Menu

Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej

Poradnik dla osób w wieku od dwóch do trzech lat, pozwalający zapoznać się i oswoić z typowymi sytuacjami zdarzającymi się w rodzinach patologicznych. Młody czytelnik znajdzie tu instrukcję, jak radzić sobie ze zdeprawowaną matką i pochodzącym z marginesu społecznego ojcem, jak przymykać uszy na nocne hałasy, jak sprawdzić, czy rodzice nie nadużywają narkotyków i alkoholu, jak zapewnić, aby stosunki małżeńskie uprawiali tylko we dwoje i wiele innych, cennych porad.

A może to jednak kryzys wieku średniego?

oranvag

Tak się właśnie zacząłem zastanawiać – a może jednak? Może to kryzys wieku średniego? Prawda, że nasz nowy samochód nie jest czerwonym, sportowym coupe, ale przecież jest modny i przyciąga spojrzenia, nie mówiąc już o tym, że sam uwielbiam, patrzeć, jak odbija się w wysokich szklanych witrynach, widzę go wtedy z profilu i myślę sobie: „ależ on jest ładny!” (czy to już oznaka kryzysu, czy też może dopiero teraz staję się prawdziwym mężczyzną?). A propos – najlepsze ze spojrzeń było w Szwajcarii. Zatrzymaliśmy się na stacji serwisowej Subaru, żeby zetrzeć wymiociny córci ze skórzanej tapicerki. Nie, nie ma choroby lokomocyjnej, ale po siedemdziesiątym z następujących jeden po drugim zakrętów (liczyłem) któż nie chciałby puścić pawia? No więc wychodzę z warsztatu, zmywszy z królewny resztki rzygów i widzę jak podjeżdża Audi A4, koleś pewnie dostał rzęcha jako wóz zastępczy i właśnie wraca po zostawionego w serwisie Japońca.

Wysiadł i już miał kierować się w stronę budynku, kiedy spojrzał w stronę mojej bryczki i się zatrzymał. Wiem, co mu przyszło do głowy, pewnie z daleka zobaczył białą, opływową sylwetkę i pomyślał sobie: „A cóż to jest? czyżby Subaru w końcu zrobiło samochód nie wyglądający jak psia kupa?”. Podszedł, obszedł go dookoła i dopiero wtedy skierował swoje kroki do kanciapy. Ha! Jeden zero dla nas!

Ale nie myślałem jeszcze wtedy o kryzysie, to nastąpiło dopiero w zeszłą niedzielę, kiedy to wyprowadziłem na przejażdżkę mój nowiutki, piękny rowerek. Nowy wcale nie z kaprysu, w końcu zaczyna się sezon na pedałowanie, a my, nie bez pewnej refleksji nad prędkością pędzącego czasu, skonstatowaliśmy, że syncio, metr siedemdziesiąt sześć, ma bajk dostosowany do wzrostu, jaki posiadał w wieku dziesięciu-jedenastu lat (ledwie wczoraj…). Najprostsze rozwiązanie, aby ograniczyć koszty: on dostaje mój, na którym to jeszcze jeździł w niemowlęcym foteliku, a ja kupuję nowy na miarę moich potrzeb.

Pojechaliśmy więc do sklepu prowadzonego przez wnuka zwycięzcy Tour de Pologne (1935, 1937) i licznych mistrzostw Polski. Jeżdżąc do tej pory na marketowym rowerze nie miałem oczywiście bladego pojęcia, jak może wyglądać jazda na czymś porządnym, więc kiedy wsadzono mnie na pierwszy LEPSZY welocyped i polecono przejechać się w celu oceny mojej postawy kolarskiej, doznałem lekkiego szoku. To nie było pedałowanie, raczej przebieranie nogami w czymś tylko odrobinę gęstszym od powietrza!, rower nie toczył się, a unosił na ziemią! Coś zbliżonego czułem tylko raz, ale gnałem wtedy z kwasem w głowie i słońcem na glacy, więc odczucia były zdecydowanie zafałszowane. No kto by pomyślał, że nadejdzie dzień, w którym zachwycę się mechanizmami! Po przegryzieniu się przez fora i blogi, planowałem lekki rower z osprzętem Deore, a przemiły sprzedawca za niewiele więcej zaproponował mi maszynę z XT na tyle, znać wyczuł snoba.

Pozostało tylko zbadanie rozstawu mojej dupy na specjalnym krzesełku, w celu dobrania odpowiedniego siodełka. Mój nowy rower, zapewne ze względu na tę profesjonalną przerzutkę, posiadał też profesjonalne siodełko, wiecie – taki niewielki klinik zrobiony z czegoś potwornie twardego, bez krzty miłego żelu. Przymierzyłem się i ledwo dotykając palcami ziemi, jak każe bóg cyklistów, nadziałem się na to coś.

— I jak? — zapytał przemiły sprzedawca.

— Czuję, jak miażdży mi prostatę — odpowiedziałem.

— Niech się pan nie przejmuje, to i tak się niedługo wytnie…

A może to jednak kryzys wieku średniego?

oranvag

Tak się właśnie zacząłem zastanawiać – a może jednak? Może to kryzys wieku średniego? Prawda, że nasz nowy samochód nie jest czerwonym, sportowym coupe, ale przecież jest modny i przyciąga spojrzenia, nie mówiąc już o tym, że sam uwielbiam, patrzeć, jak odbija się w wysokich szklanych witrynach, widzę go wtedy z profilu i myślę sobie: „ależ on jest ładny!” (czy to już oznaka kryzysu, czy też może dopiero teraz staję się prawdziwym mężczyzną?). A propos – najlepsze ze spojrzeń było w Szwajcarii. Zatrzymaliśmy się na stacji serwisowej Subaru, żeby zetrzeć wymiociny córci ze skórzanej tapicerki. Nie, nie ma choroby lokomocyjnej, ale po siedemdziesiątym z następujących jeden po drugim zakrętów (liczyłem) któż nie chciałby puścić pawia? No więc wychodzę z warsztatu, zmywszy z królewny resztki rzygów i widzę jak podjeżdża Audi A4, koleś pewnie dostał rzęcha jako wóz zastępczy i właśnie wraca po zostawionego w serwisie Japońca.

Wysiadł i już miał kierować się w stronę budynku, kiedy spojrzał w stronę mojej bryczki i się zatrzymał. Wiem, co mu przyszło do głowy, pewnie z daleka zobaczył białą, opływową sylwetkę i pomyślał sobie: „A cóż to jest? czyżby Subaru w końcu zrobiło samochód nie wyglądający jak psia kupa?”. Podszedł, obszedł go dookoła i dopiero wtedy skierował swoje kroki do kanciapy. Ha! Jeden zero dla nas!

Ale nie myślałem jeszcze wtedy o kryzysie, to nastąpiło dopiero w zeszłą niedzielę, kiedy to wyprowadziłem na przejażdżkę mój nowiutki, piękny rowerek. Nowy wcale nie z kaprysu, w końcu zaczyna się sezon na pedałowanie, a my, nie bez pewnej refleksji nad prędkością pędzącego czasu, skonstatowaliśmy, że syncio, metr siedemdziesiąt sześć, ma bajk dostosowany do wzrostu, jaki posiadał w wieku dziesięciu-jedenastu lat (ledwie wczoraj…). Najprostsze rozwiązanie, aby ograniczyć koszty: on dostaje mój, na którym to jeszcze jeździł w niemowlęcym foteliku, a ja kupuję nowy na miarę moich potrzeb.

Pojechaliśmy więc do sklepu prowadzonego przez wnuka zwycięzcy Tour de Pologne (1935, 1937) i licznych mistrzostw Polski. Jeżdżąc do tej pory na marketowym rowerze nie miałem oczywiście bladego pojęcia, jak może wyglądać jazda na czymś porządnym, więc kiedy wsadzono mnie na pierwszy LEPSZY welocyped i polecono przejechać się w celu oceny mojej postawy kolarskiej, doznałem lekkiego szoku. To nie było pedałowanie, raczej przebieranie nogami w czymś tylko odrobinę gęstszym od powietrza!, rower nie toczył się, a unosił na ziemią! Coś zbliżonego czułem tylko raz, ale gnałem wtedy z kwasem w głowie i słońcem na glacy, więc odczucia były zdecydowanie zafałszowane. No kto by pomyślał, że nadejdzie dzień, w którym zachwycę się mechanizmami! Po przegryzieniu się przez fora i blogi, planowałem lekki rower z osprzętem Deore, a przemiły sprzedawca za niewiele więcej zaproponował mi maszynę z XT na tyle, znać wyczuł snoba.

Pozostało tylko zbadanie rozstawu mojej dupy na specjalnym krzesełku, w celu dobrania odpowiedniego siodełka. Mój nowy rower, zapewne ze względu na tę profesjonalną przerzutkę, posiadał też profesjonalne siodełko, wiecie – taki niewielki klinik zrobiony z czegoś potwornie twardego, bez krzty miłego żelu. Przymierzyłem się i ledwo dotykając palcami ziemi, jak każe bóg cyklistów, nadziałem się na to coś.

— I jak? — zapytał przemiły sprzedawca.

— Czuję, jak miażdży mi prostatę — odpowiedziałem.

— Niech się pan nie przejmuje, to i tak się niedługo wytnie…

Pożegnanie z bickiem

oranvag

„A więc tak to się kończy” — pomyślałem smętnie, napinając biceps przed lustrem w łazience — „żona będzie dalej rzucać ketlem, rzeźbiąc swoje jędrne, milfowe ciało, a ja będę flaczeć na aerobach…” — tu napiąłem mięśnie pleców, zamieniając je w efektowny trójkąt — „a tak lubiłem rzucać złomem, najprzyjemniejszy rodzaj treningu, ćwiczenia na odchudzanie, to nie dla mnie” — napiąłem mięśnie brzucha, sześciopak w zasadzie ginie pod tłuszczem, ale widać, że są ćwiczone — „nie lubię się pocić, nie jestem grubasem”.

No ale cóż począć. Miesiąc temu okulistka powiedziała, że rozwarstwia mi się siatkówka, że w najlepszym wypadku można ją przyszyć laserem, w najgorszym – operacja oka.

— Ale od czego to tak? — zapytałem, zdruzgotany.

— Ze starości — odpowiedziała bez mrugnięcia okiem.

Dała mi namiar na babkę, która doszywa siatkówki, ale „nie robi tego, jeśli nie jest to absolutnie konieczne”, a ta na pierwszej wizycie popatrzyła mi w gały i zaraz — JEB! JEB! JEB! — z lasera. Tłukłem się potem autobusem przez pół miasta, ci co znali się na rzeczy pewnie zazdrościli mi tripa – z daleka w ogóle nie było mi widać tęczówek, a ja wolałem zamykać oczy, bo tak raziło mnie światło. Siłownia – wykluczona. Tydzień bez alkoholu i pojarki. Trzy miesiące nie wolno latać samolotem. No po prostu fantastycznie!

Przyjrzałem się sobie jeszcze raz z profilu. Taaaak… Tak!

Przynajmniej chuja nikt mi nigdy ćwiczyć nie zabroni!

Syndrom amotywacyjny

oranvag

Od jakiegoś czasu mi się nie chce. Pójść rano po chleb, to jeszcze pójdę. Ale potem siadam w śmieciarce i nie chce mi się nic! A kiedy mi się przestaje chcieć, to jest już tak do nocy.

Poważna sprawa, bo zwykle to nie miałem problemów z chceniem.

Oczywiście pierwsze podejrzenie padło na bogu ducha winną roślinę, choć parzę ją rzadko i tyle, co kot napłakał, w dodatku na pół z żoną. Więc tę marną ilość jeszcze zmniejszyłem. I dalej mi się nie chciało.

Następnie pomyślałem, że może to za mało magnezu i zacząłem brać podwójne dawki. Nie pomogło, wciąż mi się nic nie chciało.

A potem pojechaliśmy na ferie, gdzie zamiast wypoczywać, katowaliśmy się jazdą na nartach. Wieczorami zamordowani tak, że nawet nikt nie miał siły nikomu ssać narządów, a rankiem – znów pełni chęci okuwaliśmy stopy w buciory i zamiast pić piwo i leżeć na leżaku jeździliśmy w tę i we w tę. Bite pięć dni, przez nikogo nie zmuszani! Wykończeni, a jednak – pełni chęci. Myślałem, że to już permanentna zmiana! Że oto odtąd znów będzie mi się chcieć!

No i wróciłem z ferii do pracy, usiadłem w śmieciarce i czuję, że… nic mi się nie chce! I tu naszła mnie myśl – wiele badań naukowych zdaje się potwierdzać tezę, jakoby marihuana powodowała syndrom amotywacyjny. A ja się pytam – czy osoby biorące udział w badaniach nie chodziły przypadkiem do pracy?!

Oranvaga list z wakacji

oranvag

 

Moi drodzy,
Po przyjemnej, acz drugiej podróży przez cztery kraje (z popasem w Monachium, stolicy piwa Paulaner i wurstu) dojechaliśmy do celu. Powitała nas wiosna w miasteczku, które młodość przeżyło chyba w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku. W dole wiosna już roztopiła śniegi, ale ostre zęby alpejskich grani wciąż połyskiwały bielą puchowych czap.
Jako że zrozumieliśmy o co chodzi w jeżdżeniu na nartach w przedostatni dzień naszych ubiegłorocznych ferii, bardzo ucieszyła nas bogata oferta oślich łączek wyposażonych w orczyki i ruchome chodniczki. Będzie można na nich naprawdę poszaleć!
Dzień 1
Córcia spadła z chodniczka i powiedziała, że więcej nie wsiądzie na narty, po czym poszła na zajęcia dla dzieci. Nas instruktor wsadził do gondoli, która pojechała na 1700 metrów, po czym kazał przesiąść się na kanapę, która wyniosła nas na 2000, a stamtąd, przejechawszy kawałek czerwoną trasą, wsiedliśmy na orczyk, który zabrał nas na 2300. Już prawie widać było krzywiznę Ziemi, a poza tym wszędzie tyko zębiska gór. Zastanawiałem się czy te małe plastry miodu w dole, to może być nasza wioska, jednak zanim dane mi było dojść do jakichś konkluzji, musiałem jechać w dół czerwoną. Spociłem się ze strachu jak świnia, zziajałem jak parowóz, a górna część ud rozżarzyła się blaskiem z gorąca.
Na samym dole, na oślej łączcie przewróciłem się w mokrym śniegu i zanim narta się wypięła, wredne wykręciła mi kolano. Boli. Syncio zapytał, czy jeśli złamie nogę, nie będzie musiał uczestniczyć w dalszych zajęciach.
Szkółka córci jest w dobrych rękach. Instruktorka ma na kasku „Regge & dub festiwal”. Wjechali tylko na 1900 metrów.
Zapomniałem – jeszcze rano Rozdarłem sobie spodnie narciarskie w kroku, ale nic straconego, mam już nowe, włoskie, limonkowe. Pasują mi idealnie do atomiców.

Dzień 2
Pojechaliśmy na 2600 i zjechaliśmy czerwoną, robiąc różne idiotyzmy kijkami – trzymając przed sobą, za sobą, oraz kombinacje tychże, wraz z wymachiwaniem. Wpadłem pod kanapę, bo nie trafiłem tyłkiem w siedzenie, poturlałem się jak kulka z nartami. Syncio ucieszył się na wieść, że w piątek nie ma zajęć. Zapowiedział, że zostanie w apartamencie. Córcia jeździ równolegle.
Piwo to prawdziwy nektar bogów. Na tarasie, który po włosku zwie się „solarium” pojawiają się Polacy, młodzi, prężni i dumni ze swojego dziedzictwa:
--- Założyliśmy się rano kto ma więcej promili --- ryknął młody troglodyta, możliwe że w nadziei, że o wyczynie owym dowiedzą się w ojczyźnie, tymczasem tyrada obijała się jeno między Alpami i kumulowała w solarium --- no i Wampir, patrzymy, a ma, kurwa, 0,8. Potem sprawdzamy Perszinga i łoooo, ma 1,5. No to już nieźle. To ja dmucham i mam 1,8. Myślę że wygrałem. Ale wtedy budzi się Korba, dmucha i ma 2,1!
Cieszą się i zagłuszają italo disco polskim rapem z bloczysków. Nie, nie jestem z Polski, nie wiem o czym mówią.
Kolano rypie.

Dzień 3
Wolę nie wiedzieć, gdzie pojechaliśmy, powyżej 2000 spadłem z orczyka, i dałem się dość długo ciągnąć, jednak przed samym końcem było za stromo, nawet na moje stalowe mięśnie. Puściłem się i w śniegu po kolana, pół metra na pół minuty, doczłapałem do gondoli. Ten spacer mnie wykończył. W czasie wleczenia nieco podarłem limonkowe spodnie.
Syncio po zajęciach zjeżdżał kolejną godzinę, córcia – półtorej.
Rzepka boli mniej, choć kiedy brodziłem w śniegu do kolan poza trasą, myślałem czy by jej nie amputować.

Dzień 4
Na kanapie trzymałem kijki za nisko i mi je złamało. Pomyślcie co to diabelskie urządzenie mogłoby robić z nogami! A był właśnie dzień machania kijami! Jechałem więc z jednym wygiętym, jak idiota, choć instruktor powiedział, że jest jak do giganta.
W czarnych trasach najbardziej podoba mi się to, jak łatwo się na nich wstaje.
Po zajęciach wypiliśmy litr piwa w „solarium”, podczas gdy dzieci zjeżdżały same jeszcze dwie godziny. Na szczęście, nie ma Polaków.
Córcia wygrywa z nami wyścigi, bo zjeżdża zawsze na krechę, choć umie równolegle. Pytana, czemu tak robi odpowiada filozoficznie:
--- Prędkość jest potrzebna. Czasami po prostu potrzebujesz jechać szybko...
Kolano prawie przestało boleć.

Dzień 5
Gondola, którą jechaliśmy zawisła gdzieś w pół drogi. Cicho jak trusie nasłuchiwaliśmy, czy nie nadlatuje amerykański samolot z wesołymi kolesiami.
Później jechaliśmy czerwoną i kawałek czarną. Śnieg był gdzieniegdzie breją, w innych znów miejscach wystawał spod niego czysty lód. Instruktor powiedział, że to idealne warunki, abyśmy mogli przygotować się na wszystko. Zupełnie szczerze – wcale się nie zastanawiałem, co mogła oznaczać mokra, czerwona plama po drodze.
Na torze przeszkód nasz kołcz radził, żeby pod żadnym pozorem nie jechać pługiem, ani równolegle, tyko na krechę. Żona powiedziała mi potem, że mój fikołek był bardziej przerażający niż efektowny. W locie zgubiłem oba kije.
Córcia dostała złoty medal, a syncio zjechał ostatni że stoku, niestety do końca jego zjazdów nie dotrwał skibus, który miał już fajrant. Musiałem, tupiąc niemiłosiernie narciarskim buciorami (o, dzięki za trepy formowane na osobistej stopie!) przejść z centrum na skraj wiochy, po samochód. Już za pół godziny byłem z powrotem. Spakowaliśmy wszystko i wróciliśmy do apartamentu. Nie było tyko nart córci. Wsiedliśmy więc w auto i wróciliśmy na przystanek skibusa, gdzie stały sobie, oparte o dyżurkę. Moi bliscy to banda downów.

P.S.: Gówno złamał rękę, Hycel – nogę, a Srace szyli głowę. Więc to jednak nie prawda, że pijak zawsze spada na cztery łapy.

Gff

Bardzo dołujący wpis

oranvag

Kiedyś skłonny byłem twierdzić, że ludzie narzekający na pogodę to hipochondrycy, jednak po kolejnych latach, kiedy ilość słonecznych dni w tym szarym, siermiężnym mieście, można policzyć na palcach jednej ręki, skłonny jestem przyznać im rację. W dodatku, należy dodać, te parę godzin słońca na rok zdarza się zwykle w dni robocze, nigdy w łykendy. Tak więc siedzisz w pracy i zgrzytając zębami patrzysz na świat skąpany w ciepłych promieniach, a gdy przychodzi sobota i mógłbyś nacieszyć oczy odrobiną czegoś mocniejszego, niebo zasnuwa się ciemną kurtyną. Do tego dochodzi jeszcze smog, który dziś jest na przykład biały, więc łatwo pomylić go z mgłą i wcale się nim nie przejmować, ale bywało że przybierał zółtawy kolor płynnej sraczki, a to już trudno zignorować. Smogomat na Marszałkowskiej pokazuje 600%-800% zapylenia, a mijający mnie palacze patrzą pytająco lub kpiąco na moją maskę… Och, ja biedny obiekt żartów!

W dodatku żona drugi tydzień jest w delegacji, wróciła tylko na łykend. Co to myśmy musieli się nabiedzić w sobotę rano, żeby zaliczyć! Córka władowała nam się oczywiście do łóżka i tym swoim bezustannym gadaniem zupełnie uniemożliwiała dojście, choć żona kombinowała na wszelkie możliwe sposoby, aby tylko głębiej nabić się na chuja. W tej bezustannej paplaninie nie szło utrzymać rytmu. Kiedy po trzeciej, rozpaczliwej prośbie o opuszczenie pokoju nasza kochana królewna odpowiedziała stanowczo: „NIE I JUŻ!”, daliśmy za wygraną i wyniósłszy pod pachą zwiniętą owczą skórę, udaliśmy się ruchać do łazienki, przekręciwszy rzecz jasna zamek. Tu jednak się okazało, że kamienna podłoga, nawet z miękkim włosiem, ma zupełnie inne właściwości dynamiczne i wymaga opanowania odmiennych technik, a poza tym nasza Córcia zaczęła walić w drzwi i domagać się śniadania, po czym dołączył do niej Syncio, który pytał, czy ma dziś chiński. Skaranie boskie, słowo daję!

Jakby tego było mało, skończyła się marihuana, zaopatrujący mnie dotąd dilerzy zmienili pracę, a tego syfu co teraz sprzedają uliczne diluchy, to strach wziąć do ręki, a co dopiero wciągnąć do płuc, więc wieczorem trzeba było słuchać muzyki zupełnie na trzeźwo. Istny dopust boży!

W poniedziałek żona znów sobie poleciała i od tego czasu dzieci torturują mnie Monopoly, grą durną i nudną. Zwykle w nią nie gramy, bo szkoda nam czasu na coś tak kiepskiego, no ale teraz nie mam się jak wykręcić. Wykorzystuję te godziny tortur, aby przeprowadzać delikatne lekcje życia. Kiedy więc płacą tysiące za postój na moich polach, wyjaśniam:

— Na tym właśnie polega kapitalizm, krwiożerczy ustrój, w którym żyjemy!

Kiedy wyciągają kartę, obciążającą ich podatkami, mówię:

— Tak właśnie to bandyckie, antyludzkie państwo będzie z was zdzierać, nie dając nic w zamian!

A kiedy po trzech dubletach trafiają do paki, dodaję:

— Właśnie tak można w tym policyjnym państwie trafić do paki – za nic!

I choć się staram zbankrutować, aby móc wreszcie zaznać spokoju i zatopić się w lekturze czterech zeszytów Wilqa, to jakoś za dobrze mi idzie, więc dziś czeka mnie kolejne kilka godzin mordęgi. Za jakie grzechy?!

Wczoraj były walentynki. Wysłałem żonie kartkę, którą zrobiłem własnoręcznie: zdjęcie, na którym uśmiecha się szeroko, ze spermą na brodzie, na dole w rogu serce i elegancką czcionką napisane: „Happy Valentine’s Day”. Nie zadzwoniła przez cały dzień, a wieczorem powiedziała, że kartka przyszła, gdy prowadziła prezentację dla zarządu. O, ironio losu!

No i proszę, nie mówiłem? Oto siedzę w pracy i właśnie wyszło słońce, świecąc mi prosto w oczy! Za oknem ośnieżony park błyszczy milionami kryształowych iskierek! A może by tak walić pracę, iść na wagary, nacieszyć oczy, przyjąć na twarz trochę słonecznego wytrysku? Spoglądam na smogową apkę…

555% procent PM 2,5… Chuj ci w dupę, świecie! Chuj ci w dupę!

Czar dilera

oranvag

Zawsze gdy mijam księgarnię, zatrzymuję się na chwilę i lustruję wystawę. Dilerzy literatury chyba nie bardzo zdają sobie sprawę z tego, jak ważne jest wyeksponowanie Odpowiednich Książek. Z nielicznymi wyjątkami, ma się rozumieć – pamiętam jakieś piętnaście lat temu na Dworcu Centralnym, pomiędzy schodami do tramwajów północ-południe, znajdująca się tam księgarenka miała naprawdę genialnie przygotowaną ekspozycję, a ponieważ mijałem ją niemal co dzień, ciągle musiałem tam wchodzić i kupować, bo zawsze jakaś książka kusiła w okienku! Zdarzały się i razy, kiedy dostrzegałem coś, co koniecznie musiałem mieć i myślałem sobie: „cudowny człowieku, który pokazałeś to na wystawie, gdyby nie ty, przeoczyłbym tę książkę, bo nawet nie wiedziałbym, że została wydana!”. I co się stało? Pewnego dnia, albo ktoś inny zaczął rozkładać towar, albo dziuplę wykupił nowy właściciel i na wystawie zaczęto robić idiotyczne kompozycje, wykładając tę samą książkę macierzowo, dajmy na to – sześć na sześć. Wyobraź sobie, że idziesz przejściem podziemnym i nagle jebie cię w oczy trzydzieści sześć Coelhów! Co to, kurwa, jest? Skrzynki z amunicją? Jaki jest sens obsrywać całą wystawę tą samą, zwielokrotnioną okładką? Nie muszę wyjaśniać, że więcej tam moja noga nie stanęła, i to nie z powodu tego Coelho, ale po prostu faktu, że żadna z dwóch, a w porywach – trzech prezentowanych w witrynie książek nigdy mnie nie urzekła.

Nie mogę za to narzekać na tanią książkę, która jest obok Koszyków. Wnętrze świetnie zorganizowane, w pokoju w głębi, do którego praktycznie nie wchodzę, jest sam pulp, tanie s-f, książki dla dzieci i parzygnatów, zapewne też poradniki psychologiczne dla pojebów i diety-cud dla grubasów. Oczywiście, tu należałoby się zastanowić, czemu na przykład Robert E. Howard wylądował w pulpie, a H.P. Lovecraft w klasyce literatury, ale to doprawdy drobnostka, jak ktoś chce, to znajdzie. Tak więc wracając do planu – jest wyspa z albumami, kupiłem tu kiedyś za dziesięć złociszy od sztuki „Dekady” katalogu getty. Dwudziesty wiek zapisany w obrazach – pięknie, powadze, szaleństwie i makabrze. Jak ktoś lubi dołować się zdjęciami loftów, łazienek lub luksusowych willi całego świata, też znajdzie tu coś dla siebie. Potem mamy biografie i wspomnienia, w sumie najmniej interesujący mnie dział, po filozofii, z której kupiłem kiedyś tylko „Rewolucja u bram. W.I. Lenin. Pisma wybrane z 1917 roku”, w opracowaniu Žižki oraz „Filozofia z przyległościami. Skrypcik szkolny dla użytkowników mózgu”. A, nie, nie – jest mniej interesujący dział, za filozofią – religia. Choć i tu, naście lat temu zakupiłem wszystko, co wyszło Deschnera. Potem jest cały szeroki pas autorów, których lokalny sortowacz klasyfikuje jako średniaków niczym się nie wyróżniających, i tu na przykład pewnego cudownego dnia natrafiłem na stosik „Tańca kogutów” Broszkiewicza, za 99 groszy sztuka, który to stosik wykupiłem w całości i rozdałem znajomym.

Zakręcając dalej, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, zaczyna się robić ciekawiej, bo są tu książki, które układacze uznali za lepsze. Trudno się domyślić klucza, którym się kierują, ale przyznać muszę, że gust mają dobry. Ostatnim razem blisko siebie znalazłem Alice Munro i Kereta, ale myślę, że około jedna dziesiąta mojej biblioteczki mogła stąd pochodzić.

Nie zawsze tylko, kiedy tam zaglądam, mam przy sobie portfel i jeśli, nie daj boże, coś znajdę, to potem martwię się, czy nikt mi nie wykupi, co z resztą miało miejsce ostatnio:

— Przepraszam, tydzień temu była tu, w albumach, taka książka o historii obrazu „L'Origine du monde”…

— A jaki miała tytuł?

— Niestety nie zapamiętałem…

— A autor?

— No, też jakoś nie wpadł mi w oko…

— A co było na okładce?

— … Przepraszam, ale właśnie przypomniało mi się, że nie domknąłem lodówki, do widzenia!

Państwo Monte Christo

oranvag

Natchnieni skoczną i łatwo wpadającą w ucho muzyczką z najnowszej płyty Metalliki, postanowiliśmy umilić sobie wieczór oglądając „Through The Never”, po cichu licząc, że upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu to znaczy, po pierwsze – że trochę naładujemy akumulatory przed z dawna wyczekiwaną miłością małżeńską, a po drugie – że córcia w ten sposób ukołysze się do snu (kiedyś usnęła słuchając „Pretender” Foo Fighters, więc nasze nadzieje nie były bezpodstawne). Niestety, tylko połowa planu wypaliła, bo rybeńce też spodobało się jak dziadkowie szarpią druty i przez cały seans szalała, machając szatankami pomiędzy ekranem i naszymi oczami, co w sumie ciekawie pogłębiało efekt 3D, więc nie narzekaliśmy zbytnio. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – pogowanie i potrząsanie łapami tak ją zmęczyło, że usnęła zaraz po filmie.

Upewniwszy się, że syncio umył ząbki, został właściwie odrutowany i nie planuje opuszczać swojego pokoju, zatrzasnęliśmy się w naszej części mieszkania, odpowiednio głośno puściliśmy nowego Bonobo, a moja żona, potrafiąca zawsze pięknie ubrać w słowa, to co niektórym kobietom przychodzi z takim trudem, zagaiła w najbardziej uroczy sposób, jaki mógłbym sobie wyobrazić:

— To, co? Obopólne lizanie narządów?

Oczywiście, nie jest to coś, co trzeba mi dwa razy powtarzać, więc pół sekundy potem miałem już twarz całkowicie wytarzaną w soku z cipy, a chujem skorbałem po migdałkach i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie rozległo się… pukanie. Cóż – pocieszające jest przynajmniej to, że wychowywanie przez traumatyzowanie działa i gówniarz nie wchodzi już do pokoju po cichu! Położywszy się sztywno obok siebie, fejspalmując synchronicznie w odruchu bezsilności, zawołaliśmy więc — Proszę!!! — i już po chwili wysokość pokoju wypełnił Syncio, z drutem w ręku.

— Aparat mi wypadł…

— No jak mógł Ci, na litość boską, wypaść aparat?!

— No ziewnąłem za szeroko i wypadł…

Usiadł na brzegu łóżka i nadstawił gowę do ponownego zapięcia ortodontycznego narzędzia tortur, podczas gdy ja pod kołdrą dyskretnie wycierałem śliskie od śluzu dłonie w prześcieradło.

— Wiesz synku — powiedziałem zapinając paski — kiedy za parę lat zaczną przychodzić do ciebie koleżanki i będziecie sobie siedzieć razem w pokoju, to bądź pewien…

— Że wejdę i zapytam, czy nie przynieść wam herbatki — podchwyciła żona.

— A ja, wedję i zapytam, czy widziałeś mój kabel USB od ładowarki.

— A ja wejdę potem i zapytam, czy już odrobiłeś lekcje.

— A za pięć minut przyjdę ja i poproszę, żebyś mi oddał mój gejmpad.

— A potem przyniosę wam ciasteczka.

— Ale czemu tak będziecie robić? — chciał wiedzieć syncio.

— Bez powodu, kochany, bez powodu…

W sprawie normalności

oranvag

Iza, która najwyraźniej zupełnie przypadkiem trafiła na ten blog i w komentarzu napisała, cytuję: „To że są jeszcze mężczyźni którym widok cycków nie zaburza jeszcze całego światopoglądu i nie odbiera doszczętnie rozumu to fakt z którego należy się cieszyć raczej niż ubolewać”, przypomniała mi niezwykle fascynujące sprawozdanie z lizania cipki, którym podzielił się ze mną niegdyś znajomy gej. Aby jego opowieść nie pozostawiała wiele wyobraźni, wysłał mi z resztą zdjęcie. Była to naprawdę śliczna dziewczyna, którko ostrzyżona brunetka, z kurwikami w jasnych oczach. Na wszystkie moje pytania, typu: „a czy zesztywniał ci choć trochę, kiedy poczułeś ten fantastyczny zapach?”, „ale czy czułeś choć odrobinę podniecenia łaskocząc jej łechtaczkę językiem?”, „czy nie było fajnie wessać w usta jej wargi”, i tak dalej, odpowiadał niezmiennie: „nie”, „nie”, „nie”, „nie”… Całe zdarzenie było dla niego równie erotyczne jak zjedzenie kanapki. Dokładnie tak samo, jak pokazywanie mu jakichkolwiek cycków. Nigdy nie „zaburzały jego światopoglądu”!

Czy tezę Izy, że z takiego stanu rzeczy należy się cieszyć, da się jakoś obronić? Wolne żarty – raczej oczywistym wydaje się fakt, że piękna forma biustu ludzkich samic wyewoluowała konkretnie po to, by oddziaływać na samców poprzez pobudzenie estetyczne! Zauważmy, jak bardzo różnią się kobiece piersi od piersi gorylic, szympansic czy samic orangutana. Pomijając to, że małpie są włochate, kształt jest zupełnie inny, przypominają coś pomiędzy cyckami grubych facetów i koksujących kulturystów. Czemu? Bo mają tylko jedną funkcję – są gruczołami mlecznymi! To z kolei pozwala wyciągnąć wniosek, kiedy gruczoł jął przekształcać się w seksualny wabik – musiało to nastąpić mniej więcej wtedy, kiedy zaczęliśmy chodzić na dwóch nogach. Dlaczego? Proste – póki chodziliśmy na czworakach, wabiki całymi dniami unosiły się na wysokości samczych oczu i nosów (o jakże wam zazdroszczę przodkowie!). Dalej – możemy domniemywać, że dzisiejsze zróżnicowane formy warg mniejszych ewoluowały jakiś czas przed uzyskaniem postawy wyprostowanej! Cipki wabiły więc nie tylko okresowym nabrzmieniem i zapachem, ale starały się też kusić symetryczną estetyką! Samce były po prostu zawsze wzrokowcami, a że każdy był inny, to jednemu zmysł estetyki lepiej łechtała taka z wąziutkimi wargami mniejszymi, widocznymi dopiero w stanie podniecenia, innemu fantastyczny kielich w formie storczyka, czy też motyla, mięsiście eksplodujący przy pobudzeniu (i to przetrwało do dziś, prawda?) I wszystkie te widoki straciliśmy stając na dwóch nogach! Jak teraz zachęcić do kopulacji, nie pobudzając zmysłu estetyki, że o powonieniu nie wspomnę? Ewolucja znalazła sposób – gruczoły mleczne, znajdujące się w dość dobrym miejscu względem linii wzoroku wyprostowanego samca, stały się ozdobami. Zostały awangardą zaburzającą światopogląd i doszczętnie odbierającą rozum! Widzę cycki – chcę się ruchać. I to jest normalne.

A jeśli Iza zna mężczyzn, w których cycki takich uczuć nie wzbudzają, nie pozostaje mi nic innego, niż współczuć! Izo, zorzum, to są zboczeńcy!

O takie Polskie walczyłem! – Lech Wałęsa

oranvag

Przechodząc dziś rano obok tej wypaśnej kamienicy na Mokotowskiej, natknęliśmy się na ekipę remontową. Wiecie – trzech kolesi uwalonych farbą, zaprawą, fugą i silikonem, wyładowujących się z 15-letniego paska, Niemiec płakał jak sprzedawał. Trzech okurzonych robociarzy, w poniedziałek rano, po łykendzie. Jeden z nich, dźwigając jakieś graty z tych, co to kupuje się w lerłamerlę albo kastoramie, minął nas, owiewając poniedziałkową wonią.

Pachniał Dior Sport.

Jaki kwadrat – taka ekipa.

Brzydale, potwory i pasztety

oranvag

Syncio, pomimo że ma na karku ledwie dwanaście lat, już obsypuje się trądikiem. Póki co najwyraźniej wcale go to nie obchodzi, bo do wcierania preparatów trzeba go gonić kijem, ale liczymy na to, że już za chwileczkę, już za momencik, kiedy dziewczyny zaczną patrzeć na chłopców, a chłopcy – oceniać dziewczyny, wcieranie będie odbywać się samoistnie.

Potem zostanie mu już całe życie „opceniania lasek” i znajdywanie mankamentów w ich urodzie. A te potrafią być doprawdy przedziwne. Lata temu, mniej więcej kiedy pisałem pierwsze wpisy tamtego bloga, a Syncio sikał w pieluchy, zrobiłem sesję zdjęciową mojej startej znajomej. Nie zakładam, że ktoś pamięta tak trzecioplanową postać, przypomnę więc, że jest to blondyna z potężnym biustem, którego kształt przeczy grawitacji i zadaje kłam upływowi czasu. Sam Platon by się z miejsca zakochał fizycznie, a każdy z cyców dorzucił osobno do listy swoich brył doskonałych. Jednak, kiedy pokazałem rzeczone zdjęcia kolegom z pracy, jeden z nich zauważył:

— Nie lubię kobiet z cellulitem.

Zerknąłem wtedy do Wikipedii, bo szczerze powiedziawszy nie miałem pojęcia, cóż ten termin znaczy, po czym podrapałem się w głowę. Jakim trzeba być pojebem, żeby dyskwalifikować tak wysokiej klasy cyce z powodu jakiegoś tam cellulitu i to na nogach?! Myślę sobie, że nawet jakby Monica Belluci (wiem, wiem – stare pudło) miała uda w cellulicie, i tak chciałbym, aby mnie nimi dusiła parę godzin. Aaaaaach…

Innym razem z kolei, po obejrzeniu Penélope Cruz w „Volver”, zdjąc sobie sprawę, że jej obłędny zad w tym obrazie był niestety tylko protezą, podzieliłem się moim uwielbieniem z pewnym znajomym, który zaskoczył mnie taką ripostą:

— A błech! W jednym filmie leżała w łóżku z nieogoloną pachą! Od tej chwili na samą myśl chce mi się rzygać!

No na litość boską! Zanurkowałbym nosem w pasze Penélopy (wiem, wiem – stare pudło), nawet gdyby była tak włochata, jak moja dupa. Jakimż trzeba być pojebem żeby dyskwalifikować tak cudowny całokształt z powodu włosów pod pachą?!

Trudno dogodzić współczesnemu macho. Jednemu włosów za dużo, innemu – za mało. Przykład: inny kolega z pracy, kolega – tu trzeba dodać – który podobnie jak ja postanowił z godnością znosić łysienie i dbanie o fryzurę oganiczył do przeczesywania głowy raz na tydzień maszynką do golenia, zapytany czy podobała mu się kliedyś Sinéad O'Connor, zdał się nieco zaskoczony, po czym błysnął glacą i odparł:

— Daj spokój! Nie kręcą mnie ŁYSE laski!

Ja tam nie wiem, ale tak sobie myślę, że gdyby dane mi było połaskotać Sinéad po migdałkach, i to zdając sobie sprawę, że nie mógłbym pchać w gardło, ciągnąc za włosy, to doświadczenie po wszystkim spojrzenia jej załzawionych, ślicznych oczu i ciche szepnięcie — Nothing compares to you… — byłoby po prostu bezcenne! Jak trzeba być wyzutym z romantyzmu, aby odrzucać kobietę z powodu łysej czaszki?!

Biorąc pod uwagę, jak wybredne są samce, to doprawdy cud, że ludzkość dawno nie wyginęła! Przecież te wszystkie z dupy mankamenty, o których pisałem powyżej to wyłącznie bzdury, bzdury, bzury – i jeszcze raz bzdury!

Co innego tyłozgryz. Według mnie – kobieta z tyłozgryzem absolutnie odpada!

Z pół-jawnych zapisków Pani O.

oranvag

Czasem nie dzieje się zupełnie nic, więc szkoda też tracić czas na pisanie o tym, że o czytaniu nie wspomnę. Aby jednak sprawić przyjemność tym, którzy jeszcze tu zaglądają, parę wypisów z kapownika mojej żony, dobre zwłaszcza dla tych, co wolą czytać o dzieciach. Zacznę od bardziej gadatliwego:
Pierwsze objawy wysmakowanego modowego gustu (zdaje się, że teraz na czasie) objawiły się u Córci w wieku dwóch lat. Doskonale wiedziała, w co chce, a w co nie chce się ubrać:
— Nie chcę tej pizamy, bo ona ma nogi! — powiedziała, kiedyśmy próbowali ubrać ją w pajacyk.
— Pac, te spodnie lezą na mnie idealnie — powiedziała natomiast po sesji kilku przymiarek przed lustrem.
W tym samym wieku kochała każde zwierzę, na przykład widząc w akwarium rekina krzyczała:
— O, libka, oć!!!
…Chodź nie do końca jeszcze rozumiała, na czym polega pływanie, bo kiedy zobaczyła swojego brata w basenie, z troską w głosie zaczęła go upominać:
— Nie lataj! Nie lataj!
Tak. W wieku dwóch lat było już widać pierwsze objawy niesamowitej elokwencji, która w kolejnych miesiącach rozwijała się wykładniczo. Kiedy podczas jakiegoś programu o ciąży tłumaczyliśmy jej, że dzieci rodzą się brzydkie, czerwone, pomarszczone i brudne, ona odparowała, wyprowadzając nas z błędu:
— Ja ulodziłam się piękna!
Kiedy nad tą pięknością rozwodziły się babcia z nianią i nieopatrznie zapytały:
— A czyje ty masz oczy, mamy, czy taty?
Ona, nieco oburzona odparowała:
— Swoje!!!
I była tego tak pewna, że kiedy czasem w żartach mówiliśmy do niej „ty potworze”, to marszczyła brwi i krzyczała:
— Nie jestem potwolem! Jestem lićną, małą dziewcinką!
Przez oczy do mózgu, a już chwilę potem do strun głosowych. Gdzieś znalazła model dużego fiata 125p, teraz już się takich na ulicy nie widuje, i z wielkim zdziwieniem zauważyła:
— Tato, ten samochód ma DWA TYŁKI!
No i na koniec warto dodać, że w wieku dwóch lat nie bała się rekina, ale wszystkiego innego – już tak. Pewnego wieczora na przykład odmówiła spania w ich sypialni, bo tam jest „STRASNE PUDEŁKO”. Był to po prostu pojemnik-głowa ludzika LEGO, tyle że kościotrupa – wiecie, biały słoik, z wymalowanymi dwiema kropkami w miejscu oczu i kratką zamiast ust. Przerażające!
No i żeby jakimś pozytywnym akcentem zakończyć, córcia nieco starsza ogląda „Było sobie życie”.
— Tato, czy to jest film o tym, jak się robi dzieci?
— Nie, kochanie. Do takich filmów musisz jeszcze dorosnąć.

Idealne zakończenie wieczoru

oranvag

Trzask drzwi samochodu Beaty wyrwał mnie z lektury „Gazety Polskiej”. Spojrzałem na zegarek – za piętnaście trzecia, najwyższy czas! Zaraz też dojrzałem kroczący, gęsto ścieśniony szpaler, zza którego nie było nikogo widać, więc to musiał być on. Zapaliłem silnik.

Opierając się na potężnym ramieniu rosłego borowika, sprawnie wsunął się na tylną kanapę, tryskając niespotykaną o tej porze energią. Widząc mnie, uśmiechnął się szeroko, nawykowo zasłaniając ubytki w uzębieniu ciasno napiętymi wargami. Pomyślałem, że tak musiała radować się Matka Teresa, której niespodziewanie podarowano kolonię trędowatych, w zaawansowanej fazie choroby.

— Słyszałeś, jak im powiedziałem? — zaczął, gdy tylko ruszyliśmy.

— Byłeś świetny — odpowiedziałem, choć szczerze mówiąc, to nie zwróciłem uwagi na radio, bo tak wciągnął mnie artykuł o projekcie dekomunizacji nazw geograficznych, a propos – to naprawdę oburzające, że do tej pory przetrwały „Czerwone Wierchy”!

— Idźcie do diabła! Ha! Idźcie do diabła! — cieszył się, jak dziecko.

— Świetnie powiedziane. Wygrywamy wszystkie starcia! Nikt nas nie powstrzyma!

— Kolejny powód do świętowania! — zatarł z radości ręce.

Bojówkarze obkleili limuzynę Beaty, jak muchy gówno. Policja musiała odklejać ich, jednego po drugim.

— Objedźcie to. Jakiś debil rzucił na ziemię świecę dymną i położył się obok niej — zaskrzeczało radio.

— To zróbcie nam przejście — syknąłem do konsoli — mam ich rozjeżdżać?

— Przyjdzie na to czas — zarechotał z tylnego fotela.

Szybko dobiliśmy do Ronda de Gaulle’a.

— Jak już zamiast palmy stanie nasz pomnik, to Francuza trzeba będzie przenieść, co nie, szefie? — zagaiłem. Właśnie – top secret! – widziałem parę projektów, naprawdę wybitne, mój ulubiony to ten, na którym świętej pamięci małżonkowie klęczą przed Matką Boską, a za nimi stoi Putin i celuje im w głowę z kałasza.

Błyskawicznie przemknęliśmy Mickiewicza, Plac Inwalidów i spokojny o tej porze Plac Wilsona. Tylko patrzeć – Potocka i Solskiego.

Zatrzymaliśmy się, borowcy wysypali się z obu aut i ostrożnie lustrowali okolicę.

— Czysto! — zakrzeczało w końcu radio — ktoś z zewnątrz uchylił drzwi.

W lusterku wstecznym zauważyłem pytające spojrzenie. Wyłączyłem silnik i w ciszy ruszyliśmy do domu.

— Nastaw herbatę, pójdę się przygotować — rzucił tylko i ruszył po schodach na górę.

Zastanawiałem się chwilę, czy wybrać „truskawkową fantazję”, czy „królową nocy”, po czym sięgnąłem jednak po „chwilę przy kominku”. Woda na starej, gazowej kuchence zaparzyła się dokładnie w momencie, gdy z góry dobiegło donośne — Juuuuuż!

Ostrożnie chwyciłem filiżanki i zacząłem stąpać po schodach, starając się, nie rozlać wrzątku. Drzwi do gabinetu były zamknięte. Odstawiłem herbatę na chodnik w łowickie wzory i nacisnąłem klamkę.

Pokój zalewało czerwone światło z nowoczesnych, zmieniających kolor żarówek na pilota. Na środku dywanu, tyłem do mnie, klęczał on, w skórzanej masce z suwakiem na ustach, siatkowej podkoszulce i pończochach samonośnych. Uśmiechnąłem się widząc między jego pośladkami czerwony błysk potężnego sztucznego diamentu, którym zakończony był ten buttplug, który w zeszłym tygodniu kupiłem w sklepie wysyłkowym.

— Widzę, że znalazłaś swój prezent, Aliku — powiedziałem łagodnie.

Mój wzrok spotkał jego uległe i pełne miłości spojrzenie. Podszedł do mnie na czworakach i zaczął ocierać się o nogi, mrucząc miękko.

— No to pora na idealne zakończenie zwycięskiego wieczoru…

Cud przedszkolnych przedstawień

oranvag

Czyż nie wkurzają was te wszystkie przedszkolne dnie matek, ojców, babek, dziadków, zakończenia roku, boże narodzenia? Wasze i cudze pociechy recytujące, śpiewające, solo lub z podziałem na role? tańczące w parach i grupach? wytwarzające kakofonię za pomocą tamburynów, kastanietów i cymbałek? Przebrane za zajączki, żabki, misie, biedronki, wilki, czerwone kapturki, aniołki, diabełki, Maryje i Józefy święte? Wszystko to zsynchronizowane, równiutko, jak po sznurku i bez oporu? Czy nie wkurza to was? Bo mnie bardzo!

Zastanawialiście się czasem, jak treser w cyrku robi to, że wkałda głowę w paszczę lwa? Pewnie nie. A to przecież łatwe – jak nikt nie patrzy, bierze bacior i jeb! głupiego sierściucha, jeb! I potem lew robi, co mu się karze. Pawłow to odkrył, choć przed nim niejeden człowiek przysposobił niejednego psa. Z psami z resztą łatwo – można je rzekomo wytresować samym dobrym słowem, podrapaniem za uchem i tego typu pieszczotami. Idąc dalej – czy delfinom chce się skakać przez kółka i wyławiać zabawki z dna, na pokazach w delfinarium? Pewnie, że się nie chce, no ale zrobią to i owo za rybkę. Proste!

A z dziećmi to wszystko nie wychodzi. Bicie wyszło z mody, smakołyków lepiej im nie dawać, bo dentysta kosztuje fortunę, a dobre słowo sprawia, że stają się rozpuszczone i potem w dorosłym życiu nie radzą sobie ze stresem. A mimo to czasem zdarza się, że wykonają proste polecenie, na przykład „nie garb się”, „włóż po sobie talerz do zmywarki” lub „nie dłub w nosie” i człowiekowi wtedy serce rośnie: oto jestem tytanem wychowywania!

A potem idziesz do przedszkola i widzisz jak twoje uparte osły wykonują niesamowite sztuczki, jak cyrkowe pudle! I pała ci mięknie. I wkurwiasz się: jak, u licha, tym drobnym paniom udaje się ich tak wytresować?!

Wychowanie przez traumatyzowanie

oranvag

Zdać by się mogło, że cztery izby przy dwojgu dzieci wystarczy w zupełności aby, że posłużę się zargonem informatycznym, nie wchodzić w kolizje. Oczywiście myśleć może tak tylko ktoś, kto nie posiada dzieci, ewentualnie posida mieszkanie, w którym liczba pokoi jest niższa od ogólnej liczby mieszkańców. W rzeczywistości bowiem kochani milusińscy chlew urządzają i tak zawsze w najbardziej reprezentacyjnym pokoju, tak zwanym salonie, a zwijają się w kłębuszek i czytają internet w sypialni rodziców, najchętniej w godzinach późnowieczornych. I kupując nowe lokum, nie łudźcie się, że coś do myślenia da im fakt, że pokój rodziców znajduje się w specjalnie wydzielonej strefie z własną łazienką, po przeciwnej stronie mieszkania. Nie da. Są za głupie.

Parę dni temu, kiedy córcia szczęśliwie usnęła przed jedenastą, na dodatek nie mówiąc zbyt wiele, udałem się na palcach do naszej sypialni, niosąc z nabożeństwem płytę „Motion” Cinematic Orchestry, która nota bene, gdym ją kupił koło października, doprowadziła mnie do rozpaczy naklejką „wielka trasa koncertowa z okazji wznowienia płyty – marzec 2016”, o czym ma się rozumieć nie wiedziałem. Bosze, za jakie grzechy tak mnie karzesz?!

Wniknąłem więc prosto w mrok naszej wydzielonej strefy, stąpając poomacku, gdy nagle potknąłem się o coś dużego i ciepłego.

— O żeż kurwajapierdolę! — zdążyłem tylko krzyknąć, orientując się za późno, że w ciemności, rozłożony na owczej skórze, leży syncio, słuchając muzyki przez słuchawki, bo „u was jest lepszy zasięg” — Co tu robisz u licha?

— Słucham muzyki. U was jest lepszy zasięg!

— No to idź stąd, raz dwa, już!

— A ja chcę z wami posłuchać muzyki…

Zaraz chyba coś gnojowi powiem…

— Nie będziemy słuchać muzyki!

— To po co próbowałeś włożyć płytę do napędu?

Zaraz mu powiem i wyleci stąd jak niepyszny!

— Wcale nie próbowałem. Przyniosłem ją tu, żeby leżała!

— No to mogę z wami…

Jeszcze chwila…

— Nie!

— Ale…

Sam się o to prosisz…

— NIE!!!

Jeszcze chwila, a bym mu powiedział, jednak na swoje (i nasze) szczęście sobie poszedł. Choć w sumie to nie wiem, czy byłbym w stanie w tym stanie to powiedzieć… Przez noc jednak dojrzałem do decyzji i następnego ranka, przy śniadaniu wypaliłem bez ogródek:

— Synu drogi, na litość boską, czemu wysiadujesz nocami w naszej sypialni?! Chcieliśmy się wczoraj z mamą pokochać! Co planowałeś? ZOSTAĆ I SIĘ PRZYGLĄDAĆ?!

Syncio speszył się tak, że głowa wleciała mu między ramiona, zaraz jednak sytuację rozładowała moja nieoceniona żona:

— No i po coś mu to mówi? Teraz będzie nam truć: „No nie, w waszym wieku nie powinniście już takich rzeczy robić!”, „To obrzydliwe!”, „Wstydźcie się!”, „Przecież możecie od tego dostać zawału!”, „Jesteście za starzy!”… — i te de, i te pe.

No i poskutkowało. Od tej pory, przynajmniej wieczorami, nasza strefa jest tylko nasza.

© Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci