrolę, został więc w końcu profesjonalnie zmierzony i zważony. Chwilę temu dostałem więc SMS:

"185 cm"

A więc jednak jeszcze mnie nie przerósł!

Jak bekon na patelni

oranvag

WDECH

Siedemset trzynaście.

WYDECH

Cóż, od dwóch tygodni łamię sobie głowę, jak opisać to co przeżyliśmy nad jeziorem Idanha-a-Nova, ale nie bardzo jestem w stanie znaleźć na to słowa i obmyślić konspekt. Myślałem, że będzie dużo łatwiej, myślałem że to ot po prostu kolejny festiwal z muzyką do tańca, z tą małą różnicą, że odbywający się w kraju, w którym nikt nikogo nie ściga za posiadanie rozmaitych substancji. I faktycznie tak jest, choć te aspekty stanowią jedynie małą, malutką część tego, czym jest Boom, a całość… a całości nie jestem w stanie opisać z tego prostego powodu, że przez tydzień to zbyt mało, aby móc doświadczyć wszystkiego, co Boom ma do zaoferowania. Jakoś jednak postaram się zacząć zapisać przynajmniej tę cząstkę, którą poznaliśmy.

Poprzedniego dnia, wczesnym wieczorem, nim jeszcze na rozpalony do czerwoności Boomland spadnie przeszywające do szpiku kości nocne piętnaście stopni, kiedyśmy stali w kolejce do jednej z jadłodajni, dwa razy młodszy od nas Niemiec, z prześliczną rudą dziewczyną, poczęstował nas skrętem. Zawsze uczymy dzieci, że jeśli ktoś poczęstuje je narkotykami, należy podziękować pięknie, ponieważ narkotyki są drogie, podziękowaliśmy więc i my, nadmieniając przy tem, iż czujemy się nieco zestresowani, ponieważ nikt, jak do tej pory, nie zaproponował nam żadnych substancji na sprzedaż.

— Ale to żaden problem! — zaśmiał się młodzieniec — na kempingu Orisza, przy Funky Beach, w drugim rzędzie są Belgowie i Szwajcarzy, którzy sprzedają staf. Znajdziesz ich bez problemu.

Podbudowani tą wiedzą, dużo już spokojniejsi, jemy naszą pierwszą boomową kolację. Ilość fudstendów jest imponująca, choć w tym momencie nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, że prawie drugie tyle znajduje się rozrzuconych poza terenem „stołówki”, w różnych innych miejscach festiwalu. Jadłodajnie, swoją drogą, godne byłyby osobnego wpisu, w tym miejscu wspomnę tylko, że reprezentowany jest każdy kontynent i każde dietetyczne zboczenie, skosztujecie tu najpyszniejszego stritfudu z każdego zakątka świata, z założeniem oczywiście, że można to przygotować z rzeczy trudno psujących się w warunkach surrealnego upału, ponieważ na Boomie nie używa się elektrycznych lodówek, tylko skrzyń wypełnionych kostkami lodu, aby minimalizować zużycie energii. Dania podawane są na biodegradowalnych talerzach, z drewnianymi sztućcami, poza pizzą, która serwowana jest na dużych, białych kartkach.

Możecie myśleć, że jedzenie pizzy w miejscu, gdzie można kosztować za każdym razem czegoś nowego, czegoś czego nawet nie bardzo wiadomo, jak się wymawia, jest trochę januszowate, ale boomowa pizza ma tę niepowtarzalną zaletę, że jest dostępna bez (wszechobecnych) kolejek. Zastępy włoskich pizzerów uwijają się jak mrówki przy licznych piecach i po prostu co sekundę na ladzie ląduje jakiś placek i jeśli ci się podoba, to go bierzesz, a do lady dopycha się następny z masy kłębiących się ćpunów. Przyjmujący opłaty powrzaskują nawet od czasu do czasu: „żadnych kolejek! żadnych kolejek! tylko chaos!”

Ale dość dygresji. Minęła noc, w którą zmarzliśmy, ponieważ zapomniałem zamknąć lufcik w namiocie. Zmarznięty, obudziłem się o siódmej, dzięki czemu uniknąłem porannych kolejek do pryszniców i fabryk „czarnego złota” („twoje gówno jest na wagę złota, srając do kompostowych toalet pomagasz sadzić las!” – i tu kontakt jeśli chciałbyś po festiwalu uczestniczyć w tym radosnym wydarzeniu i zalesić trochę Portugalii przy użyciu złota, które wyprodukowałeś, Boom zapewnia wikt i opierunek). Sławojki czyszczone są kilka razy dzienne i najbardziej zadziwiającą ich właściwością jest to, że nie wydają z siebie absolutnie żadnej woni!

Pierwszy dzień festiwalu, tak jak poprzedni upłynął nam na zastanawianiu się jak przeżyć nie siedząc bezustannie w jeziorze. Chwilę po wyjściu z wody morderczy upał walił bezlitośnie, a my tułając się wzdłuż Alei Alberta Hofmanna, z lekkim przerażeniem rozglądaliśmy się, gdzie znajduje się najbliższe ujęcie wody, w którym możemy uzupełnić nasze wiecznie puste bidony. Szczęściem wypatrzeć było je łatwo, a to dzięki gromadzącym się przy nich grupkom spragnionych człowiekowatych. Tu wspomnę, że zwierzęco-plemienne zachowania dodawały Boomowi niepowtarzalnego uroku i nie chodzi mi tylko o kolektywny udział w pogańskich obrzędach, czczenie świętego ognia, chodzenie nago, czy parzenie się na widoku publicznym, ale o takie cudowne drobnostki, jak pohukiwanie – zaczynało się od tego, że gdzieś hen (albo i obok nas) ktoś zaczynał szczekać jak małpa, to szczekanie podchwytywały inne małpy, coraz dalej i dalej, aż niosło się, niczym dobra meksykańska fala, przez cały Boomland, który wybuchał tysiącem pohukiwań z coraz dalszych zakątków.

Tułając się w upale odkryliśmy cudowną strefę czilałtu przy wciąż niedziałającej Świątyni tańca – spory namiot oddzielony od otoczenia zraszaczami, wyposażony w meble z europalet i wygodne hamaki. Kiedy dysząc ciężko odpoczywaliśmy w nim, zajadając nasz południowy posiłek - pizzę z kartki, zrobiono krótki test soundsystemu, który ryknął powalającym, niebogłośnym i czystym dźwiękiem, bez żadnych przesterów (kurwa, nauczcie się tego w Polsce!). Rzecz jasna, dudnieniu basu odpowiedział ekstatyczny ryk człowiekowatych poukrywanych po wszystkich zakamarkach Boomlandu – ten łomot zapowiadał rychłe rozpoczęcie nabożeństw na najekstatycznej ze scen.

Po obiedzie postanowiliśmy zwiedzić kolejną plażę, a że brak zielska nie dawał mi spokoju, pozostawiłem na niej żonę i udałem się w samotną podróż do obozowiska Szwajcarów, czy może Belgów. Trzy kilometry w nieludzkim upale, będzie ciężko…

© Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci