Menu

Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej

Poradnik dla osób w wieku od dwóch do trzech lat, pozwalający zapoznać się i oswoić z typowymi sytuacjami zdarzającymi się w rodzinach patologicznych. Młody czytelnik znajdzie tu instrukcję, jak radzić sobie ze zdeprawowaną matką i pochodzącym z marginesu społecznego ojcem, jak przymykać uszy na nocne hałasy, jak sprawdzić, czy rodzice nie nadużywają narkotyków i alkoholu, jak zapewnić, aby stosunki małżeńskie uprawiali tylko we dwoje i wiele innych, cennych porad.

Noc na Ziemi

oranvag

Chwilę przed godziną 21.

Zastanówmy się najpierw, co rozumiemy przez czas. Co to jest czas? Byłoby przyjemnie, gdybyśmy znali dobrą definicję czasu. W słowniku Webstera „czas” określa się jako „okres”, „okres” zaś jako „czas”, co niewiele wyjaśnia.
– Richard Feynman, „Feynmana wykłady z fizyki”.

O, i tu widać wyższość polskich wydawnictw encyklopedycznych, ponieważ Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, nie wyjaśniając rzecz jasna, czym jest czas, przynajmniej zdradza nam jego dwie właściwości matematyczne: czas to „GĘSTY i CIĄGŁY zbiór chwil” (przy czym oczywiście ta ciągłość jest jedynie hipotezą!)

Unoszę oczy znad książki. Przez zaplecze kamienicy, które (najpewniej z powodu swojego ogólnego stanu) przywołuje mi na myśl owłosione plecy starego menela, przebiega powolny dreszcz, jak przez balon wypełniony wodą i stuknięty palcem.

Słońce zachodzi i ostatnie piętra skrzą się pluszowym, różowym blaskiem, który dodatkowo upiększa estetycznie przyjemne geometrie łuszczącej się, brudnej fasady. Jakby tego było mało, z głośnika sączą się „Metamorfozy” Glassa, dodające eleganckiego sznytu temu osobliwemu krajobrazowi. Jest to obleśne, kulturalne podwórko.

— Dobrze mi wchodzi Glass… — mruczę na nutę „Dżezu” Pogodno.

Całe szczęście, że litery stoją na swoich miejscach, ale i tak przyswajanie wiedzy nie jest łatwe, tym bardziej że żona co chwila wybija mnie z transu, czytając na głos najlepsze fragmenty „Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu”, co zmusza mnie z kolei do gwałtownego rżenia, i panicznej walki o oddech, choć przecież już to czytałem i nie powinno mnie AŻ TAK śmieszyć.

Ponownie wracam do wcześniejszego akapitu. Sposób budowania wykładu zachwyca – za każdym razem zaczyna się od zjawiska, które możemy bez problemu zaobserwować, po czym następuje logiczny tok rozumowania, eksperymenty myślowe, aż w końcu pojawiają się wzory i człowiekowi aż chce się wtedy krzyknąć „to niesamowite!, to przecież tak proste i oczywiste!”.

Zawsze się zastanawiałem, czemu zwykły mózg nie może przez cały czas działać tak, jak na kwasie, tłumacząc sobie, że najwidoczniej nie daje to wymiernej przewagi ewolucyjnej. A jednak – mózg Feynmana właśnie tak działał! Przecież ta jego gadka o tym, jak to lepkości, gęstości i napięciu powierzchniowemu wody zawdzięczmy spektakl z przelewających się w morzu fal, to klasyczna kwasowa konstatacja! Rysiu musiał być jednym z tych burroughsowskich „ćpunów metabolicznych”.


Około godziny 22.

— Kurczę, gdzieś zgubiłam książkę! — stwierdziła żona, kiedy wychodziliśmy z wanny — widziałeś ją może?

— Nie, ale pomyśl, to jest ta sytuacja, w której przydałby się nam fejsbuk. Zamiast teraz szukać książki po całym domu, weszłabyś na fejsbuka i napisała na profilu Masłowskiej: „Pani Doroto, gdzieś mi się, kurwa, zapodziała ta Pani pojebana książka. Wie Pani może gdzie leży?”, a ona mogłaby odpisać: „Zdaje się, że czytała ją Pani w sraczu. Mam nadzieję, że kartki nie obtarły dupy”.


Gdzieś koło godziny 23.

Me gustas cuando callas porque estás como ausente,
y me oyes desde lejos, y mi voz no te toca.
Parece que los ojos se te hubieran volado
y parece que un beso te cerrara la boca.
– Pablo Neruda, Wiersz 15

Mówię żonie, że fantastycznie jest znać ileś języków i wykorzystywać je do pisania piosenek, dobierając język do treści, tak jak to robi Sabina Sciubba z Brazilian Girls. Dajmy na to – pachnąca jakąś Orwellowską dystopią piosenka „Die Gedanken sind frei” brzmi wprost idealnie po niemiecku. Zaraz też sprawdzam, czy „Me gustas cuando callas” też jest jej autorstwa, bo z całym szacunkiem dla Sabiny – jest to jednak zbyt dobry tekst. Zaraz okazuje się więc, że ten wyciskający mi łzy z oczu wiersz napisał Pablo Neruda. Chilijski komunista, Nobel z literatury w 1971, Gabriel García Márquez nazwał go „najlepszym poetą dwudziestego wieku, we wszystkich językach”. Poeta, który czytał swoje wiersze na stadionach, dla stu tysięcy słuchaczy, którego wierni czytelnicy chronili przed aresztowaniem, aż w końcu zamordował go Pinochet, zabraniając Chilijczykom uczestniczenia w pogrzebie (a ponieważ bardziej kochali Pabla, niż bali się Augusto – i tak na niego tłumnie przyszli).

Zapętlam utwór i słucham ileś razy, starając się go nauczyć na pamięć, ale pamięć, niestety, nie działa za dobrze…


Mniej więcej druga nad ranem.

Prawdopodobnie najprostszym układem mechanicznym, którego ruch podlega liniowemu równaniu różniczkowemu o stałych współczynnikach, jest masa umieszczona na sprężynie.
– Richard Feynman, „Feynmana wykłady z fizyki”.

Żona śpi od paru godzin, a ja, opatulony kocami, kulę się w kokonie, podwieszonym na sprężynie, zamocowanej do giętej, elastycznej belki metalowej, stabilizowanej dużą, kolistą podstawą. Jestem masą w oscylatorze harmonicznym. Słucham „Szamár Madár” z płyty „Rossz Csillag Alatt Született” Venetian Snares. Zupełnie już zapomniałem, jaka to obłędna muzyka. Początkowe, straszne ryki instrumentów przywołują czarne, ponure wizje, z którymi niechętnie walczę, ale gdy wchodzi breakcore’owy beat, zaczynam od niechcenia napinać i rozluźniać mięsień czworogłowy nogi. Lekkie przemieszczenie masy i siła bezwładności już po chwili powodują, że kokon zaczyna podskakiwać na swojej sprężynie i oscyluję sobie, oscyluję… Cała huśtawka zapewne niemiłosiernie skrzypi, jeśli ktoś teraz spojrzy sobie na nasz taras pomyśli, że leżę i sobie w najlepsze walę konia. No i co z tego, skoro muzyka, muzyka, muzyka brzmi tak wspaniale…

 

Czwarta rano

Gdy zdjąłem słuchawki, pierwszym co usłyszałem, były nawoływania ptaków, najbardziej pasowało mi do nich słowo „ćwierkanie”, więc może były to wróble? Zacząłem zastanawiać się, co sobie komunikują, bo przecież wydawanie tych świergocących dźwięków w trakcie lotu, zupełnie bez celu, nie miałoby żadnego sensu, szkoda by było na to energii! Piski dochodziły z góry, ze wszystkich stron, więc pewnym było, że są to jakieś raporty z porannego zwiadu. Dość głośne, aby usłyszeli je inni mieszkańcy podwórka, więc może chodziło o jakieś zasoby okruszków? Pół godziny później obudził się pierwszy gołąb i zaczął swoje:

— Grrruuuuuhhh. Grrrrruuuuch — nikt mu jednak nie odpowiedział, nawet ćwierkające ptaki – albo odleciały dalej, albo już wróciły z misji i nie miały o czym mówić. Może z resztą była to samica gołębia, bo pół godziny później powietrze wypełnił inny gołębi głos, który z kolei intuicyjnie skojarzył mi się z pianiem, był niski, ochrypły i brzmiał tak:

— Uuuuuchuuchuchuuu uuuuch uuuuch uuuch — powtórzony ileś razy, także bez odzewu.

Potem już żadnego ptasiego głosu, tylko nagle, jakby zsynchronizowane, z trzech stron miasta odzywają się syreny karetek, czy może policji, aby powoli i stopniowo wtopić się w szum tła i zniknąć.

Ewidentnie świta. Schodzę z tarasu i idę do sypialni, sprawdzić, czy sen przyjdzie. Za każdym razem się łudzę, że uda się zasnąć. Na próżno. Przez kolejne godziny słucham muzyki i wertuję Wikipedię, to pozwala dotrwać do ósmej, kiedy budzi się żona.

— I jak? — pyta.

— No cóż. Podróżowanie w samotności jest jak seks w pojedynkę. Niby fajne, ale jednak razem najlepiej…

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • fg2002

    Kiedyś pisałem tylko o fizyce.

  • oranvag

    No proszę. A ja powili się zagłębiam. Mam własną interpretację mechaniki kwantowej, a chciałbym znać fizykę na tyle, aby wymyślić doświadczenie, które mogłoby ją zweryfikować...

© Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci