Menu

Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej

Poradnik dla osób w wieku od dwóch do trzech lat, pozwalający zapoznać się i oswoić z typowymi sytuacjami zdarzającymi się w rodzinach patologicznych. Młody czytelnik znajdzie tu instrukcję, jak radzić sobie ze zdeprawowaną matką i pochodzącym z marginesu społecznego ojcem, jak przymykać uszy na nocne hałasy, jak sprawdzić, czy rodzice nie nadużywają narkotyków i alkoholu, jak zapewnić, aby stosunki małżeńskie uprawiali tylko we dwoje i wiele innych, cennych porad.

Wieczór hipsterów

oranvag

Nie długo przyszło cieszyć się nam faktem, że Hitlary Clinton przegrała wybory. Ledwo co wyciągnąłem z piwnicy zgrzewkę snickersów przygotowanych na wypadek wojny, której laureatowi pokojowego Nobla, prezydentowi Barackowi O., bogu dzięki, ostatecznie nie udało się rozpętać, nadszedł piątek i telewizja pokazała naprawdę przerażające przemówienia z marszu krościatych koniobijców. Rozumiem oczywiście ich frustrację związaną z brakiem pracy i perspektyw życiowych, no ale pomyślcie sami, czy zatrudnilibyście gości, którzy na serio posługują się słowem „honor”, a sen z powiek spędza im moment w którym staną przed stwórcą i dumnie spojrzą mu w oczy? I do tego zadepczą wam firmę psim gównem, bo są zażartymi wrogami wkładania ostrzegawczych proporczyków w ekskrementy pozostawione przez współobywateli na trotuarach miast i wsi? (pewnie rozdeptują te kupy z dumą i honorem, myśląc że w ten sposób pozbywają się problemu).
Powiecie pewnie, że mogliśmy przecież wyjechać z miasta i nie przejmować się tymi wszystkimi głupotami, ale baliśmy się, że zanim je opuścimy, patrioci zniszczą nam samochód, bo nie jest amerykański. Siedzieliśmy więc w domu jak trusie, słuchając tylko odległych salw i ryków, oraz lejącego się z głośnika piskliwego bełkotu Prawdziwego Polaka, który pomimo, że dopiero przechodził mutację, to już martwił się, co mu powie stwórca po śmierci, zapewne meńczeńskiej (choć honorowej) z rąk jakiegoś (najlepiej) Ruska.
Dopiero wieczorem, stwierdzając że basta! i nie pozwolimy się zaszczuć we własnym mieście, wyruszyliśmy na poszukiwanie świeżego piwa. Obrałem najoczywistszy kierunek.
Zdaje się, że jeszcze na starym blogu pisałem o mojej jedynej wizycie w Koszykach, zanim zostały zdekomunizowane tak, że kamień na kamieniu nie pozostał. Były to czasy, kiedy starałem się nauczyć swiadomego śnienia, a jedna z technik polegała na przypominaniu sobie jakiegoś miejsca, w którym na jawie czuło się jak we śnie. Coś takiego zdarzyło się tak tylko raz, kiedy pewnego dnia wszedłem do tej niesamowitej hali, pełnej stoisk, jakby żywcem wyjętych z lat osiemdziesiątych, drobnych żeliwnych kolumienek i misternych koronek kratownic dachowych, które niknęły w ciemnościach, wysoko pod niedoświetlonym stropem. Coś jakby chaotyczne targowisko urządzone w katetrze upadłego boga. 1001 drobiazgów, sery, karnisze, warzywa i owoce, przetwory. Ciche szepty i szelesty plus półmrok stwarzały prawdziwie niepowtarzalną atmosferę. Zanim zdążyłem pokazać to wszystko żonie, przyszedł walec i wyrównał.
Nowe Koszyki nie mniej mnie zachwycają, choć to prawda, że jest tam „bananowo” i że to nowa Mekka, cel pielgrzymek hipsterów. Butik z herbatami, pięć puszeczek po dwadzieścia pięć gram, mieszanki w stylu rosyjskim – sto złotych. Siadasz przy barze obstawionym tysiącem rodzajów alkoholi z całego świata, nad tobą didżej przygotowuje się do występu:
— Jakie macie piwa?
— Przeniczne, czerwony lager i marcowe. Własne, dziś przywiezione.
No, ba! A czego innego mógłbym się spodziewać? Siedzimy więc przy doskonałym piwie, gapiąc się na świeżo odmalowane na zielono żeliwne kolumienki i misterne koronki kratownic dachowych, wyeksponowanych w jasnym świetle fantastycznie dobranych lamp, podziwiając tatuaże, brody, dekolty, wieczorowe makijaże, dizajnerskie psy. Cieszymy się, że poza pryszczatymi koniobijcami, co raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę, są jeszcze ludzie normalni, spędzający święto troglodytów na konsumpcji i rozpieprzaniu pieniędzy zarobionych na wysługiwaniu się co dnia obcym bankom. Rechoczemy bezwstydnie przeglądając zakupiony w „Pan tu nie stał” album RTS kontra ŁKS. Ponieważ piwo jest wyśmienite, zamawiamy kolejne, po którym idziemy spróbować ślimaków. Ileż to trzeba mieć kasy, żeby w takim miejscu posiadać stoisko sprzedające ślimaki „polskie, z własnej hodowli”?! Wiecie, noga wycinana, skorupy czyszczone, wygotowane, winniczki po głodówce zatopione w aromatycznym czosnkowym maśle, z dodatkiem jakiegoś sera pleśniowego. Towar zachwala ładna panienka, nad wszystkim czuwa koleś ubrany w tiszert z Rickiem i Mortym, a pomaga im rezolutna, na oko dziesięcioletnia córka.
— Kto chciałby mieć dziadka psychopatycznego alkoholika? — pyta retorycznie moja żona.
— Mój dziadek jest jeszcze gorszy niż Rick! — ripostuje dziewczynka.
Biedne zwierzęta smakują bosko na bagietce, więc w drobnej paczuszce lądują w torbie obok ruskiej herbaty i czapki „Cześć”. Do domu wracamy w doskonałych nastrojach.
Summa summarum, muszę przyznać, że jednak się myliliśmy. W tym pseudopaństwie Dzień Niepodległości to fchuj fajna okazja do wyjścia na miasto i przekonania się, że mądrością i pracą ludzie się bogacą. A ci, którym mądrości bozia postąpiła – cóż, niech chodzą na marsze i giną za ojczyznę, byle cicho…

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • jol-ene

    Hala Koszyki jest mi póki co nieznana, ale po takiej rekomendacji chyba powinnam to nadrobić. natomiast mam dwie bluzki z Pan tu nie stał. Uwielbiam!

  • oranvag

    No to życzę dobrej zabawy, bo ja już słyszałem, że dla niektórych jest tam zbyt bananowo. Ale ja będę tam tak często, jak pasożyty pozwolą.

© Przysposobienie do życia w rodzinie patologicznej
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci