Menu

Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej

Poradnik dla osób w wieku od dwóch do trzech lat, pozwalający zapoznać się i oswoić z typowymi sytuacjami zdarzającymi się w rodzinach patologicznych. Młody czytelnik znajdzie tu instrukcję, jak radzić sobie ze zdeprawowaną matką i pochodzącym z marginesu społecznego ojcem, jak przymykać uszy na nocne hałasy, jak sprawdzić, czy rodzice nie nadużywają narkotyków i alkoholu, jak zapewnić, aby stosunki małżeńskie uprawiali tylko we dwoje i wiele innych, cennych porad.

Lodówka z Piazzollami

oranvag

Ach, cóż za wspaniały rok dla nas i muzyki! Dobra zmiana zawitała najwyraźniej także do Filharmonii Narodowej, bo jeszcze parę lat temu, gdy powiedliśmy dzieci na „koncert dla dzieci”, pamiętając jak to w Filharmonii Łódzkiej na takich porankach dyrygent grywał „Ucznia czarnoksiężnika” w uszach Myszki Miki, a marsz imperialny w masce Vadera, okazało się że w Stolicy trafiliśmy na jakieś pokurwiałe gówna w stylu: „Wojenka, wojenka, cóż to za panienka”. I obraziliśmy się na FN. Ale w tym roku, uwierzcie, jest tam lepiej. Dużo lepiej!

Zaczęło się chyba od „Dziadów” według Pianohooligana, co prawda w Romie, nie filharmonii. Nie ukrywam, że nie słyszałem wcześniej ani o High Definition Quartet, ani o Pianohooliganie, na koncert przyciągnął mnie oczywiście Igor Pudło, który miał w nim rólkę małą, acz smakowitą. Na marginesie uwaga – nawet nie wyobrażacie sobie, jak trudno parę metrów od Pałacu Kultury znaleźć w środku stolicy spokojne miejsce do wypalenia skręta. Jakby co, walcie do świętej Barbary. Chłopaki z kwartetu wymiatali, i to przez większość wieczora zupełnie free i awangardowo, żona powiedziała mi później, że widziała całą masę nerwowo kręcących się w fotelach ludzi, którzy skuszeni hasłem „Dobry wieczór, Jazz!” mieli prawo spodziewać się słingu lub może czegoś smooth. Ja tam za mocno nie patrzyłem po ludziach, bo siedzieliśmy niemal z nosem w perkusiście, o bardzo adekwatnym nazwisku Pałka, i wierzcie mi, że posługiwał on się pałką i miotełką tak, że oczu nie można było oderwać! Dla porządku dodajmy, że Igor też był świetny w totalnie innym muzycznym wcieleniu, można było nawet pomyśleć, że to nie Box, tylko Tadeusz Sudnik znęcający się nad swoim syntezatorem!

Potem w kameralnej Filharmonii Narodowej były wariacje na temat „Czerech pór roku”, na które z kolei przyciągnął mnie Glass, a precyzyjnej mówiąc – żona wypatrzyła go w repertuarze. II Koncert na skrzypce i orkiestrę „The American Four Seasons”, rzecz której nie znałem, bo dość nowa, z 2009, była dokładnie tym, czego można było się spodziewać: 66% smaku Glassa, 33% zapachu Vivaldiego i 1% szaleństwa wymieszane w tak psychodeliczny sposób, że jak tylko uda mi się to dorwać na płycie, wierzcie mi, że wypróbuję jak ta muzyka wyżyma mózg po kwasie. A propos – nawet nie wyobrażacie sobie, jak trudno znaleźć dogodne miejsce do wypalenia skręta w okolicach Filharmonii Narodowej! Jakby co uderzajcie w łącznik Komisji Nadzoru Finansowego. W drugiej części koncertu były pory roku wielkiego Astora, „Cuatro estaciones Porteñas”, co tylko przypomniało mi, jak dawno nie słuchałem bandoneonu, na który na szczęście nie musiałem długo czekać, o czym następnym akapicie. Zanim zdążyliśmy wytrzeźwieć był jeszcze bardzo dobrze wchodzący (jeśli wiecie, co mam na myśli) utwór „Atom Hearts Club” Takashi Yoshimatsu. Aaaach, dobrze mieć TAKĄ filharmonię!

Nie minęło dużo czasu i znów siedzieliśmy w kameralnej, tym razem na Silencio Tango Orchestra, która pierwszą część wypełniła – oczywiście – Piazzollą, aż żona mówiła, że nie czuła, że siedzi w filharmonii, tylko zadymionej portowej spelunie pełnej zabijaków, moczymord i dziwek. Przy okazji – czy wspominałem już jak trudno… Wspominałem? W każdym razie pomimo że jak powiedział Roger Helou, „tango istnieje PRAWIE WYŁĄCZNIE w Argentynie”, bo „to co gracie tu w Europie, to to żadne tam prawdziwe tango”, a w Urugwaju się nie liczy, ponieważ „jest to bardzo mały kraj”, to ta zbieranina Francuzów, Włochów, Niemców, Amerykańców, Urugwajczyków i last but not least – Argentyńczyków naprawdę kumała… tango. A jeżeli każdy urugwajski bandoneonista gra tak, jak Jose-Luis Betancor, to Argentyna może się schować za Urugwajem!

Potem był chór szkoły muzycznej Kunitachi, bardzo ciekawa odskocznia od muzyki ludzi prostookich, nie wypowiem się o repertuarze, bo zupełnie go nie znam, nadmienię tylko że Japonki, nawet młode, przerażają mnie chyba tak samo, jak przeciętnego Amerykanina przerażają klauni. Wolałem spędzić ten koncert z zamkniętymi oczami. Dodajmy, że nie było śpiewane nic Piazzolli… Poczta główna też nie jest w zasadzie złym miejscem do wypalenia skręta w okolicach Filharmonii Narodowej.

Potem był „Nadzwyczajny koncert jazzowy” z big bandem, uwaga!, Deutsche Oper w Berlinie, więc chłopaki naprawdę znali się na rzeczy, a do tego swingowali, jakby każdy z nich miał w gaciach czarnego, murzyńskiego kutasa. Marc Secara aksamitnym głosem lał miód na uszy, a Amber Schoop, która niechybnie po jakimś czarnym przodku odziedziczyła miękką blaszkę wnosiła w swingi i funky maaaaasę seksu. Kolejny przepyszny koncert, choć nie grali nic Piazzolli. Czy przychodzi Wam do głowy jeszcze jakieś miejsce, gdzie w okolicach Filharmonii Narodowej można wypalić spokojnie skręta?...

I gwóźdź sezonu, skończyliśmy tam, gdzie zaczęlimy: na „Dobry wieczór, Jazz!”, tym razem z Możdżerem i Glorią Campaner i muszę bez zbytniego snobizmu przyznać, że jednak przyćmili wszystko, co do tej pory, choć Leszek stawał na głowie, aby tylko zrobić z siebie pajaca. Czego tam nie było! Debussy! Arvo Pärt! Skriabin! … Piazzolla!!! Aaaaach, jak ja nienawidzę koncertów improwizacyjnych! Rzecz jasna - za to, że nie można ich posłuchać ponownie…

Ale to jeszcze nic! Przecież już za chwileczkę, już za momencik, czeka nas transowa napierdalanka w Świątyni Tańca na Boomie!

Że o Mulatu Astatke nie wspomnę!!!

Mówię Wam, cóż za rok dla muzyki!

 

© Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci