Menu

Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej

Poradnik dla osób w wieku od dwóch do trzech lat, pozwalający zapoznać się i oswoić z typowymi sytuacjami zdarzającymi się w rodzinach patologicznych. Młody czytelnik znajdzie tu instrukcję, jak radzić sobie ze zdeprawowaną matką i pochodzącym z marginesu społecznego ojcem, jak przymykać uszy na nocne hałasy, jak sprawdzić, czy rodzice nie nadużywają narkotyków i alkoholu, jak zapewnić, aby stosunki małżeńskie uprawiali tylko we dwoje i wiele innych, cennych porad.

Eau de Pologne

oranvag

Dziś w zatłoczonym, mokrym autobusie stał przede mną obywatel. Nuta głowy – kwaśny pot, spocone jaja. Nuta serca – setki bąków wsiąkniętych w gacie (choć skłaniałbym się ku założeniu, że był to jednak niewymyty rów z drobnymi kuleczkami). Nuta bazy – ledwie wyczuwalne plamki spermy, prawdopodobnie zaschniętej na rękach.

Ubrany był w gustowną dresową bluzę Red is Bad™.

Dolce vita

oranvag

Ledwo co minęły rozkoszne cztery dni długiego łykendu, a już znowu w środku tygodnia, zamiast siedzieć za biurkiem, leżałem w trawie, gapiąc się na śmigające po niebie jaskółki, zanurzony w kojącym cieniu fikuśnej frontowej fasady Centrum Zdrowia Dziecka. Projektant postanowił zatopić w niej całą masę metalowych obręczy, które z daleka zapewne tworzą jakiś abstrakcyjny wzór którego, założę się, dziewięćdziesiąt dziewięć procent osób odwiedzających to miejsce nigdy nie zauważyło. Cóż się dziwić – jeśli Gorki rzeczywiście kiedyś powiedział, że „nieszczęśliwe istoty szukają pocieszenia w nieszczęściu innych” – to tu się to zupełnie nie sprawdza, oglądanie chorych dzieci i ich nieszczęśliwych, umęczonych rodziców mogłoby pocieszyć tylko psychopatę. Po prostu ciężko na to patrzeć, więc leżeliśmy z Synciem z dala od tego, w trawie i zastanawialiśmy się, czemu jego diagnostyki nie można było zacząć od dzisiejszego badania, podczas którego musiał po prostu wypić trzydzieści gramów cukru, zamiast przechodzić rozmaite wcześniejsze etapy łącznie z wpuszczaniem pehametru przez nos do żołądka.

— No trudno, trudno — powiedziałem — pozostaje nam się cieszyć, że jeszcze za demokracji, w Polsce Ludowej wybudowano ten wspaniały szpital, w którym mogą ci to wszystko robić i wciąż robią za darmo. Pomyśl, że gdybyśmy mieszkali w Stanach, na tę diagnostykę pewnie musiałbym już zapłacić tyle, ile kosztuje mały samochód…

— Służba zdrowia jest finansowana z podatków, tak? — zapytał mnie.

— Nie, podatki idą na kościół i na wojny, na szpitale jest osobna składka, na „ubezpieczenie zdrowotne”.

Po dwóch godzinach nieróbstwa, od dziewiętnastoletniego doktora, wyglądającego, jakby właśnie wrócił z surfingu na Karaibach, dowiedzieliśmy się, że syncio cierpi na nietolerancję fruktozy i powinien zdecydowanie ograniczyć spożywanie owoców (a ledwo co zaczął lubić truskawki!), jednak perspektywa rychłego zjedzenia pierwszego posiłku tego dnia okazała się na tyle podnosząca na duchu, że chyba nie przejął się tym tak mocno, jak powinien. Zobaczyłem, że na talerzu zostawia kawałki ananasa, z jedynej dostępnej w tym dniu w barze pizzy hawajskiej.

— Tak się przejmujesz swoją nietolerancją fruktozy? — zapytałem.

— Nieee, po prostu nie lubię ananasa…

Zaspokoiwszy odrobinę głód, ruszyliśmy z powrotem do miasta, na dwie lekcje wuefu i wcale mu się nie dziwię, bo kiedy temperatura zbliża się do czterdziestu, nie ma nic lepszego niż basen. Prowadziło się bosko i – aaaach! – chciałbym zobaczyć z lotu ptaka, jak naszym modnym samochodem, w ten obłędnie letni dzień, śmigaliśmy między potężnymi linami Mostu Siekierkowskiego, a potem szeroką wstęgą autostrady na Mokotów, gdzie zjedliśmy szybki brunch w pełnym lanczowego zgiełku Efezie.

Następnie wróciłem do domu i lekko zmiażdżony lolkiem zaległem na tarasie, a kiedy już wytrzeźwiałem, poszedłem na trening, po którym udałem się do przedszkola.

Córcia rzuciła mi się w objęcia, czego miałem nadzieję uniknąć, bo po robieniu wygibasów w czterdziestu stopniach po prostu płynąłem (a prysznic biorę dopiero w domu), po czym tym swoim głosem nie dopuszczającym sprzeciwu oznajmiła:

— Tato, pokażę ci, jak robię nietoperza bez trzymanki!

Udręczony upałem, zmęczony treningiem, rozleniwiony ziołolecznictwem, marzyłem tylko o powrocie do domu, no ale cóż. Ruszyliśmy na przedszkolne podwórko.

— Co, zapomniała czegoś? — zapytał woźny.

— Nie, nie. Chce mi tylko pokazać nietoperza bez trzymanki…

— Aha…

Zawiesiła się głową w dół na drabince, a że ubrana była w luźną sukienkę na ramiączkach, widok był naprawdę osobliwy: stopy w sandałach z kryształami, dalej chude, posiniaczone nogi, różowe majteczki, brzuch z lekko wystającym pępkiem, nagi biust i dzwon sukni, zakrywający całą resztę. Taka niteczka z chwaścikiem na końcu. Czysta radość.

— Wspaniale, wspaniale! — pochwaliłem i udaliśmy się w końcu do domu.

Żona przywitała mnie zimnym witbirem, po czym spożyłem trzeci tego dnia obiad, w postaci lekkiego risotto z owocami morza, zapijając to vinho verde. W nocy kochaliśmy się niespiesznie, niczym bohaterowie romantycznych powieści dla dziewiętnastowiecznych panien.

Skoro on ma nietolerancję fruktozy, to ja spiję ten cukier za niego. Gorki miał jednak rację.

W poszukiwaniu wirtualnego czasu

oranvag

Długi czas dość sceptycznie podchodziłem do bieda-VR, czyli telefonu wkładanego w fikuśną oprawkę z soczewkami. Oczywiście, kiedyś tam przeczytałem, że nawet Oculus to po prostu kawałek plastiku z zatopionym w nim zwykłym telefonem komórkowym, ale jakoś mnie to nie przekonywało, zwłaszcza po tym, co zobaczyliśmy na ubiegłorocznym Pixel Heaven na HTC Vive (do dziś pokazuję ludziom, jak moja żona, opięta gąszczem kabli, głaszcze kotrolerami wirtualnego psa i robi głupią minę w stylu: „ludzie co ja robię?!” – no, kupa śmiechu!). W końcu jednak dałem się przekonać i aktualnie spędzam w goglach więcej czasu niż z gołą komórką. Czy to rozkoszne, pływające świnki w którymś z rajskich atoli, czy wybuchy wulkanów z bliska, czy nurkowanie w głębinach, czy nawet jakieś tam durne gierki – wszystko to widziane w sferycznej panoramie wygląda niczym jakiś niezbyt mocny i nieco spikselizowany trip bez szałwii, kwasa, ajałaski i rzucania się z boku na bok przy próbach uśnięcia.

Za pomocą okularów można oglądać też zwykłe filmy, a powodowane projekcją złudzenie sprawia, że przed oczami widzimy tytanicznych rozmiarów ekran, zawieszony bądź w czerni, bądź – dajmy na to – w eleganckiej, wyłożonej czerwonym welurem sali kinowej, na ekskluzywnym seansie bez motłochu, popcornu i reszty badziewia, na które jesteśmy narażeni w tradycyjnych kinach. Wielkie, olbrzymie, wielgaśne ekranisko, do tego można samemu sobie regulować jego pozorny rozmiar.

Nagabywany przez żonę, cóż tak tam całymi dniami oglądam, szybko załadowałem do sali kinowej mojego ulubionego pornosa (tego na którym to w wieku dwudziestu paru lat, z szelmowskim uśmiechem rozpina mi rozporek i nim zacznie ssać chuja, odgarnia do kamery włosy, aby wszystko było widać), po czym z równie szelmowskim uśmiechem włożyłem jej gogle na głowę i poprawiłem paski.

Chwilę patrzyła w milczeniu, nie zdradzając żadnej emocji, aby w końcu zdjąć okulary z twarzy i rzucić tylko:

— Wstydzę się…

— Ale czego, na litość boską? — zapytałem, zupełnie nieprzygotowany na taką wypowiedź.

— Tego, że się tak postarzałam…

Jazdów ragamala

oranvag

Z drobnych cudów najlepsze są te niespodziewane.

Jak wtedy, gdy planując jedynie szybki aperol na Placu Unii Lubelskiej, wpadasz i zostajesz na ostatnim przedstawieniu „Między nami dobrze jest” Masłowskiej w TRWarszawa (dzieci w domu umierają głodu i tęsknoty).

Jak wtedy, kiedy około drugiej nad ranem znajdujesz się w parku, przez który przechodziłeś setki razy, dokładnie w tym momencie aby zobaczyć jak pada i umiera w śniegu i świetle sodowych lamp stuletnie, samotne drzewo.

Jak wtedy, kiedy pusty, spokojny ocean wypełnia się nagle po horyzont ławicami rozbrykanych delfinów.

Albo krótko przed zmierzchem w Jazdowie. Dla nietutejszych – Osiedle Jazdów to zaskakująca enklawa fińskich domków w samym centrum stolicy. Obok ambasady Niemiec, stykając się z Parkiem Ujazdowskim, rzut beretem od cyrku na Wiejskiej, pośród starych drzew i krzewów, rozsiewając wokół kościelny zapach wilgotnego drewna, przycupnęły sobie domeczki, które Finowie wybudowali w ramach reparacji wojennych dla pracowników Biura Odbudowy Stolicy. Oczywiście, jako widoczna pamiątka haniebnego i mierżącego, polsko-radzieckiego zwycięstwa w Drugiej Wojnie Światowej oraz nieekonomiczne marnotrawstwo gruntów w najdroższej części miasta, bezustannie są zakusy aby zrównać je z ziemią. I choć gromadzie zapaleńców wciąż udaje się odwlekać kolejne egzekucje, nie oszukujmy się – w końcu ktoś położy na tym terenie łapę.

Przypadek sprawił, że od Zamku Ujazdowskiego postanowiliśmy wracać właśnie tamtędy. Niebo jeszcze trochę jaśniało, ale słońce zaszło już dobry kwadrans wcześniej. Ptaki naćpane wonią butwiejącego drewna darły się w niebogłosy, huk Trasy W-Z był nieco już przytłumiony, cichszy od szumu drzew i… coś jeszcze łechtało moje uszy… Jest coś takiego niesamowitego w muzyce na żywo, tajemnicza akustyczna właściwość, której nie da się wykrzesać z żadnych głośników i wzmacniaczy.

Czując się niczym Winter, słyszący dźwięk gitary w mrocznej, lizbońskiej kamienicy, meandrowałem między kwartałkami Jazdowa. Coraz bardziej zbliżaliśmy się do muzyki, aby w końcu, w jednym z ogródków trafić na kameralny koncert rag, pośród leżaków i rozkładanych ogrodowych foteli. W gęstniejącym mroku, pod wybujałymi koronami, obok fińskiego domku, na tle słowiczych treli snuła i wiła się ta obca muzyka, niosąca nieodgadnione emocje i niezrozumiałe opowieści. Utonęliśmy na godzinę…

To właśnie jeden z tych drobnych cudów. Ale skoro o nim opowiedziałem – nie będzie już niespodziewany, za co przepraszam. Koncerty w każdą środę po ósmej. Wejście co łaska.

O wyższości buddyzmu nad chrześcijaństwem

oranvag

Poranek w autobusie komunikacji miejskiej. Niedospanie, kace, proza życia, z resztą – co ja wam będę mówił, każdy wie, o co chodzi. Po prostu sytuacja, w której łatwo komuś nastąpić na odcisk, co z resztą ma miejsce dokładnie w tej chwili. Starsza pani, wstając przygniata szmaciane adisaski z Biedronki młodemu przedstawicielowi tak zwanego plebsu, koloru jego czupryny nawet nie wspomnę, z resztą – mój trener personalny też jest rudy i złego słowa nie da się o nim powiedzieć.

Młodociany gbur wyskakuje z mordą na staruszkę, zarzucając jej bark kultury, tak że niesie po całym autobusie, babuleńka, głosem drżącym z emocji broni się i tłumaczy, uzyskując całkiem silne poparcie ze strony pasażerów, którzy życzą pryszczatemu więcej ogłady lub sugerują, aby się po prostu odpierdolił od starowinki. Oczywiście nie trwa to długo, bo to właśnie był jej przystanek, opuszcza więc autobus nieco roztrzęsiona, a adidasek zajmuje jej miejsce. Siadam obok niego na podwójnej kanapie.

Na następnym wchodzi dwóch zbirów, a wiadomo z czym to się zwykle wiąże: odznaki, czytniki, bileciki. Kątem oka widzę, że chłopczyna się spina, ale gdzie tam – nie ma szans przecisnąć się szybko przez moje zwaliste cielsko, o ile sam nie zechcę go wypuścić. Przemili panowie wyciągają swoje gadżeciki, ja z promiennym uśmiechem daję skontrolować swoją kartę miejską i wyczekująco spoglądam, jak sprawy się potoczą dla pogromcy staruszek, choć oczywiście już się domyślam…

— Wygasła ważność pana karty!

— No niemożliwe, byłem pewien, że jest do piątego, pan może sprawdzić, że od dwóch lat mam ciągłość, zawsze opłacane bilety!

— No ale teraz pan nie ma. Płaci pan teraz – jest taniej, albo wypisujemy mandacik – drożej.

Nie ma gotóweczki, więc pan raczy wysiąść z autobusiku, na co – tym razem – mu pozwalam. Kiedy mnie mija, rzucam tylko od niechcenia:

— Instant karma, babcia wins!

No i na co komu "Pambóg nierychliwy ale sprawiedliwy"?

Rozmowy przy kasie w Biedronce

oranvag

Pospieszyliśmy do kasy z długim taśmociągiem, zachęceni przez faceta, który skompresował swoje towary, aby zrobić miejsce dla nas. Dopiero kiedy skończyliśmy wykładać butelki Bordeaux i Verde, zauważyliśmy, że na stanowisku siedzi nowy koleś, niestety było już za późno, aby się wycofać. Facet z kolejki zwyczajnie nas wrobił!

Chłopczyna niemrawo przerzucał ramki kodów w poszukiwaniu ceny pietruszki. Najpierw z lewa na prawo, potem jeszcze dla pewności – z prawa na lewo.

— Przepraszam, jaki kod ma pietruszka? — zapytał opryskliwą babę przy kasie obok.

— Sześcset sześćdziesąt sześć — odpowiedziała baba — nie ma w spisie?

— Nie ma w ogóle warzyw…

— Pewnie ktoś wziął kartkę do innej kasy…

Nieszczęśnik dla pewności pociamkał ramkami jeszcze raz i, dając za wygraną, opuścił miejsce pracy, udając się niespiesznie do innej kasy, w której z uwagą dokonał inwentaryzacji ramek, szczęśliwie zawierających ceny warzyw. Powoli wrócił z kartką do siebie, gdzie umieścił cenną listę w jednej ze swoich oprawek, a propos – powinni chyba inaczej je zaprojektować, ponieważ czynność ta wygląda na niezwykle skomplikowaną, zajęła mu około minuty.

Potem przyszła kolej na następne warzywa, których ceny znajdywał na zdobycznej liście, wodząc powoli palcem.

Moja żona zaczęła nerwowo przebierać nogami.

— Uczy się — szepnąłem, aby ją uspokoić.

Pooooomidory… Paaaapryyyykaaaa… Baaaanaaaany… – przechodziły niespiesznie na opłaconą stronę, z drobnymi przerwami na:

— Przepraszam, a co to za bułka?

Albo:

— Czy to są młode kartofle?

W końcu jednak przyszła pora płacić. Złośliwy koleś, który wrobił nas w tę kasę, nie wiedzieć czemu postanowił siedemdziesiąt cztery peeleny zapłacić banknotem dwustuzłotowym (chuj miał w portfelu kartę, widziałem)! I tu kolejna katastrofa:

— Nie mam gotówki w kasie, żeby wydać! —zwrócił się do baby obok, z lekką paniką w głosie.

Moja żona zaczęła warczeć.

— Jest nowy… — starałem się ją uspokoić.

Baba coś mruknęła i rzuciła:

— Daj mi ten banknot, rozmienię…

— Ale już zamknąłem kasę…

— No to se radź! Wezwij kierownika.

Chłopak zaczął niepewnie machać w stronę przeszklonego fenickim szkłem okienka.

— Dwa krótkie dzwonki!!! — ryknęła baba.

Dobiegł mnie zgrzyt zębów żony.

— Spokojnie, spokojnie — szeptałem, ukradkiem głaszcząc ją po zadzie.

Dwa krótkie dzwonki jakoś się nie rozlegały (może biedak nie wiedział, gdzie naciskać), jednak kierowniczka, najwyraźniej zaniepokojoną zagęszczeniem klientów przy kasach, opuściła swoją kanciapę sama z siebie i udała się w stronę trzeciej wysepki.

— Ale tu jest problem!!! — zaoponował chór udręczonych zakupowiczów, tonem w którym słychać było mieszankę rozdrażnienia i lamentu.

No dobra, dobra. Mógłbym to pociągnąć jeszcze parę stron, ale aby oszczędzić czytelnikowi tortur, skrócę opowieść do niezbędnego minimum. Tak więc: załadowano nowe banknoty, podstępny kutas otrzymał swoje sto dwadzieścia sześć złotych reszty i przyszła kolej na nas.

Z kodowanymi rzeczami poszło… w miarę. Potem, niestety, były warzywa i owoce. Widząc, jak nieszczęsny kasiarz wpatruje się zadumanym wzrokiem w kiść pomidorów, żona opanowanym tonem wyjaśniła:

— Pomidorki czery.

A potem jeszcze:

— Cebula.

— Ale one są pomieszane…

— Tak, cebula mieszana, tak, macie taką.

Aż przyszła pora na bataty, które spowodowały, że zadumanie na twarzy młodego sprzedawcy przeszło w zdumienie.

Parę sekund obracał w palcach przezroczystą, foliową torebkę, parę razy, dla pewności, rozszerzał ją i zaglądał do środka, spodziewając się może, że przez warstwę plastiku mógł ujść jego uwadze jakiś istotny szczegół. Wreszcie dał za wygraną.

— Pani wie może, co to jest? — zwrócił się do mojej żony, która trzymała fason, oddychając miarowo i głęboko. Najwyraźniej jednak była to jednak kropla, która przelała czarę...

— Nie mam pojęcia, proszę pana. Leżało pośród innych warzyw, wyglądało odpałowo, więc wzięłam…

Dmuchałem panią Ewę

oranvag

Choć ścieżkom rowerowym w Warszawie nadal brakuje wielu kilometrów do tych w cywilizowanych zakątkach świata (gdzie cykliści, weganie i pedały nie są elementem ideologicznie wrogim), to jednak przyznać trzeba, że da się nimi dobry kawałek pojechać. Na uroczy Żerań, wielkomiejskie Bielany, do estetycznego Wilanowa lub nawet podmiejskich Kabatów. Ponieważ w ostatnich latach jeździliśmy głównie w lewo, ostatnimi czasy częściej wybieramy drogę w prawo. Zaraz za rezydenturą Imperium Zła mijamy Ujazdowski i Łazienki, po czym zjeżdżamy w dół obok Władimira, co jest bardzo przyjemne w tę stronę, ale raczej wyczerpujące w drugą, kiedy to lepiej wybrać łagodniejszy podjazd niedaleko siedziby Programu Trzeciego Polskiego Radia, Katolickiego Głosu W Twoim Domu.

Wracając w niedzielę z krótkiego trójkącika, którzy przebiegał wzdłuż trasy siekierkowskiej, następnie brzegiem Wisły, elegancką ulicą Bartycką i całkiem zwyczajnym Cyplem Czerniakowskim, po którym druh drużynowy jechał autem pod prąd (pewnie Harcerstwo RP…), zostaliśmy zatrzymani na podwórku przez panią Ewę. W telewizji i kolorowych czasopismach, kiedy to ma na wierzchu te swoje ogromne, olbrzymiaste, kopulaste balony, nadal jest w stanie kusić samców, nawet o czterdzieści pięć lat młodszych od niej. Ale incognito, kiedy przemyka po mieście na rowerze, w słomkowym kapeluszu i słonecznych okularach, wygląda raczej na uroczą cioteczkę, której bardziej w głowie serniczek i herbatka, niż sześć i dziewięć.

— Czy ma pan pompkę? — zapytała.

— Nie przy sobie.

— Bo moja chyba nie działa. Pompuję i pompuję i nic…

Ująłem ją w dłoń, działała. Pewnie po prostu pani Ewa nie przestawiła spustu. Chwyciłem więc nakrętkę wentyla w kciuk i palec wskazujący i odkręciwszy ją zacząłem rytmicznie wciskać powietrze w dętkę pani Ewy.

— Muszę szybko dojechać do siebie na Mokotów, a w taksówce za przewóz roweru to bardzo dużo zapłacę.

—Wchodzi jak w masło — powiedziałem.

— Oooo — zmartwiła się, myśląc, że to źle.

— Nie, nie. Pompuje się, jest dobrze — wyjaśniłem — a ja bym tu jednak rowerem nie parkował.

— Dlaczego?

— W tym bloku mieszka kilku Polaków Lepszego Sortu. Zobaczył jeden z drugim, że przyjeżdża pani do pani Krysi, a wiadomo, co o niej tacy Prawdziwi Polacy mówią, wie pani? Zobaczyli, no to wzięli i spuścili. Powietrze. Bo teraz doszło do końca, niech pani patrzy.

Pani Ewa popatrzyła i dla pewności przejechała się wokół podwórka.

— Jest dobrze, dziękuję! — zawołała i z uśmiechem wyjechała przez bramę, wyglądając jak zwykła starsza pani.

— A to ci przygoda… — powiedziała moja żona.

Boski czilałt

oranvag

Jeszcze zanim mieliśmy dzieci, czytałem gdzieś taki gorzki tekst o tym, ile czasu zabierają kolejne pociechy (zdaje się, że przy trzecim nie zostawało już nic dla rodziców). Fakt, że życia już teraz jest mało, szczególnie w tygodniach z klasówkami, kiedy do późnej nocy trzeba przepytywać, dajmy na to – z er geologicznych, budowy ziemi, geologii i skał oraz wulkanizmu. Aż strach pomyśleć, co będzie, kiedy córcia wkroczy za parę lat w świat sprawdzianów i prac domowych i przyjdzie nam maglować jedno i drugie. Ale to jeszcze nic! Syncio, posiadający dość wysublimowane poczucie humoru, potrafi znęcać się nad rodzicami, mówiąc na przykład: — W ogóle się nami nie interesujecie, nie spędzacie z nami czasu, cały dzień tylko siedzicie w tej pracy! — i choć, oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że to jeden z jego perwersyjnych żartów, trudno nie nabawić się przy tym wyrzutów sumienia. Potem przychodzi wieczór, my zakładając, że dryblas już usnął w swej norze, siedzimy, lekko zmiażdżeni lolkiem, gmerając sobie wzajemnie i niespiesznie w narządach, gdy nagle słychać, jak otwierają się drzwi do jego pokoju i pojawia się w salonie z kategorycznym rozkazem:

— Niech mnie ktoś podrapie po plecach!

A potem trzeba jeszcze pogłaskać po brzuchu i zmierzwić plerezę. Skaranie boskie! Już nawet nie pamiętam czasów z zeszłego bloga, kiedy moczyliśmy się w wannie, zdać by się mogło, całymi godzinami, w nieskończoność waporyzując tę samą porcję trawy. Zdarzało się wysłuchać w łazience całej płyty, a potem, bez pośpiechu, bez zastanawiania się, kiedy będzie następna okazja, szło się do łóżka, na skórzaną kanapę, albo puf i pierdoliło w każdą dziurę, aż któreś z nas padało ze zmęczenia. A teraz to jakiś speed fucking – w nocy trzeba się spieszyć, zanim zmorzy nas sen, rano – zanim ktoś nam się właduje do sypialni z natarczywym: — Głodna! Głodna!

Na szczęście jest przełom kwietnia i maja oraz kwatery rodzinne z rozdzielnymi pokojami, które w połączeniu z narkotycznym działaniem tlenu i aktywnym wypoczynkiem, potrafią uczynić z tych paru dni prawdziwy miodowy łykend dla rodziców. Cóż to była za rozkosz, kochać się bez pośpiechu, wolniutko, do tego z roziskrzoną Wielką Niedźwiedzicą, wpisaną idealnie w ramę dachowego okna, dokładnie nad głową. Tam na zewnątrz majowa noc szaleje zerem stopni, a tu my, w cieplutkim pokoiku, lekko sklejeni potem, z mieszkanką spermy i soku z cipy na twarzach, leżymy na boku, ocierając się czubkami nosów i szepcząc czułe słówka:

— Lubię jak ze mnie wypływasz…

— A ja lubię, kiedy wypływam z ciebie. Kiedy usypiasz na boku, gmeram ci jeszcze długo palcami w cipie, wyłuskuję, co się da i rozmazuję dookoła.

— O, fajnie. A dlaczego to lubisz?

— No, nie wiem. Pewnie taki atawizm, że wiesz, samica napompowana moją spermą to coś dobrego. Trudno powiedzieć. A jesteś w stanie wyjaśnić czemu ty to lubisz?

— Nie.

— No widzisz…

Następnego dnia zwiedziliśmy Wilczy Szaniec, wysłuchaliśmy organów w Świętej Lipce, wdrapaliśmy na wieżę zamku w Reszelu i odwiedziliśmy kościół Piotra i Pawła. Niewykluczone, że były to dla Syncia dwie pierwsze w życiu wizyty w kościele, więc nawet nie narzekał za bardzo, tylko z ciekawością się przyglądał, rozpoznając najpierw bezbłędnie styl barokowy, a potem gotycki (przepytywanie do późnej nocy nie poszło więc zupełnie na marne).

Wieczorem, cudownie rozbudzony najprzedniejszym Jackiem Herrerem, myślałem sobie, że nie ma chyba w życiu nic lepszego niż patrzeć na pełne gwiazd niebo, czując jednocześnie na chuju usta język, a od czasu do czasu – odrobinę gardła. Założyłem więc ręce za głowę i gapiłem się w nie, gapiłem i gapiłem, od czasu do czasu ściskając tylko mięśnie w dole, żeby miała wrażenie, że fiut stale rośnie w jej ustach.

Kolejny dzień wstał piękny, wypożyczyliśmy więc motorówkę, którą Syncio z dumą prowadził ze Święcajt aż do Giżycka. W drodze powrotnej zerwał się potężny wiatr i łódka radośnie podskakiwała na falach, ochlapując nas tumanami zimnych jak lód kropelek.

Bujanie i wrażenia szybko zmęczyły nasze kochane pociechy, dzięki czemu mniej więcej godzinę mogliśmy spędzić z chujem w cipie, nie ruszając się zanadto, tylko całując i mówiąc, jak to bardzo się kochamy. Coś fantastycznego, w domu byłoby to niewykonalne!

Ostatniego dnia płynęliśmy kajakami, leniwą rzeczką, pośród drzew wyrastających z wody oraz pod drzewami powalonymi przez bobry. Przeprawy przez jeziora okazały się za to nielichym wyzwaniem, zwłaszcza kiedy lodowata, wzburzona woda, obracając kajaki bokiem do fal, przelewała się przez burty. Dzieci znów usnęły szybko.

I kiedy wieczorem, znów, oblepieni płynami organicznymi leżeliśmy patrząc na Wielką Niedźwiedzicę, pomyślałem sobie, że jedyne święto w roku, które naprawdę cenię, to Święto Pracy. Niech się święci pierwszy maja!

Creepypasta 2

oranvag

Niedawno, zupełnie niedawno temu, tak ze cztery lata, byłem sobie w domu bez żony, tylko z dziećmi. Oba kochane skarby już słodko spały w naszym łóżku, jako że będąc dobrymi rodzicami pozwalamy im na to, kiedy któregoś z nas nie ma (to w ramach pokuty za to, że zawsze ich niecierpliwie w nocy przepędzamy z naszej sypialni, bo jak wiadomo: człowiek nie ksiądz i ruchać musi). Siedziałem więc po ciemku w salonie, bo właśnie skończył się jakiś film, który oglądałem na wspomaganiu i kiedy ucichła muzyka napisów końcowych, moich uszu zaczął dobiegać nikły, ale jeżący włosy na karku dźwięk. Nie z głośników, ani nie z zewnątrz, ale od strony sypialni!

— Ohhhhhhoooofooohooooo… Ugrughhhhhhhh… Rrrrrrrrrrrrr! — mówiło Niewiadomoco.

Mózg, który w stanie psychodelicznym potrafi płatać najróżniejsze figle, natychmiast oczywiście poczęstował mnie wizją, że oto któraś z pociech (w ciemności nie było widać, która) krztusi się, dusi i umiera w męczarniach, charcząc w ten nieludzki, potworny sposób. Zerwałem się z kanapy i pobiegłem w stronę przedpokoju, gdzie dźwięk słychać było donośniej, coś jakby:

— Uaaaaarmuh… muh!… muh!... muh! Uaaaaarrrrraaaaaruuuuuhhaaaaa!

Ochrypły, basowy growl, warczenie, sapanie czy też mamrotanie. Ugięły się pode mną nogi, bo brzmiało to jak stękanie jakiegoś psychopatycznego mordercy, który wypatroszywszy moje dzieci, bóg wie co robił z ich ciałami w naszym łóżku. Zastygłem w bezruchu, skulony pośród lekko świecących przedmiotów i kłębiących się fraktalnie ciemnych plam, bojąc się sięgnąć do włącznika światła (co, jeśli to COŚ mnie zobaczy?!). Od sypialni dzieliło mnie parę kroków, ale chwilowo sparaliżował mnie strach.

— Dżuuuuuuuuuguuuuuuuu bhhhhhuuuuuuueeeeeee — ryczał potwór, nie zaprzestając ani na chwilę wydawania tego upiornego dźwięku.

„Na litość boską! Przecież nie ma potworów” — mówiłem sobie w duchu, co wcale nie powodowało, że gęsta, czarna plama, kłębiąca się tam, gdzie chyba było łóżko, przybierała przyjazne kształty. Przypomniało mi się, jak byłem mały i miewałem koszmary, a każdy nocny cień i każdy dźwięk wytwarzały nowe, przerażające halucynacje. Bardzo podobnie było teraz. Wycofałem się na czworakach do kuchni i zaopatrzyłem w parę utensyliów zaczepno-obronnych: deskę do cięcia warzyw, która mogła być tarczą i obuchem oraz tłuczek, zdając sobie sprawę, że jeśli to profesjonalny morderca, kosmiczny drapieżca lub zombie, moje szanse są, tak czy siak, nikłe.

Wypełzłem z kuchni, przeczołgałem się przez przedpokój i stanąłem z boku framugi, gotowy do ataku z zaskoczenia.

— Ooooohooooofaaaaaaaaa ihhhhhhhiiisssstuuuuuuuuuuu hhhhhhhhaaaaaaaaaa — bełkotał stwór.

Nie widział mnie, ani nie czuł, inaczej na pewno przestałby to robić, tłumaczyłem sobie. Stąpając na palcach, wszedłem do sypialni i bezszelestnie posuwałem się po dywanie. Podgumowane rolety zapewniały stuprocentową ciemność, w której kwas tworzył fantasmagoryczne, blade straszydła i rozświetlał krawędzie mebli lekką, fluorescencyjną poświatą.

— Uuuurrrraaaahaahaaaaaaaaa!!! — mówiło coś, już prawie pod moim nosem.

W przebłysku racjonalnej odwagi sięgnąłem w stronę lampki nocnej i nacisnąłem włącznik. Obraz przedstawiał się następująco:

Syncio spał skulony, owinięty swoją kołdrą od strony ściany, córcia natomiast tuliła się kurczowo do ubranego w strój Mikołaja renifera, który zipiąc ostatnimi woltami prądu z baterii usiłował radośnie machać kopytkami, śpiewając „Jingle bells”, z ukrytej w nim malutkiej winylowej płytki. Słabe napięcie, nadwerężane dodatkowo przez rozpaczliwe próby poruszania się w żelaznym uścisku małej dziewczynki powodowało, że płyta kręciła się niezwykle niemrawo, zamieniając wkurwiający falset reniferka w nieludzki ryk Cthulu. Stały uścisk na brzuszek (WCIŚNIJ MNIE!) powodował, że piosenka grała się i grała, na okrągło.

Zastanawiałem się jeszcze chwilę, czy po cichu nie wyjąć zwierzaka z jej objęć i w kuchni skrócić jego cierpienie tłuczkiem. Ale skoro już tylko opadły emocje i zmyłem z siebie cuchnący strachem pot, machnąłem na to ręką.

I pozostał z nami. Do dziś siedzi na półce w jej pokoju, jako namacalna pamiątka tej strasznej nocy, podczas której przyszło mi stanąć w obronie dzieci naprzeciw niewidzialnego, krwiożerczego wroga…

Gorzej niż Shawshank

oranvag

Czwartek i piątek miałem wolny, dzięki córci która raczyła w przedszkolu złapać jakiegoś wirusa pokarmowego. W środę została z nią żona, umówiwszy się wcześniej na wizytę w przychodni. Gdy przyszło do wypisania zwolnienia, doktor chciał koniecznie wiedzieć, dlaczego ma być na mnie.

— Bo jesteśmy dżender — wyjaśniła mu żona, ale prawda jest taka, że ona pracuje, a ja to ino chodzę do pracy, więc z chęcią wykorzystuję każdą możliwość, aby oderwać się od rutyny i zrobić coś bardziej produktywnego – na przykład poczytać książkę na tarasie, albo zbudować coś z klocków.

Dzień był nawet niczego sobie, pomyślałem więc, że może zamiast kląć w duchu szukając, jak na złość, maluśkich elementów pośród hałd lego, które posiadamy, pójdziemy sobie na miły spacer. Oczywiście nie można iść ot tak. Trzeba mieć cel.

— Skoczymy na naturalnego? — spytałem więc córcię.

— Nieeeee, nie mogę. Pan doktor skazał mnie na dietę…

Ostatni taki Hubert

oranvag

Rok temu widywałem Urbańskiego, szarego i nie rzucającego się w oczy, jak jadał naturalne na Zbawixie ze swoją córką. Raz siedzieliśmy nawet obok siebie na ławce. Myślałem sobie wtedy, że ten facet musi łaknąć ewentualnej kolejną edycji „Milionerów” bardziej niż kania dżdżu. No i proszę, czary mary – oto powrócili, więc w tym roku na pewno będzie mógł wcinać lody z radością, a może i postawić je wszystkim stojącym w ogonku. Tymczasem, dla naszych dzieci telewizja musi być czymś niedorzecznym. Syncio jest z pokolenia, które miało z nią jeszcze jakiś kontakt, ale już córcia przywykła do jutuba, wciąż nie jest w stanie zrozumieć, jak to działa. Kiedy kończy się jakaś bajka, potrafi powiedzieć:

— A teraz chcę następny odcinek! — albo — To teraz zmieńmy na „owcę w wielkim mieście”.

Na co trzeba jej wytłumaczyć, że ogląda właśnie telewizję, przestarzałą dwudziestowieczną usługę, która nie pozwala wybierać tego, co będzie następne. Bardzo ją to dziwi.

Oczywiście, gdy w końcu tradycyjna telewizja zdechnie, a mam nadzieję dożyć tych czasów, zginą pewnie też teledurnieje. Aby dzieci przynajmniej pamiętały, czym są, w zeszłym tygodniu pokazałem im „Milionerów”. No i od tej pory życzą sobie, żeby wieczorem włączać telewizję. Oglądamy sobie, dajmy na to, „Hobbita”, a tu zbliża się dziewiąta i słyszę — Zaraz będą „Milionerzy”! — i trzeba przełączyć.

— Oglądajcie, oglądajcie — mówię — póki jeszcze mamy telewizję.

— A co ma się stać z telewizją? — zaciekawił się syncio.

— Wymawiam ją.

— A dlaczego?

— Ponieważ kaczystowski reżim chce, aby wszyscy, którzy korzystają z telewizji kablowej płacili abonament na TVP, katolsko-narodową gadzinówkę, pełną ohydnej propagandy. Nie ma chuja, żebym dokładał im się do tego gówna, rozumiesz, synu?

— Rozumiem. A będziemy mieli jeszcze kiedyś telewizję?

— Tak, jak Polska odzyska niepodległość.

— Czyli kiedy?

— Kiedy świnie zaczną latać.

A może to jednak kryzys wieku średniego?

oranvag

Tak się właśnie zacząłem zastanawiać – a może jednak? Może to kryzys wieku średniego? Prawda, że nasz nowy samochód nie jest czerwonym, sportowym coupe, ale przecież jest modny i przyciąga spojrzenia, nie mówiąc już o tym, że sam uwielbiam, patrzeć, jak odbija się w wysokich szklanych witrynach, widzę go wtedy z profilu i myślę sobie: „ależ on jest ładny!” (czy to już oznaka kryzysu, czy też może dopiero teraz staję się prawdziwym mężczyzną?). A propos – najlepsze ze spojrzeń było w Szwajcarii. Zatrzymaliśmy się na stacji serwisowej Subaru, żeby zetrzeć wymiociny córci ze skórzanej tapicerki. Nie, nie ma choroby lokomocyjnej, ale po siedemdziesiątym z następujących jeden po drugim zakrętów (liczyłem) któż nie chciałby puścić pawia? No więc wychodzę z warsztatu, zmywszy z królewny resztki rzygów i widzę jak podjeżdża Audi A4, koleś pewnie dostał rzęcha jako wóz zastępczy i właśnie wraca po zostawionego w serwisie Japońca.

Wysiadł i już miał kierować się w stronę budynku, kiedy spojrzał w stronę mojej bryczki i się zatrzymał. Wiem, co mu przyszło do głowy, pewnie z daleka zobaczył białą, opływową sylwetkę i pomyślał sobie: „A cóż to jest? czyżby Subaru w końcu zrobiło samochód nie wyglądający jak psia kupa?”. Podszedł, obszedł go dookoła i dopiero wtedy skierował swoje kroki do kanciapy. Ha! Jeden zero dla nas!

Ale nie myślałem jeszcze wtedy o kryzysie, to nastąpiło dopiero w zeszłą niedzielę, kiedy to wyprowadziłem na przejażdżkę mój nowiutki, piękny rowerek. Nowy wcale nie z kaprysu, w końcu zaczyna się sezon na pedałowanie, a my, nie bez pewnej refleksji nad prędkością pędzącego czasu, skonstatowaliśmy, że syncio, metr siedemdziesiąt sześć, ma bajk dostosowany do wzrostu, jaki posiadał w wieku dziesięciu-jedenastu lat (ledwie wczoraj…). Najprostsze rozwiązanie, aby ograniczyć koszty: on dostaje mój, na którym to jeszcze jeździł w niemowlęcym foteliku, a ja kupuję nowy na miarę moich potrzeb.

Pojechaliśmy więc do sklepu prowadzonego przez wnuka zwycięzcy Tour de Pologne (1935, 1937) i licznych mistrzostw Polski. Jeżdżąc do tej pory na marketowym rowerze nie miałem oczywiście bladego pojęcia, jak może wyglądać jazda na czymś porządnym, więc kiedy wsadzono mnie na pierwszy LEPSZY welocyped i polecono przejechać się w celu oceny mojej postawy kolarskiej, doznałem lekkiego szoku. To nie było pedałowanie, raczej przebieranie nogami w czymś tylko odrobinę gęstszym od powietrza!, rower nie toczył się, a unosił na ziemią! Coś zbliżonego czułem tylko raz, ale gnałem wtedy z kwasem w głowie i słońcem na glacy, więc odczucia były zdecydowanie zafałszowane. No kto by pomyślał, że nadejdzie dzień, w którym zachwycę się mechanizmami! Po przegryzieniu się przez fora i blogi, planowałem lekki rower z osprzętem Deore, a przemiły sprzedawca za niewiele więcej zaproponował mi maszynę z XT na tyle, znać wyczuł snoba.

Pozostało tylko zbadanie rozstawu mojej dupy na specjalnym krzesełku, w celu dobrania odpowiedniego siodełka. Mój nowy rower, zapewne ze względu na tę profesjonalną przerzutkę, posiadał też profesjonalne siodełko, wiecie – taki niewielki klinik zrobiony z czegoś potwornie twardego, bez krzty miłego żelu. Przymierzyłem się i ledwo dotykając palcami ziemi, jak każe bóg cyklistów, nadziałem się na to coś.

— I jak? — zapytał przemiły sprzedawca.

— Czuję, jak miażdży mi prostatę — odpowiedziałem.

— Niech się pan nie przejmuje, to i tak się niedługo wytnie…

A może to jednak kryzys wieku średniego?

oranvag

Tak się właśnie zacząłem zastanawiać – a może jednak? Może to kryzys wieku średniego? Prawda, że nasz nowy samochód nie jest czerwonym, sportowym coupe, ale przecież jest modny i przyciąga spojrzenia, nie mówiąc już o tym, że sam uwielbiam, patrzeć, jak odbija się w wysokich szklanych witrynach, widzę go wtedy z profilu i myślę sobie: „ależ on jest ładny!” (czy to już oznaka kryzysu, czy też może dopiero teraz staję się prawdziwym mężczyzną?). A propos – najlepsze ze spojrzeń było w Szwajcarii. Zatrzymaliśmy się na stacji serwisowej Subaru, żeby zetrzeć wymiociny córci ze skórzanej tapicerki. Nie, nie ma choroby lokomocyjnej, ale po siedemdziesiątym z następujących jeden po drugim zakrętów (liczyłem) któż nie chciałby puścić pawia? No więc wychodzę z warsztatu, zmywszy z królewny resztki rzygów i widzę jak podjeżdża Audi A4, koleś pewnie dostał rzęcha jako wóz zastępczy i właśnie wraca po zostawionego w serwisie Japońca.

Wysiadł i już miał kierować się w stronę budynku, kiedy spojrzał w stronę mojej bryczki i się zatrzymał. Wiem, co mu przyszło do głowy, pewnie z daleka zobaczył białą, opływową sylwetkę i pomyślał sobie: „A cóż to jest? czyżby Subaru w końcu zrobiło samochód nie wyglądający jak psia kupa?”. Podszedł, obszedł go dookoła i dopiero wtedy skierował swoje kroki do kanciapy. Ha! Jeden zero dla nas!

Ale nie myślałem jeszcze wtedy o kryzysie, to nastąpiło dopiero w zeszłą niedzielę, kiedy to wyprowadziłem na przejażdżkę mój nowiutki, piękny rowerek. Nowy wcale nie z kaprysu, w końcu zaczyna się sezon na pedałowanie, a my, nie bez pewnej refleksji nad prędkością pędzącego czasu, skonstatowaliśmy, że syncio, metr siedemdziesiąt sześć, ma bajk dostosowany do wzrostu, jaki posiadał w wieku dziesięciu-jedenastu lat (ledwie wczoraj…). Najprostsze rozwiązanie, aby ograniczyć koszty: on dostaje mój, na którym to jeszcze jeździł w niemowlęcym foteliku, a ja kupuję nowy na miarę moich potrzeb.

Pojechaliśmy więc do sklepu prowadzonego przez wnuka zwycięzcy Tour de Pologne (1935, 1937) i licznych mistrzostw Polski. Jeżdżąc do tej pory na marketowym rowerze nie miałem oczywiście bladego pojęcia, jak może wyglądać jazda na czymś porządnym, więc kiedy wsadzono mnie na pierwszy LEPSZY welocyped i polecono przejechać się w celu oceny mojej postawy kolarskiej, doznałem lekkiego szoku. To nie było pedałowanie, raczej przebieranie nogami w czymś tylko odrobinę gęstszym od powietrza!, rower nie toczył się, a unosił na ziemią! Coś zbliżonego czułem tylko raz, ale gnałem wtedy z kwasem w głowie i słońcem na glacy, więc odczucia były zdecydowanie zafałszowane. No kto by pomyślał, że nadejdzie dzień, w którym zachwycę się mechanizmami! Po przegryzieniu się przez fora i blogi, planowałem lekki rower z osprzętem Deore, a przemiły sprzedawca za niewiele więcej zaproponował mi maszynę z XT na tyle, znać wyczuł snoba.

Pozostało tylko zbadanie rozstawu mojej dupy na specjalnym krzesełku, w celu dobrania odpowiedniego siodełka. Mój nowy rower, zapewne ze względu na tę profesjonalną przerzutkę, posiadał też profesjonalne siodełko, wiecie – taki niewielki klinik zrobiony z czegoś potwornie twardego, bez krzty miłego żelu. Przymierzyłem się i ledwo dotykając palcami ziemi, jak każe bóg cyklistów, nadziałem się na to coś.

— I jak? — zapytał przemiły sprzedawca.

— Czuję, jak miażdży mi prostatę — odpowiedziałem.

— Niech się pan nie przejmuje, to i tak się niedługo wytnie…

Pożegnanie z bickiem

oranvag

„A więc tak to się kończy” — pomyślałem smętnie, napinając biceps przed lustrem w łazience — „żona będzie dalej rzucać ketlem, rzeźbiąc swoje jędrne, milfowe ciało, a ja będę flaczeć na aerobach…” — tu napiąłem mięśnie pleców, zamieniając je w efektowny trójkąt — „a tak lubiłem rzucać złomem, najprzyjemniejszy rodzaj treningu, ćwiczenia na odchudzanie, to nie dla mnie” — napiąłem mięśnie brzucha, sześciopak w zasadzie ginie pod tłuszczem, ale widać, że są ćwiczone — „nie lubię się pocić, nie jestem grubasem”.

No ale cóż począć. Miesiąc temu okulistka powiedziała, że rozwarstwia mi się siatkówka, że w najlepszym wypadku można ją przyszyć laserem, w najgorszym – operacja oka.

— Ale od czego to tak? — zapytałem, zdruzgotany.

— Ze starości — odpowiedziała bez mrugnięcia okiem.

Dała mi namiar na babkę, która doszywa siatkówki, ale „nie robi tego, jeśli nie jest to absolutnie konieczne”, a ta na pierwszej wizycie popatrzyła mi w gały i zaraz — JEB! JEB! JEB! — z lasera. Tłukłem się potem autobusem przez pół miasta, ci co znali się na rzeczy pewnie zazdrościli mi tripa – z daleka w ogóle nie było mi widać tęczówek, a ja wolałem zamykać oczy, bo tak raziło mnie światło. Siłownia – wykluczona. Tydzień bez alkoholu i pojarki. Trzy miesiące nie wolno latać samolotem. No po prostu fantastycznie!

Przyjrzałem się sobie jeszcze raz z profilu. Taaaak… Tak!

Przynajmniej chuja nikt mi nigdy ćwiczyć nie zabroni!

Syndrom amotywacyjny

oranvag

Od jakiegoś czasu mi się nie chce. Pójść rano po chleb, to jeszcze pójdę. Ale potem siadam w śmieciarce i nie chce mi się nic! A kiedy mi się przestaje chcieć, to jest już tak do nocy.

Poważna sprawa, bo zwykle to nie miałem problemów z chceniem.

Oczywiście pierwsze podejrzenie padło na bogu ducha winną roślinę, choć parzę ją rzadko i tyle, co kot napłakał, w dodatku na pół z żoną. Więc tę marną ilość jeszcze zmniejszyłem. I dalej mi się nie chciało.

Następnie pomyślałem, że może to za mało magnezu i zacząłem brać podwójne dawki. Nie pomogło, wciąż mi się nic nie chciało.

A potem pojechaliśmy na ferie, gdzie zamiast wypoczywać, katowaliśmy się jazdą na nartach. Wieczorami zamordowani tak, że nawet nikt nie miał siły nikomu ssać narządów, a rankiem – znów pełni chęci okuwaliśmy stopy w buciory i zamiast pić piwo i leżeć na leżaku jeździliśmy w tę i we w tę. Bite pięć dni, przez nikogo nie zmuszani! Wykończeni, a jednak – pełni chęci. Myślałem, że to już permanentna zmiana! Że oto odtąd znów będzie mi się chcieć!

No i wróciłem z ferii do pracy, usiadłem w śmieciarce i czuję, że… nic mi się nie chce! I tu naszła mnie myśl – wiele badań naukowych zdaje się potwierdzać tezę, jakoby marihuana powodowała syndrom amotywacyjny. A ja się pytam – czy osoby biorące udział w badaniach nie chodziły przypadkiem do pracy?!

© Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci